W piątek praca dokopała mi z obu glanów jednocześnie. Świadkiem tego był nasz firmowy kurier, który niechybnie byłby miłością mojego życia, gdyby był trochę młodszy i nie spotkał miłości swojego życia. Okazyjnie zabrałam się z nim do klienta i musiał wysłuchiwać mojego biadolenia o tym, jak bardzo nie mam siły. Na szczęście udało mi się w końcu opamiętać i zmienić temat na "góry, podróże, kupowanie kampera". Wysiadłam z jego samochodu w nieco lepszej formie psychicznej, niż ta, w której byłam, wychodząc z biura.
W biurze było gorąco, mało czasu na przygotowanie dokumentów, strasznie przykre niespodzianki ze strony klientów, jakieś błędy w systemie, bieganie tam i siam, telefony telefony, awaria, stres i nerwy.
Ok. 18tej przyszłam z roboty i miałam ochotę na łóżko i piwo (mogło być samo łóżko), ale mieliśmy gościa, na szczęście sympatyczną i fajna dziewczynę. Mimo wszystko ledwo dotrwałam w pionie do jej wyjścia.
Mam dość po raz kolejny. Uciekać i nie wracać, powiedzieć "a ja mam to w dupie" i wyjść, w koszulce z napisem "i chuj". Pobiec gdzieś z zatkanymi uszami, śpiewając "lalalallalala, nie słyszę", gdy ktoś będzie próbował mnie zatrzymać.
Jeszcze kilka miesięcy i umrę, naprawdę. Ciągle boli mnie żołądek, pojawiają się mdłości na myśl o poniedziałku. Staram się jakoś trwać, pracować, zaciskam zęby codziennie rano, w pracy wlepiam wzrok w komputer i pracuję, notuję, zapisuję, zaznaczam, ustawiam przypominajki, dzwonię i robię sobie tabelki, spinam się, żeby nikogo nie zabić, żeby się uśmiechać uśmiechem robota. Wychodzi, chociaż mam wpadki-napadki wkurwa, kiedy muszę po prostu wyjść do kibla i posiedzieć na opuszczonej klapie, zaciskając kciuki na skroniach.
Ile jeszcze?
Po powrocie nauka. Nie wchodzi, jakbym wlewała wódkę do żołądka, który już dawno jest wyżarty przez wódkę. Dekoncentruję się, miotam.

Maciek jest w ogóle nieobecny duchem, jakby gówno go to wszystko obchodziło.
Wiem, że to nieprawda, ale jednak boli to wrażenie.
Może mnie już wszystko boli, może moja percepcja uległa uszkodzeniu, a najpewniej mam obniżony próg odporności na ból.
Sukcesem tego weekendu jest fakt, że przeżyłam tylko jedno małe załamanko nerwowe i raz się splamiłam łzami, ale to i tak nieźle. Stosunek jedna godzina przepłakana do czterdziestu siedmiu nie.
Dobranoc, kurwa (jak kiedyś powiedziała Filli)
Name:

Komentarze:

22.10.2009, 20:03 :: 188.33.194.180
jaskrawa
prawda z tą nauką.
przyzwyczajam się do tej pracy od dwóch i pół roku i jakoś nadal nie mogę :D

rit - nie liczę... :(

21.10.2009, 17:18 :: 195.68.31.231
donpepego
Moja praca dokopuje ostatnio kapciem, nie glanami - wrażenia inne, trudno porównać. A może to kwestia przyzwyczajenia, stwardnienia dupska i świadomości, że i tak przed 21:00 patataj się n ie skończy.
Nie żebym chciał ubliżyć, ale w pewnym wieku uczyć się już coraz trudniej ;-)

19.10.2009, 09:09 :: 89.25.159.178
ri
który to już dzień? drugi?