Unemployed in summertime, I've only just turned 21, I'll be ok


... No ale teraz czas zebrać się do kupy i poszukać roboty. Do tej starej jakoś mi się nie chce wracać. Cholera, przyznam, że mam spory problem, by odróżnić, czy myśl o powrocie do pracy jest przykra, dlatego, że się zasiedziałam w domu, że w ogóle odwykłam od pracy, czy dlatego, że mam wrócić TAM. Ale chyba to drugie, skoro myśl o jakiejś nowej pracy jest wręcz ekscytująca i przyjemna. Jak myślicie?
Właśnie wysłałam pierwsze cv!
Propozycje same na mnie lecą. Oczywiście, jeśli ktoś przeczyta mój nieaktualny profil na Złotej Kresce ;), to może mu się wydawać, że jest lepiej niż jest, ale gdy się dowie prawdy, to zapewne odłoży słuchawkę bez słowa wyjaśnienia. No ale dobra, pomyślę o tym jutro.

Ale upał, co? Dla mnie bomba! Chyba jestem masochistką, ale ja naprawdę DOBRZE czuję się przy takiej pogodzie. Można chodzić boso, bez ryzyka kataru. Można siedzieć wieczorem na dworze w ciuchach, które się nosiło przez cały dzień, bez dokładania dodatkowych kapot na wierzch. Można wszystko.
Czasem myślę, że coś jest w teorii, która mówi, że jeśli ktoś urodził się latem, to najbardziej lubi lato, a gdy ktoś zimą, to zimę, i tak dalej. Kapitan najbardziej lubi, gdy jest zimno (marzec). Moja siostra... eee... do dupy ta teoria!
by jaskrawa
06.08.2015; 16:18
komentuj(3)

I wanna wake up in a city that doesn't sleep


Co jakiś czas, jak jakiś przebłysk, wyrwane z kontekstu wspomnienie, mignięcie, wraca do mnie widok na most Queensboro w NY, widok uchwycony z kolejki linowej, biegnącej sobie obok owego mostu, a wiozącej pasażerów na Wyspę Roosevelta.
To już ponad dziesięć lat, a ciągle wraca uparcie.
Gdybym mogła, była na tyle odważna, wyzwolona i miała jakąś wewnętrzną siłę, nie wysłałabym wcale dzieci do szkoły, tylko podróżowała z nimi po świecie, szwendając się tam i siam, i pokazując im świat. Jaki on jest NAPRAWDĘ, a nie w podręcznikach, czytankach. Oczywiście otwierając się szeroko na to, co one same chcą. Gdyby powiedziały - dość, przestałabym. Albo przestała na jakiś czas. Tydzień w NY? Włóczenie się po placach zabaw w Central Parku? Muzea, wjazd na Empire State (to by się młodej spodobało! uhaaa!) ulice, ludzie ubrani jak wariaci (albo i wariaci).
Zresztą, jedno nie wyklucza drugiego - w sensie - tradycja i odlot. Można nie biec po samym marginesie i nie ryzykować wyrypy. Można przecież jechać po krawędzi w kasku. I w razie czego zawsze mieć mapę z drogą powrotną. Można jakoś to wszystko pocerować - szaleństwo ze zdrowym rozsądkiem.
Ciągle w to wierzę, w każdym kontekście. Zarówno partnerskim jak i edukacyjnym, dzieciowym, wychowawczym, et cetera...

by jaskrawa
16.08.2015; 19:57
komentuj(3)

It finally happened!


Cały ten Mareckich zachwyt nad Roztoczem do niedawna rozumiałam tylko teoretycznie. Mimo najszczerszych chęci doświadczenia wspaniałości tego regionu, wyjazd w celu zobaczenia posiadłości ziemskiej serdecznych przyjaciół ciągle był przekładany.
No ale w końcu, w sobotę, mimo że od rana zaczęło mnie pobolewać gardło, wyjechalim do Lipowca i zostalim tam całe cztery dni (minus podróż, czyli trzy).
I teraz już wiem, jak tam jest. Pięknie. To jedne z najcudowniejszych manowców, jakie widziałam.
Gdyby ktoś nie wiedział - widoczyste, rolnicze wzgórza w podłużne paski różnokolorowych poletek posiekane zalesionymi, wijącymi się labiryntem wąwozami i gdzieniegdzie domki. I winnica! I gryka. I mirabelki, sady, stareńkie chatki. I nawet pole tytoniu widziałam. Bajka. Choć oczywiście nie da się całego uroku okolicy streścić w kilku zdaniach, bo jest tam masa wspaniałości, z których zdążyliśmy liznąć tylko troszkę. Ale to dobrze, będzie co robić następnym razem. O ile nas zaproszą. W ogóle trzeba przyznać, że Mareckie urządzili się znakomicie w swoim Baracku (baraku?) i byliśmy po dużym wrażeniem funkcjonalności rozwiązań. Zazdrościmy nieszkodliwie i zapowiadamy, że ukradniemy co najmniej jeden pomysł.
Marysia wcale się nie nudziła a tego obawiałam się najbardziej. Że zapragnie atrakcji w miejsko-morskim stylu, placów zabaw, badziewia na straganach, diabelskich młynów i innych dinozaurów. Ale nie. Nie jest jeszcze do cna zepsuta. Piała na widok żółtego kurczaczka, kur, kaczek, psów, kotów, koni, żab i innych przedstawicieli miejscowej fauny, do których można zaliczyć także niejaką Babcię, sąsiadkę Mareckich. Dzielnie maszerowała też przez las i pola, drugiego dnia było to aż siedem kilometrów. Przejść tyle na małych chudych nóżkach to moim zdaniem spory wyczyn. Oczywiście wszystko przy mocnym wsparciu wujka i cioci, którzy zagadywali, gdy było trzeba, służyli pomocną dłonią przy przeskakiwaniu kamieni zwannych skałami, a przede wszystkim motywowali do dalszej wędrówki. A pierwszego dnia tata pomagał przy przedzieraniu się przez dzikie chaszcze pełne pokrzyw.
Jasio też był bardzo dzielny, pozwalał się kilometrami nosić w nieocenionym nosidle, dzięki czemu spacery z nim w ogóle były możliwe.
Niestety, drugiego dnia Kapitan odpłynął w inny wymiar z powodu anginy, którą się był zaraził ode mnie.
Na szczęście mnie angina zaatakowała tym razem jakoś kulawo, sprawiając, że tylko jeden dzień byłam nieco martwa, za to następnego, mimo osłabienia, już bardziej żywa. Gardło boli nadal i dzisiaj lekarz, ale nie mogę powiedzieć, że jest strasznie.
Natomiast Kapitan nadal słabo. Widocznie bakterie mocno pożywiły się na mojej krzywdzie, po czym poszły sobie do innego, atrakcyjniejszego żywiciela, pozostawiając mnie w jakiej takiej formie.
Zatem tak, trochę pecha mieliśmy, że choróbsko akurat na wyjeździe. Ale cóż, zawsze mogło być gorzej. Gdyby to któreś z dzieciaków tak nam się rozłożyło, pewnie trzeba by było wracać w trybie natychmiastowym. Jednak małe trzymają się zdrowia dzielnie. Marysia tylko katar ma paskudny, ale ten, jak widać powyżej, nie przeszkodził w realizacji wakacyjnych celów.
Mimo wszystko wyjazd zaliczam do udanych i inspirujących. Dzięki, kochani!
PS.
Muszę jeszcze dodać, kupa mięci, że Marek i Karolina są chyba lepszym materiałem na rodziców niż my. Tak wspaniale zajmowali czas - zwłaszcza młodej, że aż żal było mi odjeżdżać, bo mimo anginy odpoczęłam. W razie gdybyśmy mieli z Kapitanem umrzeć przedwcześnie, wyznaczamy ich na rodziców zastępczych dla naszych dzieci.

by jaskrawa
26.08.2015; 13:04
komentuj(6)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl