... kiedyś umrzemy
W piątek zaliczyłam kolejny egzamin i szwendałam się bez sensu w rejonie Krakowskiego P. i Nowego Ś., nie wiedząc gdzie mam się podziać z całym swoim szczęściem. Na egzamin polazłam w brązowych długich gaciach, a upał był jak diabli, więc po wyjściu z instytutu weszłam do mijanego po drodze lumpeksu i kupiłam sobie jakąś luźną, zwiewną i przewiewną spódnicę. Gdy miałam już spódnicę, zaczęły mnie jakoś parzyć czarne pantofle, założone na gołe stopy. Byłam oburzona, bo zawsze były wygodne, ale jakoś im to wybaczyłam, zrzucając całą winę na panujące gorąco. Czułam jednak, że nie może tak być, że ja tu idę, szczęśliwa, wolna jak hipis, w spódnicy z lumpeksu, rękawy bluzki powywijane do granic, a nogi mnie bolą w butach. Zdjęłam więc buty i dopiero wtedy zaznałam smaku wyzwolenia ostatecznego. A nie, sory, wyzwolenie ostateczne przyszło wtedy, gdy podarłam spektakularnie część notatek. Kpt. zaproponował, żebyśmy wypieprzyli je z Mostu Gdańskiego do Wisły, ale przecież pracowałam kiedyś w griinpisie, więc mi nie wypada.

W weekend byliśmy z Kpt. na ślubie mojego chudego i długiego brata. Ślub był taki, o jakim marzą wielkie gwiazdy, a niestety nigdy im nie wychodzi, bo ostatecznie i tak wszyscy mogą zdjęcia zobaczyć na pudelkach, w faktach i na onecie. Brat mój poślubił swoją ukochaną w wiejskim drewnianym kościółku, było swojsko, miło i ciepło, bez nadętej atmosfery, z ładnie śpiewającym organistą, czad po prostu. Taki ślub to może i nawet chciałabym mieć, gdybym chciała mieć ślub.
Ostatnio jakoś coraz mniej chce mi się jarać, a coraz częściej myślę o kremie przeciwzmarszczkowym, częstszym bieganiu i innych wysiłkach, które opoźnią nadejście starości i śmierci. Chyba wszystko przez tą krwawą jatkę, Black Hawk Down, którą obejrzeliśmy niedawno. Dlaczego przez to? Bo na tym filmie wszyscy umierają z łatwością, w jednej sekundzie żywi i zdrowi amerykańscy chłopcy tracą na przykład calą dolną połowę ciała, albo przebija im głowę pocisk przeciwczołgowy czy jakiś tam inny. Niektórzy nadal żyją, mimo, że z medycznego punktu widzenia nie powinni. Krew leje się gęsto, jak to zwykle u Ridleya Scotta, widocznie facet wykupił wieloletni abonament w agencji robiącej tego rodzaju efekty specjalne (dużo czerwonej farby, sztucznych flaków i poobcinanych kończyn). Film jest niewątpliwie dobry i trzyma w napięciu tak, że w pewnym momencie, podczas oglądania, odkryłam, że cała się trzęsę jak galareta.
Wcześniej nie chciałam go oglądać, bo oglądanie rozmaitych obrazów o swobodnym rozwalaniu się ludzkich ciał nie działa na mnie dobrze.
Tym razem też nie zadziałało. Położyliśmy się z Kpt. spać, Ktp. zasnął od razu snem sprawiedliwych, a ja leżałam bezsennie ze trzy godziny i martwiłam się tym, że śmierć może przyjść tak niespodziewanie, bez względu na to, czy jesteśmy na wojnie, czy jedziemy sobie tramwajem do pracy. To potworne! Czego byśmy nie robili, możemy być jak Madonna, wysportowani i młodzi w wieku lat 50, możemy sobie jeść sałatę i walczyć z wolnymi rodnikami (cokolwiek to jest), i tak umrzemy prędzej czy później. Nie będzie to chyba przyjemne. Gdy coś się psuje w naszym ciele, to nas boli. Na pewno boli bardziej, gdy psuje się wszystko.
Ciekawe, co tam jest dalej... Cały czas obawiam się, że nic i właśnie to przeraża mnie najbardziej, chociaż, jeśli nie ma nic, to powinno mi być wszystko jedno. A jeśli istnieje reinkarnacja i wszystko będzie trzeba zaczynac od początku? O kurwa, wyobraźcie sobie... znowu zdawać maturę i iść na studia, masakra!
Obiecuję, że jeśli kiedyś umrę i okaże się, że mam jakąś duszę, to przyjdę tutaj do moich bliskich, ale tak w ciągu radosnego i wesołego dnia, żeby nikogo nie przestraszyć i powiem wam, jak to jest naprawdę.
Name:

Komentarze:

23.07.2012, 06:11 :: 217.165.246.251
fZyUcjxBWGHaX
A ja mam takie pytanie z innej bezkci Krzychu? Wspominałeś kiedyś (bodaj nawet dla reportera Rzepy ), że chciałbyś zobaczyć stadion we Władywostoku. Hm ja mam inne marzenie, choć groundhopperem nie jestem. Konkretnie zobaczyć Łucz Władywostok w akcji. Z wiadomych względf3w obejrzenie ich u siebie , to potężny wysiłek finansowo-logistyczny. Ale jak wiesz, oni w tej chwili grają na zapleczu rosyjskiej ekstraklasy i raz w roku rozgrywają mecz bardzo blisko polskiej granicy w Kaliningradzie z Bałtiką. Czy Ty (może ktoś jeszcze?) reflektowałby na taki wypad? Raz, że zaliczyłbyś kolejny stadion, a dwa, zobaczył klub występujący w lidze europejskiej, oddalony o ok. 9000 km od granicy z Polską Z Wrocławia (np. punkt zborny do wyjazdu) do Kaliningradu jest ok. 560 km. Daj znać.