Rok się zaczął, nie ma co. Niby żadna tragedia nas nie dosięgła, ale trudno ostatnie dni uważać za szczególnie udane.
I wiecie co? Przerasta mnie już to wszystko.
Młoda kaszle jak astmatyk. Do lekarza umówienim, ale trzeba czekać. Inhalacje, nocne pobudki, nocne syropki na ataki kaszlu i lepszy sen. Dziecko marudne, maaamoooo, ucho mnie znowu swędzi. Maaamoooo, zaniesiesz mnie na górę?
Do ucha neomycyna. Źle, ale cokolwiek. Już tak robiliśmy, awaryjnie. Działa, jak cośboli.
Noc, wcale nie wyjątkowa - poszłam spać późno, bo roboty od cholery, a te małe kładą się coraz bardziej w nocy, a coraz mniej wieczorem. Zaraz pobudka, wyjść spod ciepłej kołdry do zimnego powietrza, bo powietrze musi być zimne przy dziecku kaszlącym astmatycznie. Prawie z płaczem lezę do Jaśka, bo spałam w ciuchach, z laptopem w sypialni. Jasiek płacze, bo brzuszek czy coś. Najpierw twierdził, że ząb. Nie wiemy. Noszę, łażę w samym tiszercie po zimnym domu. Młody wtula się i śpi, ale zaraz znowu pobudka. Cośboli. Jakby sikanie. Pakuję w niego furagin i nurofen, śpimy w końcu.
Za jakiś czas budzi mnie pokasływanie młodej. Wychodzę w ziąb, syropek na posterunku.
Za jakiś czas budzi mnie rzyganie kota. Kot rzyga głośno, a potem zagrzebuje łapką rzygi, drapiąc po panelach. Potem próbuje wejść do pudeł w garderobie. Myślę o wielu setkach sposobów na zamordowanie kota.
Za jakiś czas budzi mnie obudzenie się młodej. Zaraz zasypia, a ja sobie pozostaję w swojej bezsilnej złości. Niewyspana tak bardzo, że wiedząc, że została mi jeno godzina do planowanej pobudki, jestem zbyt załamana, by zasnąć.
Mama przyjechała, bo młody musiał zostać w domu (w przedszkolu bryndza z jednym babsztylem i póki nie wyjaśnię, postanowiłam Jasiola nie zaprowadzać). Spoko w oko. Nomen omen, bo młody w drugiej części dnia wpakował mamie palec w oko. Powieka spuchła.
Jutro więc - być może - w planach: latanie z matką po pogotowiach, gdy bezwzględnie powinnam być w pracy.
Rano rozstanie z młodym - jednak - i zostawienie go w przedszkolu - niewyspanego i nieszczęśliwego. Chyba że babcine oko w nocy uzna, że nie będzie robiło nam dodatkowych trudności i się cudem zagoi. Żałuję, że na modlitwie o cud zawiodłam się już dawno temu.
Zatem jutro kolejny cudowny dzień, a wszystko po nocy, którą oczywiście, jak zwykle ostatnio, prześpię w wielu ratach. Potem robota i tradycyjny czwartkowo-piątkowy kołowrotek chomiczy. Tyle że to doprawdy relaks w porównaniu z marudzeniem dzieciorów, ubieraniem ich w sto warstw i słuchaniem, co mówią - jak zwykle oboje na raz.
Na życie w ogóle nie ma czasu.
Wracam do pracy, już prawie jutro.

Name:

Komentarze:

20.01.2017, 20:43 :: 78.11.211.20
volver
styczeń jest najgorszy, ja w to wierzę, przetrwamy styczeń i będzie z górki i będzie lepiej.

13.01.2017, 23:12 :: 68.43.49.177
Kawka
Jak ja to rozumiem, mimo že nie miałam kota i nedno dziecko.