Dawno żem nie pisała.
A jest o czym.
Raz - bylim w Szkocji! A raczej - w jej stolicy.
Edynburg klimatyczny. W środku szaro-bura kamienna starówka, wspinająca się po wulkanicznym wzgórzu, zwieńczonym skałą i zajebistym zamkiem. Kolor budynków idealnie współgra z ciężkimi chmurami, wiszącymi nad miastem w każde popołudnie, które tam spędziliśmy.
Gdzieś pomiędzy budynkami - uliczki, zaułki, schodki. Tysiące knajp. Nawet ulice położone niekoniecznie w centrum, żyją po zmroku - co numer to knajpa lub restauracja. Legendy o szkockim skąpstwie to chyba jednak legendy. W krainie skąpców nawet połowa tych lokali nie utrzymałaby się przy życiu.
Przedmieścia równie ciekawe - z jednej strony wzgórza (Arthur's Seat) - namiastka szkockich highlands - świetny punkt widokowy, idealne małe góry na spacer z maluchami. Z drugiej - dzielnica wiktoriańskich domostw, łącząca miasto z lotniskiem. Niestety, nie było okazji przyjrzeć się bliżej, niż tylko z okien autobusu na lotnisko...
Dzieciaki przeczołgane po mieście, całkiem żwawo zasuwały po stromych uliczkach. W samolocie - zadowolone i spokojne, poza małym incydentem podczas przeprawy przez Te Wszystkie Cholerne Bramki, kiedy Jasiol nie chciał oddać plecaczka ani zdjąć kurteczki. Histeria, ryk, nerwy. Bleh. Ale potem szybko się ogarnął i jakoś wsiedliśmy. Bałam się, że taką histerię rozpęta podczas wsiadania do samolotu. Nie rozpętał i chwała mu za to. Dzielny chłopczyk.
W ogóle byli dzielni, że jednak przeleźli z nami kawał miasta, w zamian za niewielki haracz w postaci słodyczy i frytek z maka codziennie.
Szkoci bardzo mili i sympatyczni. Tylko ten ich język... Wiem jedno - to nie jest już angielski. Jakoś daliśmy radę.

Z rzeczy wkurwiających:
Jakieś chujowe oznaczenia autobusów. Nie ogarnęłam tego na tyle, byśmy raz nie wsiedli w zły autobus. Wsiedliśmy w 22, które wcale nie jechało do nas, mimo że miało. Dziwacznie.
Dwa - światła na przejściach. Na czerwonym trzymają pieszych przez eon. Może dla niespieszącego się turysty nie ma to znaczenia, ale dla biednych ludzi ze zniecierpliwionymi, choć zmęczonymi dzieciakami, MA. Normą jest tam więc przechodzenie na czerwonym. Tylko weź to wytłumacz trzylatkowi, że tu można, a u nas to nie.

Z rzeczy wartych zobaczenia (odwiedzonych przez nas lub nie - z braku czasu):
- zamek, bomba! w dodatku w środku można zobaczyć koronę królów Szkocji i berło, i miecz, co zrobiło na mnie - nie wiem doprawdy czemu - piorunujące wrażenie, widoki z zamku, fortyfikacje, armaty, lochy, więzienia i zabawny koleś, co opowiada ludzkim angielskim, jaki w dawnej Szkocji obowiązywał system kar;
- Camera Obscura - szał, z dzieciakami koniecznie, a nawet i bez dzieciarni też;
- Arthur's Seat - jak wyżej - ładne widoki i coś dla tych, którzy nawet w porządnym europejskim mieście tęsknią za górami;
- Holyrood Palace - na pewno warto zobaczyć, ale nie widzielim, bo gdy pojechalim, to już zamknięte było, a potem znowu nie było jak; z zewnątrz jednak prezentował się obiecująco;
- Writers' Museum - podobno niezłe, blisko zamku - położone w klimatycznej bramie muzeum dla moli książkowych, czyli niby dla mnie, ale czasu brakło;
- Dynamic Earth - widzielim! dla małych dzieci może być nudne - dość długie projekcje; młoda się już ledwo załapała ze swoimi prawie-sześcioma latami; generalnie fajne, bo trójwymiarowo lata się nad światem, a potem w kosmos, zatem dobra opcja dla młodych naukowców albo niedojrzałych umysłowo dorosłych (czyli jak ja);
- Museum of Childhood - obowiązkowo!
- Scott Monument - wieża w środku miasta, która wygląda jak spalona wieża gotyckiego kościoła, odcięta od kościoła. Polecam zwłaszcza ludziom z lękiem wysokości i klaustrofobią, hyhyhy, enjoy!

Polecam też lokal gastronomiczny "LetMeEat", prowadzony przez dwójkę Polaków, tuż przy Grassmarket, przy uliczce Cowgate. Coś dla fanów rozmaitych wrapów i pierogów, również w opcji wege, ale niekoniecznie. Milusie miejsce, w którym oczywiście można spotkać Polaków, ale takich fajnych, nie cebulaków i Januszy.
Zresztą, Edynburg nie jest szczególnie Januszowym miastem. Za to nadaje się świetnie do zwiedzania z dziećmi.

Dwa - w ogóle nie mam czasu. Robota, dzieci, kierat.

Trzy - Jasiol robi przedszkolny bunt i w związku z tym, że napatoczyła nam się pewna fajna niania, na razie korzystamy z jej usług. Cholera wie, co dalej.

I tak o. Napiszę więcej, gdy numer dwa ulegnie poprawie.

Name:

Komentarze:

04.03.2017, 08:06 :: 78.11.211.20
vovler
wspaniale mnie zachęciłaś do Edynburga. Poza tym słyszałam taką teorię, że tylko Polacy stoją na czerwonym świetle, a w całej Europie ludzie przechodzą kiedy chcą.