A co mi tam, i tak nie dotrzymam, więc można.
W notce podsumowującej, oczywiście, jak ostatnio wszystko, pisanej na szybko, zapomniałam o dwóch istotnych sprawach - sukcesach minionego roku.
Pierwszy - wiosenny - wygrałam z konowałami. Wyszło na moje. Okazało się, że moja intuicja (podparta czytaniem zagramanicznych publikacji medycznych! je je je!) pomaga mi leczyć (się!) lepiej niż lekarz. Sama dobrałam sobie dawkę leku (na podstawie wcześniejszy ch rezultatów leczenia, sprzed roku) i monitorowałam swoje wyniki. Oczywiście nie twierdzę, że pomoc lekarza była zbędna. Nie była. Gdyby nie lekarz, nie miałabym recepty, hy hy hy, poza tym cóż, mój stan był dość poważny i wcale nie miałabym odwagi WCALE nie iść do lekarza. Prawda taka, że prawie wyciągnęłam kopyta z powodu szalejącej tarczycy - i oczywiście to lekarz pomógł mi się wygrzebać z tego stanu. Ale - potem sama zarządziłam swoim leczeniem. Przede wszystkim - zmierzając do sedna - nie dałam sobie wkręcić, że koniecznie jest przerwanie karmienia piersią. Po prostu nie mogłam się pogodzić z faktem, że przez kolejne wiele miesięcy będę musiała kupować jakieś cholerne mleko, podczas gdy sama je mogę wyprodukować. Nie mogłam ogarnąć tego, że parę tygodni leczenia ma całkowicie pozbawić mnie możliwości wykarmienia własnego dziecka. Lekarz zapowiadał, że leczenie potrwa wiele miesięcy, ale w to też nie wierzyłam. I miałam rację. Po trzech miesiącach brania leków (przy dalszym karmieniu piersią), w mniejszej dawce niż powinnam (tak czy owak bezpiecznej dla dziecka), rzuciłam to w cholerę, i mimo że od tego czasu minęły już kolejne trzy miesiące, nic mi na razie nie jest. A nawet jeśli Graves i Basedow wrócą, o wiele łatwiej będzie mi rozegrać sprawę z karmieniem teraz, gdy młody ma już rok. No i hurra, udało mi się postawić na swoim, przeżyć i jeszcze odkarmić małego. Ciekawe co będzie się działo dalej. Owszem, teraz jakiś lekarz mógłby powiedzieć - kobito, mogłaś migotania komór dostać. Tak tak, mogłam, ale postarałam się, aby to ryzyko wykluczyć - przecież leki jednak brałam, co tydzień biegałam się kłuć - i widziałam, że wyniki poprawiają się, a ja czułam się z dnia na dzień lepiej, a w dodatku co tydzień biegałam na wizytę do endo, który widział, że rzeczywiście jakoś się trzymam. I spoko. Słuchajcie lekarzy, ale ufajcie swojej intuicji, gdy lekarze rozmijają się z logiką. Poza tym trzeba samemu grzebać w necie i szukać mądrych publikacji.

Druga sprawa - robota. Udało mi się znaleźć pracę, którą mogę wykonywać w domu, z czego jestem niezmiernie dumna. Wprawdzie byłoby fajniej móc pisać o ludzkich porach, a nie o drugiej w nocy, ale co tam. Jeszcze nie jestem taka stara, by w nocy tylko spać.

Zatem teraz postanowienia noworoczne:
Znaleźć chociaż pół godziny dziennie na bieganie.
Pracować nadal, mimo że jest pod górkę, w związku z chronicznym nieodczasem.
Nie przejmować się pierdołami.
Name:

Komentarze:

04.01.2015, 19:47 :: 89.79.118.247
marecki
brawo, bardzo ładnie.

a ja se wczoraj chyba odnowilem wrześniową kontuzję dupy i muszę chyba przystopować z bieganiem.

04.01.2015, 11:40 :: 66.249.81.144
jaskrawa
PISAĆ owszem, ale z pisaniem - zwłaszcza gdy to kolejna taka noc, a wyspać się w dzień nie ma szans - jest trochę ciężko :D

04.01.2015, 03:34 :: 83.24.134.19
takijeden
E tam, najfajniej jest móc pisać właśnie o porach nieludzkich :)