Co właściwie się dzieje? Sęk w tym że nic. A może aż tyle. Ten rok był naprawdę chyba najmocniejszym uderzeniem w całym moim smutnym życiu (w którym jak kawałki czekolady w pieguskach, tkwią momenty radosne a nawet lepsze). Wydarzyło się mnóstwo rzeczy, dwa zerwania, załamanie, zmartwychwstanie i pożegnanie. I zakochałam się znowu. Tym razem w Wyspie. I odliczam dni do powrotu.
Jednak gdy zastanowię się dlaczego tak bardzo chcę wracać dociera do mnie, że chyba nie tyle z miłości do Wyspy, tylko z potrzeby Czekania. Gdy się czeka, to widać światło w tunelu, nadzieję pod tytułem "gdy już ... to wszystko się zmieni i wreszcie będzie dobrze". Gówno prawda. Gdy dochodzimy do punktu X nic się nie zmienia, okazuje się, że za tą górą widać tylko następne. I iść się odechciewa. Drogą indukcji wnioskujemy, że wierzchołki tych gór niczym się nie różnią od tego, na ktorym się znajdujemy.
Znowu się zaplątałam, bo chciałam sobie po prostu wreszcie odpocząć, przestać czekać, zbudować dom i rozpalić w nim ogień. Tak po prostu, zapominając o ideałach, zapominając o poszukiwaniu miejsca zwanego horyzontem, przez innych określanego celem życia lub jeszcze innych dyrdymałów typu "druga połówka". Tylko jak się bardzo chce, to nie wychodzi. Nie można kogoś "pokochać siłą woli"... A tak byłoby dobrze... Znów powiedzą, że miałam rację, że się wycofałam. Ale czy ja wiem...A może powinnam dać czas, poczekać, aż przyjdzie wiosna, zanim wyrwę roślinki, które teraz nie chcą rosnąć, podlewane moimi wymuszanymi łzami?
Decyzje do podjęcia powodują, że gdy budzę się rano, na widok ściany na przeciwko łóżka odwracam głowę do ściany obok łóżka...Dobranoc
Name:

Komentarze: