W piątek biegnąc poprzez sparaliżowane (przez wyjątkowo nagłe i niespodziewane w naszym klimacie opady śniegu) miasto dotarłam w końcu na dworzec. Prosto z niżej opisanego cholernego spotkania w sprawie pracy. Tusz do rzęs mi się rozpłynął po drodze. Wpadłam na dworzec, spóźniona 3 minuty. Czekał już.
Potem przybiegły jeszcze bardziej spóźnione dziewczyny. No i cała grupa wakacyjna (prawie cała) już była w komplecie. No i pizza, łażenie po mieście, wieczór przy piwie. Obserwacje. Czy mam jakiekolwiek szanse - tego nie wie nikt, oprócz niego. Bo znowu stało się tak, że mężczyzna, którego jasne spojrzenie sprawia, że mam słońce w oczach, jest kimś nieodgadnionym. Ale tak strasznie się boję, że on ją woli. Tę drugą.
Czas pokaże. Kogo wolał. A może nie wolał żadnej z nas. A może wcale się żadna z nas nie dowie.
Ale wiem, że jeszcze potrafię - Zapomnieć o porażkach, łudzić się, odwracać wzrok zawstydzony, uśmiechać jak kobieta, a nie cyniczna, sfrustrowana istota. Jeszcze mi zależy. Mimo mojej niewiary w miłość - jeszcze jestem w stanie na nią czekać. Mimo wszystko.
Name:

Komentarze: