Zawieść czyjeś zaufanie... Patrzę w lustro i widzę, że moje oczy widzą mnie. Te oczy z lustra, oceniające. Zdanie sobie sprawy, że to moja własna twarz. A najbardziej boli, że mogę ciagle w te oczy spojrzeć. Nie zmieniły się. Tak jakbym "tą złą" byla od zawsze, od kiedy tylko jestem świadoma, że oczy w lustrze są moje.
Nie ma co teraz się tym zadręczać, stało się. Zawsze wszystkim powtarzam "nie zadręczaj się rzeczami, na które nie masz wpływu". Przeszłość też do owych należy.
Staram się zmienić moją cyniczną ostatnio postawę na coś, co można by określić "konstruktywizmem". Prześmiewczo - sceptyczny dystans do wszystkiego, który narodził się u mnie po ostatnim bolesnym "kopie", na początku przydawał się do "niecierpienia", ale teraz powoduje statyczność, bierność. W rezultacie nie robię nic, bo stałam się ignorantką. Studia stały się dla mnie obowiązkiem do odwalenia. Bo w wyniku sceptyzmu, o całej filozofii zaczynam myśleć jako o czymś, co i tak nie ma sensu, nie poznamy nigdy prawdy, nie wyskoczymy z relatywizmu. Zatem...i tak dalej.
Jakby wiedza nie była warta poznania tylko dlatego że jest. Jak góry. Pamiętacie Pieczyńskiego w "Prowokatorze"?
Wyjazd na Wyspę wiele mnie nauczył. Przede wszystkim tego, że życie może wyglądać inaczej, nauczył mnie szacunku do pracy, nie tylko jako metody zarabiania pieniędzy, ale także jako czegoś, co wypełnia nasze życie, uczy nas odpowiedzialności, jest błogosławieństwem dla "nadwrażliwych", których głowy bombardują roje myśli. W pracy po prostu się pracowało. To była taka pożyteczna ucieczka. Konstruktywna. Nie jak gry.


Pełna mobilizacja dzisiaj dlatego. Muszę wreszcie znaleźć pracę. Cholera... Tutaj to takie trudne. Ale logicznie rzecz biorąc - i tak opłaca się szukać ;)
Name:

Komentarze: