Lot do Helsinek zmroził nam nieco krew w żyłach, tzn. mam na myśli lądowanie. Chmurzyska jakieś były i wyjątkowo trzęsło. Na szczęście byliśmy nieco nietrzeźwi i patrzyliśmy na to wszystko z dystansem godnym jaka w Tybecie. Nie ma co, przed lotem najlepiej się napić. W ogóle to dziwne, bo nigdy wcześniej nie bałam się latania, do samolotu wskakiwałam jak dziecko na karuzelę. A teraz? Jakiś niepokój czuję, jakby życie nagle stało się bardziej wartościową sprawą.
Helsinki przywitały nas deszczem i smutną wiadomością, gdy już włączyłam telefon. Mój łódzki pies umarł, a właściwie został uśpiony decyzją mojej siostry. Męczyła się już biedulka, schorowana staruszka. Płakałam i biegłam do autobusu z kilkunastokilogramowym plecakiem, jeszcze trochę pijana, szczęśliwa i nieszczęśliwa.
Rozbiliśmy namiot na uroczym, świetnie zorganizowanym campingu i poszliśmy spać.
Helsinki wypogodziły się następnego dnia, więc poszwendaliśmy się po nich, byliśmy na prześlicznej wyspie Suomenlinnie, połaziliśmy po jej skalistym wybrzeżu, żrąc po drodze lody, ciastka i w ogóle co popadło. Cudne miejsce, niewielu ludzi, zielono mi.

Wieczorem zaliczyłam mdłości i ogólną rozjebkę (sama nie wiem, dlaczego, może to przez tę ohydną zupkę vifon, vifon chuj, a może przez psa).
Rano jakoś doszłam do ładu z sobą i pojechaliśmy do Rovaniemi. Pociągiem. Jechaliśmy prawie cały dzień, nudząc się jak mopsy i gapiąc się przez okno. Finlandia to najbardziej nudny krajobraz na świecie. Jeziora i lasy i tak przez setki kilometrów. Cud natury.
Tak, to tam mieszka niejaki Święty Mikołaj. Camping, który sobie upatrzyliśmy w przewodniku okazał się być daleko jak cholera od miasta. Szliśmy chyba z 7 kilometrów z całym majdanem na plecach, ostatnie dwa pokonaliśmy za pomocą samochodu, którego kierowca litościwie nas podrzucił. To był jedyny raz, kiedy udało nam się złapać stopa.
Camping był nad jeziorem, dookoła drzewa i domki, jak na Mazurach. Bosko. Lato, komary i słońce.
Widno było całą noc, ale jakoś udało nam się zasnąć.
W Rovaniemi spędziliśmy uroczy następny dzień. Byliśmy u Świętego Mikołaja, który w zasadzie nie mieszka w Rovaniemi, ale w Napapiiri czyli na samym kole podbiegunowym. Aby dostać się do Świętego, trzeba jedynie postać w niezbyt długiej kolejce. Święty mówi po polsku dzień dobry, zapytał nas skąd jesteśmy i zapewnił, że będzie w tym roku w Warszawie. Nie można mu robić zdjęć, są do tego uprawnione jedynie elfy, które kręcą też króciutkie dvd ze spotkania. Zdjęcie można potem kupić za 35 euro, film za 40. Nie skorzystaliśmy z tej wyjątkowej okazji. Wyszliśmy na zewnątrz, zeżarliśmy lody i zajaraliśmy petka. Zrobiliśmy sobie też zdjęcie, które udokumentowało fakt, że byliśmy na kole podbiegunowym, aby nie było potem żadnych nieporozumień.
Widzieliśmy też milion listów, które co roku docierają do Laponii. Czyli wygląda na to, że naprawdę tam trafiają. Warto zatem do Mikołaja pisać. Nie wiem, czy Święty czyta wszystkie listy, ale na pewno zarobi na nich unicef, ponieważ koperty są sprzedawane jako cegiełki na rzecz tej miłej organizacji.
Z koła podbiegunowego chcieliśmy dostać się do Rovaniemi stopem, bo to kilka kilometrów, a chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Łapanie stopa znudziło nam się po jakichś 20 minutach. Słuchajcie, nie wierzcie w te durne historie, że Skandynawię można stopem przejechać. Trzeba chyba by mieć ze dwa miesiące, by przemieścić się z jednej dziury do drugiej. Poszliśmy więc smętnie pieszo i zgubiliśmy kilka kilogramów. Szybciej i zdrowiej. Nieco mniej zdrowa była wizyta w McDonalds, obowiązkowy punkt zwiedzania. To w końcu najbardziej na północ wysunięty McDonalds. Zeżarliśmy kolejne lody. Obsługa - beznadziejna.
Wyraźnie powiedzieliśmy, że chcemy lody z polewą czekoladową, a dostaliśmy z truskawkową. Zjedliśmy je jednak bez protestów. W McDonalds zresztą był syf z malarią, za mało osób na zmianie i widać było, że nie są w stanie sami wszystkiego ogarniać. Mimo wszystko byliśmy zadowoleni, bo Rovaniemi jest urocze, leży nad śliczną rzeką, czy raczej jeziorem, ciepło było i słonko i w ogóle.
Następnego dnia (chociaż wydaje się, że to był ten sam dzień, dzień jest po nocy, a nocy nie było) udaliśmy się bardziej na północ, do miejscowości Saariselka, gdzie zanurzyliśmy się w park narodowy. Park przerażająco wręcz pusty, jeśli chodzi o występującą tam ludzkość. Dotarliśmy do darmowej chaty dla turystów, po drodze włażąc na jakąś górę, a potem robiąc sobie ognisko, na którym ugotowaliśmy zajebisty makaron. W ogóle nie wiedzieliśmy wcześniej, że mają tam takie śliczne góry. Małe toto, coś jak Beskid Niski, ale ładnie zaokrąglone i niezalesione na szczytach, przez co czuliśmy się trochę jak w Bieszczadach i ogólnie wyliśmy z radości.
Do chatki doszliśmy ok. pierwszej w nocy (or whatever it was), zachwyceni faktem, że nikogo w niej nie było. Było to nieco przerażające, taka zupełnie widna noc na odludziu. Rano do chatki przylazło stadko reniferów. Niedźwiedzi na szczęście nie było, a tego obawialiśmy się najbardziej. W zasadzie cały czas po drodze przez las rozglądaliśmy się, czy żaden nam się nie przytrafi. Wprowadzało to w naszą wędrówkę nastrój przyjemnej grozy.
Rano poszliśmy dalej, do kolejnej chatki, która okazała się być wielką drewnianą chałupą (wielkości schroniska na Hali Kondratowej mniej więcej), czyściutką i pachnącą nowością, z wielkim paleniskiem pośrodku. Chata była położona nad przecudnym jeziorem, nad jeziorem wznosiła się ogromna, porośnięta jedynie mchami i porostami góra. Może jeszcze kilka drzew podłej postury widzieliśmy nań.
W tej chatce pod górą było jeszcze bardziej pusto, chociaż czy może być bardziej pusto, gdy i w poprzedniej nie było nikogo?
Nie wiem, ale nam się wydawało, że jest bardziej pusto. Pusto, jak diabli, mówię Wam. Siedzieliśmy przed chatką, skurczeni z przerażenia i lęku przed niedźwiedziami. Poleźliśmy w końcu na rzeczoną już górę, z góry było widać nasze jezioro, a potem podwójną, pełną tęczę przez całe niebo. Znowu umierałam z zachwytu, po prostu prawie umarłam z radości. Góry, jezioro, chata, dzikość jak z filmu. Tylko ten czający się wszędzie lęk - lęk umysłu, nawykłego do cywilizacji i kupy ludzi dookoła...
Następny dzień - droga do Inari. Inari - zadupie nad jeziorem Inarijarvi.
Na jeziorze jest tyle wysp, że starczyłoby ich, aby dać po jednej każdemu obywatelowi jakiegoś małego miasteczka. Wyspy raczej płaskie i małe, prócz jednej, która wznosi się trójkącikiem nad krystaliczne wody jeziora. Oczywiście na tę wyspę popłynęliśmy małym stateczkiem. Wyspa nazywa się Ukko i w prechrześcijańskich czasach była dla Lapończyków miejscem świętym. Jest raczej niewielka, z jednego jej końca na drugi można przejść pewnie w około 150 sekund. Na wyspie poznaliśmy kogoś w rodzaju Smerfa Ważniaka - młodego Fina z południa kraju, który wymądrzał się i najwyraźniej postanowił pomóc nam w zwiedzaniu, racząc różnymi ciekawostkami, które nie były specjalnie ciekawe. W drodze powrotnej (z miejsca, gdzie wysiedliśmy było jeszcze kilka kilometrów przez las do miasteczka Inari) robiliśmy wszystko, by się odczepił, co nam się miejscami udawało. Smerf Ważniak miał bowiem jeszcze jedną ofiarę, jakąś zabawną panią niewiadomoskąd, chyba z Meksyku czy Brazylii. Nie pytaliśmy, wyjątkowo nie chciało nam się gadać. Chcieliśmy iść i słuchać ciszy. Po drodze minęliśmy pewnie z setkę krystalicznie czystych jezior. W ogóle wszystkie jeziora i rzeki Finlandii są tak czyste, że można umrzeć z zachwytu. Można z nich pić wodę bez obaw i przegotowania.
Na wpół zjedzeni przez komary, dotarliśmy w końcu do Inari, gdzie chyba zeżarliśmy kolejne lody, a potem poszliśmy na nasz camping, bo według ogłupiałych zegarków był już wieczór.
Wieczorem posiedzieliśmy nad krystalicznie czystym jeziorem, gapiąc się na zachód słońca i umierając z zachwytu. Pewnie jakieś dwie godziny później moglibyśmy zobaczyć wschód słońca wyłaniającego się znad wzgórz kilka kilometrów dalej na wschód. Nie sprawdziliśmy, jakby to było, bo poszliśmy spać.
Następnego dnia pojechaliśmy do parku Lemmenjoki. Lemmenjoki to park narodowy leżący nad krystalicznie czystą rzeką Lemmenjoki. Alaska normalnie, nawet złoto tam mają, trzeba je tylko z rzeki wypłukać. Jest na to wielu chętnych.
W Lemmenjoki miałam kryzys. Zupełnie wysiadły mi kolana, pierwszy raz w życiu! Nie mogłam iść, więc przeszliśmy tylko kawałek do pierwszego miejsca, gdzie można rozbić namiot. Miejsce owo znajdowało się nad krystalicznie czystym jeziorem (małe, więc chyba bez nazwy). Siedzieliśmy nad tym jeziorem dwie noce i nie robiliśmy nic, poza gotowaniem sobie zajebistego makaronu, obżeraniem się batonikami i w ogóle.
Po dwóch nocach, pojechaliśmy znowu do Inari, gdzie zdarzyła nam się smutno-wesoła historia. Okazało się, że autobus do miasteczka, które sobie upatrzyliśmy (nic w nim pewnie nie było, ale było bardzo daleko na północ) nie jeździ w dni powszednie (to był już poniedziałek), więc byliśmy w ciemnej dupie i nie wiedzieliśmy, co począć. Na szczęście nawinął się inny autobus, też na północ, ale nieco bardziej na wschód, mianowicie do Naatamo. Zapytaliśmy kierowcy, co jest ciekawego w Naatamo. Kierowca i jakiś facet, który znał trochę angielski, powiedzieli, że nie ma tam kompletnie nic, dlatego też kupiliśmy bilety i pojechaliśmy.
Nie wprowadzili nas w błąd. W Naatamo nie było kompletnie nic. Nie liczę bowiem dwóch marketów, stacji benzynowej, może dwóch domów w odległości kilkuset metrów i kilku reniferów, które łaziły po przepięknej, równej drodze, przebiegającej tamtędy. Drzewa - mocno skarlałe brzozy, rzadko rozmieszczone, żadnych leśnych krzaków, jedynie mech. Tamtejszy "las" przypominał jakiś śródziemnomorski gaik oliwny na nieprzyjaznych skalistych wzgórzach, jeno zimno było jak skurczysyn. Renifery są doprawdy głupie. Gdy z rzadka przejeżdżał jakiś samochód, biegły w jego kierunku. Może one też chcą popełnić samobójstwo? To podobno popularna rozrywka w tym kraju.
Byliśmy zauroczeni, szliśmy wzdłuż drogi i robiliśmy renom zdjęcia.
Sześć kilometrów dalej znajdowała się granica z Norwegią, ale nie poszliśmy tam, bo w zasadzie byliśmy pewni, że tam jeszcze bardziej nic nie ma.
Było cudownie. Wiatr hulał i musieliśmy założyć czapki i polary, żeby nas nie wywiało z powrotem do cywilizacji.
Następnego dnia i następnej nocy wróciliśmy do Helsinek, po drodze jeszcze raz zaliczając Rovaniemi.
Tak to ja i Maciek przejechaliśmy całą Finlandię, nawet w obie strony. Przylot do Warszawy - 19 z minutami, o 21.30 byliśmy już w pociągu nad polskie morze, ale to już zupełnie inna historia.
Name:

Komentarze:

25.08.2009, 20:27 :: 85.222.86.18
shingle
Lepiej usłyszeć o wyprawie do Finlandii na żywo, co było moim udziałem :D Aczkolwiek o samobójstwach, smerfie ważniaku i najbardzie na północ makdonaldzie nie wspomniałaś ;)
Aha, bloga wolę tu, bo mi się nie rozmywa w operze :)

23.08.2009, 10:54 :: 188.33.34.133
jaskrawa
Tomek, dzieki, juz mialam wyrzuty sumienia, ze napisalam taka przydluga notke.
Do zielonej - ja sama przenioslam tylko kawaleczek, bo nie mam czasu. przenoszenie archiwum jest cholernie czasochlonne i za bardzo nie da sie przeniesc komentarzy (chyba, ze sama sobie bedziesz komentowac notki, podpisujac sie w imieniu komentujacych i kopiujac ich komentarze, ale to juz troche absurd.
archiwum nie da sie chyba skopiowac inaczej, niz recznie - po prostu dodajesz kazda notke ze strego bloga jako nowy wpis, ale edytujesz date wpisu (ta opcja jest dostepna przy dodawaniu, na pewno ja znajdziesz).
zajmuje to jednak w cholere czasu. jesli ktos prowadzi bloga od kliku miesiecy, to spoko, ale w moim przypadku - nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi sie archiwum przeniesc....

22.08.2009, 09:25 :: 83.20.74.173
y.
Twój (miało być, shift mi kiepsko działa)

22.08.2009, 09:24 :: 83.20.74.173
yodel
Przeczytałem od początku, do końca. Da się, ale lepiej by się czytało z akapitami ;) Dobra, dobra, nie marudzę.

Fragment: "powiedzieli, że nie ma tam kompletnie nic, dlatego też kupiliśmy bilety i pojechaliśmy" jest bez dwóch zdań ZAJEBISTY!!!

Już Ci chyba pisałem nie raz, że uwielbiam twój styl :D

21.08.2009, 22:03 :: 85.221.134.172
zielona
eee... jak przenosi się archiwum z blog.pl na ownlog.pl - też uciekłam, ale nie mam pojęcia jak przenieść archiwum, zrobić kilka kategorii linków - ot, jestem zielona...

18.08.2009, 16:52 :: 195.68.31.231
donpepego
noooo ja też na zasadzie przelecenia się zapoznałem. w sensie z tekstem, rzecz jasna.

a z polskim morzem to bym uważał, tam - wiem z doświadczenia - wzrastają Twoje szanse na zbliżenie się do ideału trójdzietności, o którym byłaś łaskawa napmknąć ;-) nie wiem, czy to przez te wydmy, czy co...

18.08.2009, 10:33 :: 94.254.239.132
agatka
Kurna
Czy naprawdę myślisz, że ktoś to przeczyta do końca?
Nooo ja cie nie mogę. Fascynujące to jest niechybnie, ale weź mi to wydrukuj, bo z ekranu odpadam po trzech akapitach.

Lowju.

Ejj napisz o zmianach, bo inaczej ja napiszę pierwsza :)