Jest coś niezwykle przyjemnego w ruszaniu samochodem, rozpędzaniu się, naciskaniu gazu coraz mocniej, mocniej...
Cóż, najzabawniej jest między naszą miejscowością na najbliższym miasteczkiem, gdzie tablice - pierwsza oznaczająca koniec terenu zabudowanego, druga - początek - są ustawione w odległości może dwustu metrów. Widząc tę z końcem, rozpędzam się jak najszybciej mogę (już za pasami dla pieszych oczywiście), a następnie puszczam pedał gazu i czekam aż samochód sam naturalnie zwolni, osiągając, na terenie zabudowanym prędkość dozwoloną (+ dziesięć). Można się w ten sposób bawić - ile maksymalnie mogę się rozpędzić, by potem, nie hamując, udało się zwolnić bez hamowania (w tym hamowania silnikiem) tak, by nie przekroczyć prędkości? Pobocza tam pustawe, dobrze widoczne, więc...
Z kilku rzeczy, których "dokonałam" jestem zadowolona czy może nawet dumna w pewien sposób. I jednym z nich jest to cholerne prawko, okupione wieloma litrami potu, hormonów stresu i nawet łez.
Name:

Komentarze:

04.05.2015, 21:36 :: 78.11.170.3
volver
jakoś tak skojarzyło mi się z teledyskiem the cardigans "my favorite game", z wyjątkiem zakończenia, którego lepiej nie doświadczyć :)

04.05.2015, 11:44 :: 66.249.81.141
jaskrawa
Jazda na rowerze nie ma sobie równych. Mechanicznych jednośladów jeszcze nie miałam okazji jako kierowca testować.
Mimo że samochód zostaje na drugim miejscu po rowerze, jest jednak przyjemnością. Mimo że to opel w średnim wieku, dość sztywny i ciężki, ze stosunkowo słabym silnikiem. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak fantastycznie jest prowadzić nowy model, bardziej zrywny itd. Eh... To byłoby coś :)

04.05.2015, 09:54 :: 192.109.140.190
donpepego
kurcze, ja jestem jakiś słabo rozwinięty w części odpowiadającej za frajdę z prowadzenia auta. nie męczy mnie to i nie dręczy, od 15 lat robię trasy długie i krótkie, doceniam korzyści powiązane (muzyka bez ograniczeń, docieranie do miejsc gdzie inaczej byłoby trudno i tam zaznawanie różnych przyjemności, zatrzymanie się spontaniczne i piknik w jakimś ładnym miejscu, widoki za oknami itp.), ale właściwie równie dobrze mogę być pasażerem; samo prowadzenie - wolę rower czy skuter. trochę zazdroszczę tym, co mają frajdę z szoferowania ;-)

04.05.2015, 08:55 :: 164.127.179.211
jaskrawa
eli, cieszę się, że jednak się z rowerem nie pogniewałaś :). gdybym ja mogła wszędzie rowerem zawieźć dwójkę dzieci, to też rower byłby górą.

zojabaciko, ano. u mnie to samo. chyba nie zawiodła mnie intuicja, bo zapisałam się na kurs tuż przed zajściem w pierwszą ciążę. fakt, że egzamin zdałam dopiero po urodzeniu dziecka numer jeden, ale to była konieczna kontynuacja planu, który w dziewięćdziesięciu procentach był już wykonany. gdybym miała wtedy zaczynać od początku, pewnie bym się nie zdecydowała.

Ire, o, gdybyś mieszkała na takim zadupiu jak my teraz, pewnie gotowa byłabyś kupić cokolwiek, byle było. jeśli powstrzymuje Cię forsa czy jej brak, wiedz, że moim sąsiedzi kupili właśnie samochód za dwa tysiące. i to jeździ :D. da się, gdy trzeba.
ale w mieście to już sprawa względna. my kupiliśmy samochód, mieszkając jeszcze w Warszawie, głównie dlatego, że jesteśmy oboje słoikami i wyjazd z niemowlęciem do rodziny byłby mocno utrudniony - zwłaszcza, że mama Kapitana, mimo że też mieszka w mieście, ma ładny kawał od dworca, a to na tyle niewielkie miasto, że komunikacja miejska zdarza się rzadko. musielibyśmy więc jechać pociągiem, targając ze sobą fotelik do taksówki - i wózek, a potem taksówką :) masakra. chyba wcale byśmy nie jeździli. o ile z mamą sprawa byłaby wtedy na tyle prosta, że mogłaby po prostu przyjechać do nas, by w ogóle się spotkać, to już z babcią Kapitana nie - babcia to staruszka i mimo że trzyma się świetnie, niespecjalnie ma ochotę na samotne podróżowanie pociągami. niestety też mieszka kawał od dworca i też byłoby trzeba stosować manewr z taksówką. a teraz na wsi to już w ogóle. samochód po prostu musi być. z lękiem myślę o tym, co będzie, gdy nasz odmówi posłuszeństwa. ma już dwanaście lat i rdza go zaczyna zżerać :D

agatko, też wolę rower, ale im częściej jeżdzę, tym bardziej się wkręcam. mam w sobie jednak ducha kierowcy, choć ten duch... długo się ukrywał :) no i ciężką nogę mam, muszę się kontrolować.
nadal jednak wiele nauki przede mną. na przykład wyprzedzanie na drogach krajowych wciąż jest dla mnie przerażający. musi być całkowicie pusto i widoczność pasa jadących w przeciwnym kierunku - na dwa kilometry :D


04.05.2015, 08:27 :: 158.66.1.38
agatka
Pacz pani, u mnie samochód nadal tylko jako narzędzie. Tzn dobrze, że jest, dobrze, że mogę się szybko przemieścić i zabrać bagaży, ile potrzebuję, ale żeby mi jakąś przyjemność to sprawiało - eee tam, to już wolę rowerem. Samochód służy mi wyłącznie jako środek przeniesienia się z punktu A do punktu B, a co pomiędzy, to mniej istotne.

03.05.2015, 23:12 :: 46.151.220.232
Ire
Mam prawko od łaadnych kilkunastu lat i co z tego? Trzeba mieć jeszcze auto :(

01.05.2015, 21:09 :: 79.191.117.252
zojabaciko
oj tak, teraz bez prawka ani rusz.

01.05.2015, 12:47 :: 94.254.198.171
eli
Mam to samo z rowerem :D a na dowód okazałe blizny na czole i nosie ;) Zakupuję koszyk, serwisuję i przesiadam się z autobusu na rower mój miły! Kartę rowerową mam, żeby nie było! :)