Raport (pelikana) z frontu naszych zmagań z przyrodą (nie musicie czytać):

Po tym jak rok temu zdechła nam ogromna większość jałowców, wsadzonych dla ochrony przed uliczką i chodnikiem, odechciało mi się ogrodniczych wysiłków. Ponieważ raziła nas goła siatka, od niechcenia wrzuciliśmy w grunt przy niej trochę witek wydartych z winobluszczu, który żwawo oplata ogrodzenie od strony starszej pani sąsiadki. Większość winobluszczy nie przyjęła się jednak, poschły i tak dalej. Chyba trawa i perze je zeżarły. Parę przetrwało, ale mało.
Na jesieni ub. roku, będąc jeszcze w żałobie po jałowcach, postanowiłam, że zrobię przynajmniej tyle, że zagęszczę liściasty żywopłot Padre Mareckiego, który mamy od kuchennej, północnej strony domu. Żywopłotowa progenitura wyrosła z przyciętych witek, puszczonych przez stare krzewinki, które, cholery, rozrosły się jak zło na przedsionku piekła właśnie przy granicy z sąsiadką - jak na złość trochę, bo tam akurat zupełnie niepotrzebne są, gdyż konkurują z mega gęstym i wielkim winobluszczem - o którym już wspomniałam na wstępie.
Tam jakaś dobra ziemia najwyraźniej. Może kogoś tam sąsiad nieboszczyk zakopał i to całe zielone tałatajstwo nadal tego kogoś zżera?
Tak czy owak - The Next Generation żywopłotu Padre Mareckiego zagęściło stary szpaler, od strony kuchni. Też bez większych nadziei się tym zajęłam. I zero profesjonalnego przygotowania do tematu - odcięte witki puściły korzenie wsadzone do wody, a potem wsadziłam je wprost do gruntu, nie dbając nawet o to, by sprawdzić, kiedy to zrobić - i czy w ogóle tak.

W tym roku Kapitan przesadził ocalałe jałowce poza naszą siatkę, robiąc zgrabny, luźny, nieregularny rządek. Obawiałam się, że te też szlag trafi po posadzeniu. Bez większych nadziei powtykałam też w ziemię przy siatce kupę odhodowanych w wodzie kolejnych winobluszczy. Z jeszcze mniejszymi nadziejami przy siatce od strony wejścia do domu, gdzie nawet trawa chujowo rośnie, bo tam sosny mamy i pełno sosnowych igieł, wsadziłam paręnaście nasionek dziwaczka peruwiańskiego, otrzymanego od koleżanki z roboty.

Któregoś razu na spacerze wydarłam z lasu dwie malutkie krzewinki bluszczu (tego pasożyta, który oplata czasem drzewa w lesie) i posadziłam przy najdalszej od domu siatce, oddzielającej naszą posesję od małego, mieszanego lasku.

I co?

I tak: Winobluszcz na siatce od uliczki, przyjął się niemal w stu procentach. Puścił liście i szaleje. Hurra! już widzę oczami wyobraźni, jak oplata całą naszą siatkę.
Maleńki leśny bluszczyk przy siatce od lasku nadal żyje (listeczki ma zielone i niezwiędłe, mimo że to już ze dwa tygodnie minęły od przesadzenia z lasu) więc może też ruszy.
Dwa pokolenia żywopłotu Padre Mareckiego, od strony kuchni, rosną jak pączki na zmutowanych genetycznie drożdżach. Robi się tam zielone szaleństwo i niezłe chaszcze, miejscami mają z pół metra wysokości. Przyjęły się niemal wszystkie witki, wsadzone z głupia frant. Trzeba będzie całe lato pilnować, przycinać regularnie, zagęszczać, wnuczki i prawnuczki dosadzać obok dziadków. Rozważam zrobienie nowego rzędu, właśnie od strony lasku, gdzie posadziłam mały bluszczyk z lasu. Kiedyś urośnie i ładnie nas zasłoni z tamtej strony. Tylko kupa z tym roboty, bo toto bez przycinania stanie się krzaczorami. Sekator więc w ruch co parę tygodni. W tamtym roku nie doceniłam potencjału rośliny (nawet nie wiem, co to za gatunek! Padre Mareckiego tez nie wie) i za bardzo się wszystko pokrzaczyło bez ładu i składu.
Jałowce, co myślałam, że zdechną, przyjęły się. Puszczają już nowe świeże igły. Brawo jałowce! A jednak. Aż żal, bo tamte też mogły żyć, gdyby ich ten człowiek ze szkółki nie zamordował, zbyt mocno przycinając im korzenie przed zapakowaniem w jutę. Kapitan przesadził je po miszczowsku - żaden nie zdechł. Zostawił im duże bryły korzeniowe, ot co. Cała filozofia.
Dziwaczek peruwiański trochę popuszczał. Co prawda tylko kilka maleństw wyrosło (czyli jakieś 25%), ale jednak. Ciekawe, co to będzie. Jak będzie, to fajnie, będzie ładna krzewinka przy siatce, a to ładnie kwitnie kolorowo i podobno jest szansa, że się samo rozsieje na przyszły rok.
A, i bukszpany też ruszyły! Tylko muszę je porozsadzać. Za dużo krzewinek wsadziłam do jednego dołka, zupełnie niepotrzebnie. Niech no tylko dokupię ziemi, zajmę się nimi. Mają potencjał!

Gdy się tak człowiek wokół tego pokręci, popatrzy, to jest sama radość. Dociera do mnie, że wcale nie trzeba kupy roboty, żeby jakoś to ogarnąć.
Obserwowanie, jak to wszystko sobie radzi, to wspaniały lek na ból istnienia.
Poza tym podoba mi się, że przypadkowo tworzy się jakiś rodzaj spontanicznej kompozycji roślin. Bukszpany rozsadzę, aby rosło ich więcej przy wejściu. Słoneczna siatka przy ulicy obrośnie winobluszczem, dając dobre tło jałowcom przy chodniku poza działką. Od północy domu będzie liściasty żywopłot - myślę, że trzeba mu z pięć lat, by dobił do wysokości siatki. Na pewno z czasem dosadzimy jeszcze trochę młodych sosen.
Jeszcze mamy kilka innych planów - pergola na taras - i znowu winobluszcz, a może coś innego?
Fajnie się robi dookoła nas.

A jeszcze ku pamięci - dieta zakończona, 21 dni, jestem chuda, lekka i szczęśliwa jak młody szczeniaczek, który dostał ciasteczko. Teraz - wychodzenie z diety przez 2 tygodnie, czyli nadal dieta, ale już mniej głodowa. Warto było. Przestała mnie boleć głowa, mam mnóstwo energii i wracam do katowania Chodakowskiej, w celu zachowania chudości brzucha.
Niedługo stanę się próżna jak te głupie cipy z Insta, które fotografują swój brzuch na milion sposobów i kolekcjonują lajki. Brońże mnie Panie od takiego rozpasania! Jeśli zacznę to robić, proszę mnie jebnąć w łeb.
Name:

Komentarze: