Miernik tego, czy jest dobrze, stanowi dla mnie pragnienie posiadania dzieci. Pragnienie owo jest wprost proporcjonalne do mojego dobrego samopoczucia, ale tylko do pewnego poziomu, po którym występuje tendencja odwrotna.
Mówiąc obrazowo - kiedy jest fatalnie, myślę, że nie chcę mieć dzieci, następnie, gdy jest znośnie, myślę, że dzieci mogłyby coś poprawić, a gdy robi się naprawdę nieźle, nie chcę nic psuć i nie umiem sobie wyobrazić siebie wśród pieluch, przykutej do własnego domu, zniewolonej, karmiącej i poświęconej.
Nie, nie jestem z tych, które ciążę traktują jak chorobę, a macierzyństwo jak cud. Nie uważam, aby inni ludzie byli zobowiązani do traktowania matki jak istoty, która zrobiła coś nieskończenie wspaniałego i teraz reszta musi dostosowywać się do jej humorów, wymogów, zachwycać się i piać, gdy tylko ujrzy kawałek pomarszczonej mordki zza kocyka. Oczywiście, że należy uprzejmie ustąpić miejsca w autobusie i inne takie, ale jak widzę młodą mamuśkę, dumną z siebie, jakby urodziła co najmniej zbawiciela świata jakiejkolwiek religii, która robi wrzeszczącą awanturę współpasażerom, aby zrobili więcej miejsca na wózek, bo to przecież miejsce dla wózków, to chce mi się śmiać. Widziałam już kilka takich. Drą ryje głośniej niż te biedne dzieci, jakby zakładały, że wszyscy podróżujący już od dawna wiedzieli, że będzie im towarzyszyć Karmiąca Matka i przygotowywali miejsce od 4 przystanków, by ją ugościć. Niektórzy pewnie powinni prędzej wysiąść i poczekać na następny autobus, no bo przecież dzidzi musi mieć dookoła siebie i wózka trochę przestrzeni, ciszę i spokój, a nie stłoczonych starców (jeszcze zarażą maleństwo jakimś syfem, precz!).
Dzieci są niewątpliwie urocze, ale to w końcu też ludzie. Tacy jak my.
Jakaś aktorka, Cameron Diaz podobno, powiedziała, że na świecie jest ich wystarczająco dużo, abyśmy nie wszystkie były zobowiązane do posiadania ich.
A ja się zastanawiam.
Cenię sobie ciszę i spokój, odpoczynek, możliwość wyjazdów, poczytania książki, wyjścia do knajpy. Dlaczego miałabym sobie tworzyć ograniczenia, które dopiero teraz udało mi się pokonać? Był niedawno taki czas, że wyjście na piwo raz w miesiącu rujnowało doszczętnie mój budżet. Czemu teraz miałabym wracać do miejsca, gdy znowu muszę sobie wszystkiego odmawiać, bo Dziecko, bo Kupić, bo Zapewnić?
Nie wiem. Nie czuję się w obowiązku wobec ojczyzny, a dzieci rzeczywiście jest za dużo na świecie. Czy można nazwać to egoizmem?
Pewnie w końcu i tak się zdecyduję kiedyś. Z ciekawości. Maciek mówi, że to nadaje sens życiu. Może tak, biorę pod uwagę, że ma częściowo rację.
Name:

Komentarze:

14.03.2010, 17:58 :: 193.151.113.84
sq
w imieniu Dzieci Nadających Sens Życiu Matek - NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!

Newa ewa, nie ma nic gorszego. Sens życiu nadaje MIŁOŚĆ, a nie dzieci. Jeżeli miłość do dzieci, to proszę bardzo. Problem w tym, że miłość do dzieci znaczy powiedzenie im 'wypierdalaj' koło 20 roku życia :D

no tak, wtedy kot.


06.03.2010, 11:41 :: 89.25.159.178
ri
dobrze, przynajmniej koty nie potrzebują forsy na imprezy i koncerty :P

05.03.2010, 23:43 :: 188.33.159.130
jaskrawa
donpepego - no właśnie. motywacja do dobroczynności. już teraz mi ciężko i kończy się na małych pieniądzach, a bywało inaczej, ot, choćby wtedy, gdy byłam sama (w sensie - no man no cry :D). potem wróciłam na przerwane studia i zakochałam się. jednak wiem, że potrafię, bo wcześniej to było (krótko, ale było) i to było naprawdę niepowtarzalne uczucie, widzieć czyjąś radość, gdy dało się w zamian swoje zaangażowanie i troszkę czasu. myślę, że to wręcz kompromis z życiem.
mówisz, że nie starczyłoby Ci motywacji... dzieci pochłaniają Twoją uwagę przez kilka godzin dziennie, a taka działalność to byłoby jedynie kilka godzin tygodniowo.
tak sobie dumam i dumam.
ri - moja pewnie też nie :D

może one mają rację. gdy my na starość zostaniemy same z kotami, one będą szczęśliwymi babciami.

05.03.2010, 23:29 :: 89.25.159.178
ri
ciekawe czy moja siostra pomyślała chociaż jedną czwartą tego co Ty tutaj :)

05.03.2010, 09:53 :: 192.109.140.36
donpepego
z okien

05.03.2010, 09:52 :: 192.109.140.36
donpepego
jeśli tak, to chyba też jestem egoistą, bo nie powiedziałbym, że posiadanie i wychowywanie dzieci nadaje sens życiu.
i nikomu bym w ten sposób tematu nie "sprzedawał". i właściwie chyba w żaden inny też. moje dzieci są fajne, dobrze im życzę, lubię się z nimi bawić, cieszyć się że potrafią coraz więcej i uczyć się od nich świeżości patrzenia na świat. ale tak samo lubię podróże, czas dla siebie, głośną muzę i sto innych rzeczy, w których też drzemie sens.

co do ograniczeń - da się z nimi żyć, mistrzami w tym są ci, którzy rodzicami zostali młodo, kiedy primo jeszcze nie byli przyzwyczajeni do ogromnych możliwości i luzów dorosłego niedzieciatego człowieka i secundo jakoś trzeba było pogodzić własny pęd ku światu z niańczeniem - i jakoś się udało, bo musiało. a dzieciatość w późniejszym wieku to wiadomo, trudno nauczyć starego psa nowych sztuczek, a i dziadkowie niekoniecznie już w formie, żeby raz na tydzień wspomóc...

alternatywa w postaci opieki nad tymi, którzy już są i opieki potrzebują - rzecz szlachetna, ale coś czuję, że na to by mi nie starczyło motywacji. w sensie zaangażowania się naprawdę mocno, a nie tylko od okazji do okazji.

obrazowo: mieć dzieci to jak przesiąść się z własnego auta do pociągu, który rzadko się zatrzymuje, nie mamy wpływu na to dokąd i którędy jedzie, czy jest światło i ogrzewanie czy nie oraz z kim jedziemy, no i ma zawsze kolejkę do kibla. ale widoki z okiem fajne ;-)

05.03.2010, 08:38 :: 188.33.127.163
jaskrawa
tak.
ale jeszcze jedno chciałam. czuję, że powinnam więcej robić dla innych. nie wystarczy fakt, że raz w miesiącu zrobię jakiś tam przelewik. chciałabym znowu być wolontariuszką, pomagać komuś starszemu, jak poprzednio, np. obiecuję sobie, że gdy skończę studia i znowu będę miała więcej czasu, wrócę do tego. to moje prywatne zobowiązanie wobec dobrego losu.
gdy będę miała dzieci, to już nic takiego nie zrobię przez wiele lat, jak znam życie.
chodzi mi o to - po co PRODUKOWAĆ więcej ludzi, którymi trzeba się opiekować, skoro są już tacy ludzie i nikt ich nie chce, bo nie są czyimiś dziećmi, kochanymi i wyczekanymi. i tak o.

05.03.2010, 08:33 :: 188.33.10.35
agatka
Cóż...
Największym problemem w posiadaniu dzieci jest to, że to tak barzo nieodwołalne. Bez urlopu i możliwości zmiany. Po powrocie z Anglii, po 2 miesiącach z dziećmi, przez chwilę twierdziłam: nie.
Szybko mi przeszło.
Teraz - gdy wiem, z kim, wiem, że na pewno - nie mam wątpliwości. Oczywiście warunki podstawowe: normalna praca i własne mieszkanie - bo inaczej - nic...
Bardziej boję się tego, że mogę mieć z tym kiedyś problem. Że im dłużej będziemy odkładać, tym będzie trudniej. Bo biologia, mimo wszystko, ma swoje prawa. A napatrzyłam się już mocno na to, jak bolą te problemy...