długa notka dla wytrwałych


Wszystko w mojej głowie kręci się wokół przeprowadzki. Bo na młodą tam czeka już przedszkole, wrzesień się zaczął i przedszkole ruszyło bez niej. I mi smutno. Każdy dzień wydaje mi się stracony bezpowrotnie.
Wiem, że kilka tygodni nie robi różnicy, ale ja mam już serdecznie dość całych dni z dwójką i tego tatowego jeżdżenia "na działkę", z której wraca późno wieczorem, bo tam zawsze jest coś do zrobienia. W duchu jestem na niego wściekła, mimo że przecież nie mam za co, przecież gość tyra od rana do nocy i to dla nas, bo jemu jest już chyba wszystko jedno. Powinnam po nóżkach go całować z wdzięczności, a ja cała się gotuję w środku, bo nienawidzę go za to, że ciągle go nie ma.
Już nawet sny mam ZNACZĄCE. Uwaga. Dziś śnił mi się mój pierwszy chłopak. Że się z nim spotkałam, w jego domu, żonę miał, dziecko małe, a drugie w drodze. A ja zamiast się cieszyć, że tak wspaniale poukładał sobie życie (to ja z nim zerwałam dwa eony temu z powodu odkrycia, że pasujemy do siebie jak Rambo do Marii Konopnickiej), byłam zazdrosna jak diabli, że to nie z nim mam te dzieci. Ciekawe, bo tak "w realu" do łba by mi nie przyszło by być zazdrosną o tego właśnie faceta, którego nie widziałam od dziesięciu lat, jego twarz w mojej pamięci rozlała się dawno w jakąś plazmę i w ogóle tak dalej. No więc skąd ten sen? Teraz uwaga, bo będzie śmieszne. Wspomniany facet skończył Polibudę, kierunek Elektrotechnika. A my obecnie borykamy się z brakiem jednego podpisu na dokumentach do nadzoru budowlanego, właśnie tych dotyczących prądu, bo coś tam mamy pochrzanione z instalacją, która działa, ale coś tam coś tam (tu brak opisu, bo nie jestem w stanie nawet zacytować, o co chodzi, a co dopiero zrozumieć). Na pewno wszystko się w końcu naprawi, ale czas mija i przydałby się teraz znajomy elektryk, który na gębę podpisałby papierek, a my moglibyśmy poprawić ten błąd już po złożonych papierach do nadzoru budowlanego (w czasie, kiedy i tak czekamy na możliwość wprowadzenia wymagane przepisowo dwieście lat i nic nie robimy, mimo że dom gotowy i chuj powinien wszystkich obchodzić, czy tam mieszkamy czy nie). A ten mój były, skoro skończył taki kierunek, na pewno ma uprawnienia i takie papiery mógłby podpisać. Więc fajnie byłoby, gdyby to ON był moim chłopem, a nie ten jakiś głupi prawnik Kapitan. Dobre, co?

Tyle dobrego, że udało mi się dziś skończyć to, nad czym (nie)siedziałam od kilku tygodni i na co jakoś ciągle nie było czasu. O efektach napiszę we właściwym czasie, tzn. gdy jakieś będą. Na razie czekam na jakikolwiek feedback.

by jaskrawa
03.09.2014; 21:29
komentuj(5)

konowały


Młody kilka dni temu zaliczył stan zapalny ucha. Bezcenne doświadczenie - przejażdżka o drugiej w nocy na ostry dyżur, taksówką, bo nie chciałam go pakować w fotelik, ryczące, potrzebującego mamy jak powietrza. Pojechał w miękkim nosidle, pal sześć bezpieczeństwo, był środek nocy, a odległość do szpitala to jakiś kilometr, więc w dupie.
Tak czy owak pan doktor zbadał uszki, powiedział, że nie jest źle, dał antybiotyk w kropelkach dousznych, działający miejscowo. I kazał skontrolować uszy za trzy dni. Ważna sprawa, bo to lubi nawracać itd.
Dzisiaj wysłałam młodego ze starym do lekarza. Pojechał. Pani lekarzyna z rejonu zbadała młodego, i owszem, ale, mimo że stary zeznał, że to uszy były chore, do uszu nie zajrzała.
Ręce i żuchwa mi opadły. No kurwa żesz mać. Eh, konowalstwo za publiczne pieniądze.
Stary trochę dał ciała, bo mógł się postawić i zażądać badania uszu, ale on po prostu nie jest tak cięty na konowalstwo i jeszcze im czasem wierzy, więc pomyślał, że takie badanie już niepotrzebne i nic nie powiedział.



by jaskrawa
12.09.2014; 21:14
komentuj(0)

Marysiowe gadki


Jakiś czas temu. Odwiedził nas Wujek Marek.
WM (wskazując na Jasia): Marysiu, a kto to jest?
Marysia (lekceważąco): Ech, to ten mały głupek...

Wczoraj wieczorem:
Marysia do nas: Słuchajcie! Słuchajcie!
My: Co takiego, Marysiu?
Marysia (znacząco wzdychając, znudzona): Ja już nie wiem, co ja mam robić!

Może gdy się to czyta, nie wydaje się tak zabawne, ale gdy się ma przed sobą trzylatkę gadającą słowami "dorosłych" to mozna pęknąć ze śmiechu.
by jaskrawa
12.09.2014; 21:32
komentuj(3)

same radosne zdarzenia


No i się stało. Wiedziałam, że tak będzie, a wczoraj podczas wizyty u specyjalisty uzyskałam potwierdzenie, że właśnie tak trzeba zrobić, jak wiedziałam, że muszę ;)
Ponieważ cholerni Graves i Basedow nadal nie raczyli się odpieprzyć od mojej nieszczęsnej tarczycy, trzeba im się dobrać do tyłków z innej strony.
I tu wkracza na scenę naukowiec - postać fikcyjna i owoc poczucia humoru Kapitana - Pan Siergiej Bezglutenov.
Dieta Bezglutenova i do tego, obowiązkowo, wegańska, ponieważ ograniczają moje menu w ogromnym stopniu, spowodują zapewne, że niedługo zacznę chlać wódę (czy wódka jest bezglutenowa?) i brać narkotyki. Co zrobić, panie, co zrobić?

Sprawa przeprowadzki może skomplikować się na tyle, że wszystko rozsypie się jak, nomen omen, domek z kart. Ogólnie zajebiście.

A kot właśnie znowu się porzygał, jakby chcąc dodać kropkę nad i. Wyszło mu.
by jaskrawa
17.09.2014; 17:18
komentuj(9)

to już


Je je je! Straszna kontrola nowego domku wypadła pozytywnie! Co za ulga.
Pan z Nadzoru wyglądał zupełnie jak Ryszard Kalisz. I wcale nie był straszny, tylko sympatyczny i żartował.
No i można się przeprowadzać.

OCZYWIŚCIE zawsze w takich momentach jest mi ŻAL, że to już. Popatrzyłam dzisiaj na to nasze gmaszysko stare... I coś mnie ścisnęło w gardle. To TU spłodziliśmy potomstwo, TU wszystko się zaczęło.
Łezka w oku.

Ale co tam, jestem nomadą, trzeba ruszać dalej.

by jaskrawa
19.09.2014; 11:46
komentuj(2)

masło migdałowe


paczka migdałów
garstka orzechów nerkowca (opcjonalnie)
kilka łyżek oleju rzepakowego
szczypta soli
cukier trzcinowy drobny (a jeszcze lepiej ksylitol lub stewia w ilościach adekwatnych do gustu pożeracza)

Migdały prażymy jakieś 10 minut w piekarniku, wsypujemy do blendera (tu uwaga - ja mielę w blenderku, bo mam taki malutki i migdały nie latają po całym blenderze, uciekając sprytnie przez ostrzami. jeśli masz tylko dużu blender, takie rzeczy lepiej chyba mielić w młynku i potem przekładać do blendera by miksować z olejem) razem z nerkowcami i mielimy na sypko. Potem dolewamy tyle oleju, żeby blender dał radę tym kręcić. Dosypujemy cukru, soli... Wylewamy do słoiczka i o ile zdążymy, wstawiamy do lodówki. O ile nie zdążymy, wpierdzielamy łyżeczką na ciepło.

Przepis zerżnięty z:
http://cudaicudenka.blogspot.com/2014/05/maso-migdaowe.html
http://kuchennefascynacje.blox.pl/2013/10/Maslo-migdalowe.html

Z modyfikacją moją w postaci zamiany dosładzacza i dodania nerkowców, które moim zdaniem, łagodzą smak. Poza tym miałam mało migdałów.
Kurde, następnym razem zrobię tego od pyty.

Agatko, zapraszam, oczywiście! Na razie nieoficjalnie, bo jeszcze nie wiemy kiedy uda nam się ogarnąć na tyle by móc zaprosić kogoś - ciągle nie mamy blatu w kuchni etc.
by jaskrawa
21.09.2014; 11:08
komentuj(7)

syn przemówił


Dziś w kuchni. Wskazuje ręką w bliżej nieokreślonym kierunku (raczej nieco w górę).
- That!
A zaraz potem:
- Oh yeah...
by jaskrawa
23.09.2014; 23:02
komentuj(7)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl