ale jazda!


Od poniedziałku chodzę na jazdy. Czuję się jakbym kupiła sobie karnet na 30 godzin na karuzelę, taka frajda. Chociaż to czasem irytujące, gdy zapominam się i puszczam sprzęgło wtedy, gdy nie trzeba i silnik mi gaśnie. Mam jednak za sobą dopiero dwie godziny i ogólnie jestem dobrej myśli.

Rozmowy z Panem Instraktorem.
Jedziemy se, ruszulim ze skrzyżowania. Dwójka wrzucona. Przyspieszam. Silnik już zaczyna wyć, a ja nie słyszę, żeby mi kazał facet trójkę wrzucić. Do tej pory mówił mi o tym dokładnie wtedy, gdy już ją chciałam wrzucać. Nawet mnie to już wkurzać zaczęło. A teraz nic. Co jest, kurwa? Się więc pytam:
- Czy ja mam sobie zmieniać te biegi, jak już wiem, że trzeba, czy mam czekać, aż mi pan powie?
- Nieeeee! Proszę zmieniać! Ja nie będę przecież przez 30 godzin pani tego mówił. Potem by pani egzaminatora zapytała "Co mi pan nie pozwala dwójki wrzucić? Ile mam jeździć na tej jedynce?"
Się zaniosłam śmiechem.
No ogólnie jest bombowo, w ogóle nie czuję lęku, ciągle tylko słyszę od Pana Instraktora "noga z gazu", co nie wróży dobrze na moją samochodową przyszłość...

by jaskrawa
04.08.2010; 22:30
komentuj(5)

się wkręciłam


Wkręciłam się w prowadzenie samochodu do tego stopnia, że jestem gotowa kupić sobie byle jaki samochód za parę tysięcy (na kredyt), byle tylko poczuć pedały pod stopami.
Czuję się trochę jak wtedy, gdy miałam piętnaście lat i Karolina kupiła sobie gitarę, a ja jeszcze swojej nie. Gdy wracałam od niej do domu, w którym nie było żadnej gitary, było mi nieskończenie smutno i nie miałam co zrobić z rękami, które tęskniły za dotykiem strun pod palcami. Potem sobie kupiłam własną i plumkałam godzinami.
Ja się w ogóle łatwo uzależniam, wkręcam, zakochuję, zapalam. A potem co?
No cóż, chuj, jak się domyślacie.
Zaczynam, nie kończę.
Z prawem jazdy jest o tyle dobrze, że człowiek zapłacił, ma te godziny do wyjeżdżenia, potem naturalnie zdaje się egzamin. Byle tylko zdać, zanim się totalnie zbankrutuje. Bo jeśli nie zdam za ósmym razem, to przecież będę musiała zacząć się wyprzedawać w lombardach czy gdzieś.
No ale muszę zdać. Postanowiłam sobie, że będę na tych jazdach dawać z siebie wszystko, maksimum koncentracji i czujności, aby nauczyć się jak najwięcej i jak najszybciej, żeby ostatnie kilka godzin wykorzystać na szlifowanie umiejętności. To ma skutkować całkowitym brakiem stresu na egzaminie i zdaniem go za pierwszym razem. Bardzo sprytne. Chyba każdy na to już wpadł, no ale co tam.
Jak widać, nic mnie więcej nie obchodzi, nie interesuje, nie absorbuje ani nie martwi.

by jaskrawa
07.08.2010; 14:02
komentuj(11)

pracować mi się nie chce, bo przecież szkoda lata


Kapitan mi rano pokazywał w internecie zdjęcia nowego basenu, co go byli otworzyli na Ochocie.
Oj, ochota, ochota! Tęsknię za tymi pustymi, cieplutkimi i błękitnymi basenami na pięknej Islandii. Na Ochocie pewnie banda bachorów skacze na głowy (i sika do basenu).
Za to się zawzięłam i codziennie biegam (od trzech dni codziennie, ta... wielki wyczyn, kurwa). Postanowiłam nie skapcenieć do reszty przed jesienią, bo jesienią znacznie łatwiej skapcanieć, gdy do głosu dochodzi głównie potkoc, książka, maliny w herbacie.
Na zapasy zimowe kupujemy już filmy za pięć zybli na Zachodnim, gdy tylko jesteśmy w okolicy.
Czytam ostatnio o Wandzie Rutkiewicz (książki o górach i wyprawach są ekstra, myślę, że w ten magiczny i pokrętny sposób buduję poczucie własnej wartości - dlaczego? - bo chociaż sama w takie góry nie jeżdżę, to przecież jeżdżę czasem w góry i ROZUMIEM O CO IM WSZYSTKIM CHODZI. a ci, co jeżdżą ino nad morze do Egiptu w ogóle nie mają bidulki pojęcia, w czym rzecz, że się lezie tam na górę w śniegu. ja też rzecz jasna nie mam, ale i tak mam przecież bardziej. dobra, chyba każdy wie, o czym piszę.) i sobie myślę, że chcę się zapisać na kurs zimowej turystyki górskiej.
Zjadłam pomidory z niedobrą mozarellą i jest mi niedobrze.
To niedobrze.
Jutro sądny dzień w robocie, pierwszy dzień realizacji nowego sporego projektu. Pierwsza tura. Pierwsze koty za płoty. I pewnie pierwszy dzień tłumaczenia się dlaczego znowu idzie mi tak cienko.

by jaskrawa
09.08.2010; 21:43
komentuj(7)

tydzień - myk!


Jakiś straszny zapierdol, siedzę właśnie ledwo żywa przed kompem. Głodna, w domu nie ma nic do jedzenia. Nie miałam kiedy zrobić zakupów - w środę jazdy, potem na piwo, potem pogaduchy z pewną ekologiczną organizacją, co to se rozbiła namioty prawie pod naszym domem, potem spać, potem praca do dwudziestej, potem centralny i kolejka po bilety na pociąg, potem wpadka do Złotej Teresy na moment, potem sen, potem praca do 18 coś, potem jazdy i ... właśnie wróciłam. Ledwo widzę na oczy.
Przed środą zasadniczo nie było lepiej, nie pamiętam nawet już, co było przed środą.
W samochodzie mnie dzisiaj łapały skurcze w łydkę, od tego cholernego sprzęgła, ale Pan Instraktor stwierdził, że było zdecydowanie lepiej, niż poprzednio, gdy to jeździłam se jak pirat drogowy, przekraczając prędkość ile wlezie i gdzie się da. Jestem z siebie dumna! To znaczy nie z bycia piratem, tylko z niebycia.
Szybkie pakowanko i spać, o ile życie pozwoli.
A jutro w końcu jadę do Ynez, jeee!
Dobrze, że mam jakiś plan wyjazdowy, inaczej pewnie leżałabym plackiem.

by jaskrawa
13.08.2010; 21:51
komentuj(2)

słomiana wdowa - odcinek czterdziesty piąty


Kapitana znowu nie ma w weekend, więc mogę robić wszystko, czego dusza zapragnie. Rozrzucać buty w przedpokoju, ciuchy na krześle, książki gdzie popadnie. Ekstra!
Tydzień się kończy, jestem z siebie ogromnie zadowolona, bo zakończył się ładnym sukcesem w robocie (tyrałam na to jak wół, nie ma co), Pan Instraktor mnie chwali na kursie (coraz bardziej uwielbiam jazdę i jestem gotowa umrzeć z głodu, by kupić sobie samochód).
A zaczął się świetnie, bo weekendem nad morzem u Ynez, gdzie spędziłyśmy sobie cudnie czas, nie śpiesząc się nigdzie (z wyjątkiem ostatnich dwóch godzin pobytu, kiedy to ledwo zdążyłam na ostatnią skmkę, którą mogłam dotrzeć na dworzec na czas), gadając, pijąc piwo (i różowe wino z Lidla) i siedząc na plaży, tudzież cudnym, nagrzanym balkonie, zdobnym w rosnącą w oczach fasolkę. Za ten weekend należą się Ynez najserdeczniejsze podziękowania i niestety zapewnienie, że jeszcze przyjadę.
Nie mam nic do powiedzenia, poza tym, że czytam kolejną książkę, którą napisał ktoś, kogo życie polega na nieustannym podróżowaniu i szlag mnie trafia. Nie dość, że jeżdżą, to jeszcze mogą na tym zarabiać. To się dopiero nazywa dobra karma.


by jaskrawa
20.08.2010; 22:19
komentuj(4)

uciekać


Kto nie marzy o ucieczce stąd? Bluemauritius nauczył się latać i pewnie niedługo weźmie pod pachę swoje zwiewne dziewczę i odfrunie na swoim nowym skrzydle gdzieś na południe. Jego eks niedoszła małżonka też prawie na wylocie, już nawet nowego kota wywiozła. A ja tu będę gnić, niedługo zacznę chadzać do psychoterapeuty, bo już nie wytrzymuję szalonego tempa w pracy.
Trochę zazdroszczę koleżance, która mieszka pod Warszawą, jedzie codziennie z godzinę autkiem do pracy, ale weekend spędzi łażąc po własnym ogródku, po deszczu, po słońcu. A ja tu usycham, oddycham spaliną, jak śpiewał kiedyś Muniek.
Oczywiście też mogłabym uciec, ale nie mogę, bo muszę SKOŃCZYĆ TO.
I skończę, przecież zostało akurat tyle, żeby w dwa dni zrobić.
Ja pierdolę, gdy skończę, to pójdę latać, wylecę  z radości chyba przez okno i uniosę się nad miastem niczym mały czerwony balonik z namalowanym na twarzy bananem.

by jaskrawa
27.08.2010; 18:27
komentuj(5)

może w następnym życiu będę dobra z matmy?


Kurde! Ludzie, którzy dobrze radzą sobie z przedmiotami ścisłymi to mają klawe życie! Mogą sobie studiować jakąś informatykę albo albo jakąś inżynierię i być później wysoko cenionymi specjalistami, chodzącymi do pracy w żółtych trampkach i mogącymi mieć w dupie system.
A półmózgi po "humanach" to są skazani na robotę zawsze inną, niż ta o jakiej marzyli w swoich wypchanych ideałami głowach, pracę z jakimś szefem, który ma wyprany mózg. Korpora i długopisy w określonym kolorze, totalnie bezsensowne "coachingi", oceny roczne i wyśrubowane cele. Albo jakieś państwowe i "post-państwowe" instytucje z kadrą o mentalności z poprzedniej epoki, użeranie się z absurdem i nie daj Boże z głodową pensją. Rzygi, rzygi, rzygi!
Oglądam sobie w necie projekty domów i pomyślałam, że już wiem, kim będę, kiedy na nowo się narodzę.
Architektem! Będę siedzieć sobie w biurze i projektować chaupy. Widzę te projekty na różnych stronach i muszę pedzieć, że większość nie powala na kolana. Albo brzydkie domki-pseudo-dworki-potworki z kolumienkami-gówienkami, albo nowoczesne klocki, przypominające jakieś układy scalone, albo niefunkcjonalne, albo zbyt wąskie pokoje, podczas gdy na przykład w piętrze dwie łazienki. Po chuj dwie łazienki i trzy małe, tramwajowe klitki? Lepiej wywalić jedną łazienkę, zrobić dwa porządne pokoje, a miejsce na trzeci wygospodarować z pięćdziesięciometrowego salonu na dole. Trzydziestoośmiometrowy też będzie fajny i duży.
Ech, grzech.
Chociaż co najmniej jeden dom w pytę znalazłam wczoraj. Tylko wykonanie drogie jak skurwysyn. Szukamy architekta, któremu można będzie pokazać projekt w necie i poprosić, żeby go ukradł i zaprojektował właśnie taki dom jeno tańszy.
Chociaż oczywiście pewnie i tak gówno z tego wyjdzie, bo my, mieszczuchy, nigdy nie ruszymy się z tego miasta, do końca życia będziemy mieszkać na przystanku ztm, a nasze dzieci będą miały ziemistą cerę (zupełnie jak my) od syfu za oknem. 
Albo mam lepszy pomysł. Zapiszę się na nowo do grinpisu i wyjedziemy przykuć się do drzew (w dowolnej ginącej puszczy, może być Lasek Bielański), niech nam tylko żreć dadzą.
Idę oglądać dalej.
Wczoraj narysowałam nawet jeden dom w paincie!

by jaskrawa
31.08.2010; 22:16
komentuj(22)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl