Finlandia


Nie mam ciągle nowego bloga, bo przez ostatnie dni cierpię na straszliwy brak czasu i ochoty na zajmowanie się internetem.
Jutro wyjechałam do Finlandii, gdzie mam zamiar zupełnie się odrealnić. Mam nadzieję, że pomoże mi w tym brak kasy, brak planu i łapanie stopa.
A teraz idę dalej wpychać wszystkie ciepłe rzeczy do plecaka. Mam nadzieję, że będzie zimno jak skurwysyn, bo jeśli nie, to po co ja to wszystko biorę?
by jaskrawa
11.08.2009; 00:04
komentuj(1)

o tym, jak to przejechaliśmy całą Finlandię


Lot do Helsinek zmroził nam nieco krew w żyłach, tzn. mam na myśli lądowanie. Chmurzyska jakieś były i wyjątkowo trzęsło. Na szczęście byliśmy nieco nietrzeźwi i patrzyliśmy na to wszystko z dystansem godnym jaka w Tybecie. Nie ma co, przed lotem najlepiej się napić. W ogóle to dziwne, bo nigdy wcześniej nie bałam się latania, do samolotu wskakiwałam jak dziecko na karuzelę. A teraz? Jakiś niepokój czuję, jakby życie nagle stało się bardziej wartościową sprawą.
Helsinki przywitały nas deszczem i smutną wiadomością, gdy już włączyłam telefon. Mój łódzki pies umarł, a właściwie został uśpiony decyzją mojej siostry. Męczyła się już biedulka, schorowana staruszka. Płakałam i biegłam do autobusu z kilkunastokilogramowym plecakiem, jeszcze trochę pijana, szczęśliwa i nieszczęśliwa.
Rozbiliśmy namiot na uroczym, świetnie zorganizowanym campingu i poszliśmy spać.
Helsinki wypogodziły się następnego dnia, więc poszwendaliśmy się po nich, byliśmy na prześlicznej wyspie Suomenlinnie, połaziliśmy po jej skalistym wybrzeżu, żrąc po drodze lody, ciastka i w ogóle co popadło. Cudne miejsce, niewielu ludzi, zielono mi.

Wieczorem zaliczyłam mdłości i ogólną rozjebkę (sama nie wiem, dlaczego, może to przez tę ohydną zupkę vifon, vifon chuj, a może przez psa).
Rano jakoś doszłam do ładu z sobą i pojechaliśmy do Rovaniemi. Pociągiem. Jechaliśmy prawie cały dzień, nudząc się jak mopsy i gapiąc się przez okno. Finlandia to najbardziej nudny krajobraz na świecie. Jeziora i lasy i tak przez setki kilometrów. Cud natury.
Tak, to tam mieszka niejaki Święty Mikołaj. Camping, który sobie upatrzyliśmy w przewodniku okazał się być daleko jak cholera od miasta. Szliśmy chyba z 7 kilometrów z całym majdanem na plecach, ostatnie dwa pokonaliśmy za pomocą samochodu, którego kierowca litościwie nas podrzucił. To był jedyny raz, kiedy udało nam się złapać stopa.
Camping był nad jeziorem, dookoła drzewa i domki, jak na Mazurach. Bosko. Lato, komary i słońce.
Widno było całą noc, ale jakoś udało nam się zasnąć.
W Rovaniemi spędziliśmy uroczy następny dzień. Byliśmy u Świętego Mikołaja, który w zasadzie nie mieszka w Rovaniemi, ale w Napapiiri czyli na samym kole podbiegunowym. Aby dostać się do Świętego, trzeba jedynie postać w niezbyt długiej kolejce. Święty mówi po polsku dzień dobry, zapytał nas skąd jesteśmy i zapewnił, że będzie w tym roku w Warszawie. Nie można mu robić zdjęć, są do tego uprawnione jedynie elfy, które kręcą też króciutkie dvd ze spotkania. Zdjęcie można potem kupić za 35 euro, film za 40. Nie skorzystaliśmy z tej wyjątkowej okazji. Wyszliśmy na zewnątrz, zeżarliśmy lody i zajaraliśmy petka. Zrobiliśmy sobie też zdjęcie, które udokumentowało fakt, że byliśmy na kole podbiegunowym, aby nie było potem żadnych nieporozumień.
Widzieliśmy też milion listów, które co roku docierają do Laponii. Czyli wygląda na to, że naprawdę tam trafiają. Warto zatem do Mikołaja pisać. Nie wiem, czy Święty czyta wszystkie listy, ale na pewno zarobi na nich unicef, ponieważ koperty są sprzedawane jako cegiełki na rzecz tej miłej organizacji.
Z koła podbiegunowego chcieliśmy dostać się do Rovaniemi stopem, bo to kilka kilometrów, a chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Łapanie stopa znudziło nam się po jakichś 20 minutach. Słuchajcie, nie wierzcie w te durne historie, że Skandynawię można stopem przejechać. Trzeba chyba by mieć ze dwa miesiące, by przemieścić się z jednej dziury do drugiej. Poszliśmy więc smętnie pieszo i zgubiliśmy kilka kilogramów. Szybciej i zdrowiej. Nieco mniej zdrowa była wizyta w McDonalds, obowiązkowy punkt zwiedzania. To w końcu najbardziej na północ wysunięty McDonalds. Zeżarliśmy kolejne lody. Obsługa - beznadziejna.
Wyraźnie powiedzieliśmy, że chcemy lody z polewą czekoladową, a dostaliśmy z truskawkową. Zjedliśmy je jednak bez protestów. W McDonalds zresztą był syf z malarią, za mało osób na zmianie i widać było, że nie są w stanie sami wszystkiego ogarniać. Mimo wszystko byliśmy zadowoleni, bo Rovaniemi jest urocze, leży nad śliczną rzeką, czy raczej jeziorem, ciepło było i słonko i w ogóle.
Następnego dnia (chociaż wydaje się, że to był ten sam dzień, dzień jest po nocy, a nocy nie było) udaliśmy się bardziej na północ, do miejscowości Saariselka, gdzie zanurzyliśmy się w park narodowy. Park przerażająco wręcz pusty, jeśli chodzi o występującą tam ludzkość. Dotarliśmy do darmowej chaty dla turystów, po drodze włażąc na jakąś górę, a potem robiąc sobie ognisko, na którym ugotowaliśmy zajebisty makaron. W ogóle nie wiedzieliśmy wcześniej, że mają tam takie śliczne góry. Małe toto, coś jak Beskid Niski, ale ładnie zaokrąglone i niezalesione na szczytach, przez co czuliśmy się trochę jak w Bieszczadach i ogólnie wyliśmy z radości.
Do chatki doszliśmy ok. pierwszej w nocy (or whatever it was), zachwyceni faktem, że nikogo w niej nie było. Było to nieco przerażające, taka zupełnie widna noc na odludziu. Rano do chatki przylazło stadko reniferów. Niedźwiedzi na szczęście nie było, a tego obawialiśmy się najbardziej. W zasadzie cały czas po drodze przez las rozglądaliśmy się, czy żaden nam się nie przytrafi. Wprowadzało to w naszą wędrówkę nastrój przyjemnej grozy.
Rano poszliśmy dalej, do kolejnej chatki, która okazała się być wielką drewnianą chałupą (wielkości schroniska na Hali Kondratowej mniej więcej), czyściutką i pachnącą nowością, z wielkim paleniskiem pośrodku. Chata była położona nad przecudnym jeziorem, nad jeziorem wznosiła się ogromna, porośnięta jedynie mchami i porostami góra. Może jeszcze kilka drzew podłej postury widzieliśmy nań.
W tej chatce pod górą było jeszcze bardziej pusto, chociaż czy może być bardziej pusto, gdy i w poprzedniej nie było nikogo?
Nie wiem, ale nam się wydawało, że jest bardziej pusto. Pusto, jak diabli, mówię Wam. Siedzieliśmy przed chatką, skurczeni z przerażenia i lęku przed niedźwiedziami. Poleźliśmy w końcu na rzeczoną już górę, z góry było widać nasze jezioro, a potem podwójną, pełną tęczę przez całe niebo. Znowu umierałam z zachwytu, po prostu prawie umarłam z radości. Góry, jezioro, chata, dzikość jak z filmu. Tylko ten czający się wszędzie lęk - lęk umysłu, nawykłego do cywilizacji i kupy ludzi dookoła...
Następny dzień - droga do Inari. Inari - zadupie nad jeziorem Inarijarvi.
Na jeziorze jest tyle wysp, że starczyłoby ich, aby dać po jednej każdemu obywatelowi jakiegoś małego miasteczka. Wyspy raczej płaskie i małe, prócz jednej, która wznosi się trójkącikiem nad krystaliczne wody jeziora. Oczywiście na tę wyspę popłynęliśmy małym stateczkiem. Wyspa nazywa się Ukko i w prechrześcijańskich czasach była dla Lapończyków miejscem świętym. Jest raczej niewielka, z jednego jej końca na drugi można przejść pewnie w około 150 sekund. Na wyspie poznaliśmy kogoś w rodzaju Smerfa Ważniaka - młodego Fina z południa kraju, który wymądrzał się i najwyraźniej postanowił pomóc nam w zwiedzaniu, racząc różnymi ciekawostkami, które nie były specjalnie ciekawe. W drodze powrotnej (z miejsca, gdzie wysiedliśmy było jeszcze kilka kilometrów przez las do miasteczka Inari) robiliśmy wszystko, by się odczepił, co nam się miejscami udawało. Smerf Ważniak miał bowiem jeszcze jedną ofiarę, jakąś zabawną panią niewiadomoskąd, chyba z Meksyku czy Brazylii. Nie pytaliśmy, wyjątkowo nie chciało nam się gadać. Chcieliśmy iść i słuchać ciszy. Po drodze minęliśmy pewnie z setkę krystalicznie czystych jezior. W ogóle wszystkie jeziora i rzeki Finlandii są tak czyste, że można umrzeć z zachwytu. Można z nich pić wodę bez obaw i przegotowania.
Na wpół zjedzeni przez komary, dotarliśmy w końcu do Inari, gdzie chyba zeżarliśmy kolejne lody, a potem poszliśmy na nasz camping, bo według ogłupiałych zegarków był już wieczór.
Wieczorem posiedzieliśmy nad krystalicznie czystym jeziorem, gapiąc się na zachód słońca i umierając z zachwytu. Pewnie jakieś dwie godziny później moglibyśmy zobaczyć wschód słońca wyłaniającego się znad wzgórz kilka kilometrów dalej na wschód. Nie sprawdziliśmy, jakby to było, bo poszliśmy spać.
Następnego dnia pojechaliśmy do parku Lemmenjoki. Lemmenjoki to park narodowy leżący nad krystalicznie czystą rzeką Lemmenjoki. Alaska normalnie, nawet złoto tam mają, trzeba je tylko z rzeki wypłukać. Jest na to wielu chętnych.
W Lemmenjoki miałam kryzys. Zupełnie wysiadły mi kolana, pierwszy raz w życiu! Nie mogłam iść, więc przeszliśmy tylko kawałek do pierwszego miejsca, gdzie można rozbić namiot. Miejsce owo znajdowało się nad krystalicznie czystym jeziorem (małe, więc chyba bez nazwy). Siedzieliśmy nad tym jeziorem dwie noce i nie robiliśmy nic, poza gotowaniem sobie zajebistego makaronu, obżeraniem się batonikami i w ogóle.
Po dwóch nocach, pojechaliśmy znowu do Inari, gdzie zdarzyła nam się smutno-wesoła historia. Okazało się, że autobus do miasteczka, które sobie upatrzyliśmy (nic w nim pewnie nie było, ale było bardzo daleko na północ) nie jeździ w dni powszednie (to był już poniedziałek), więc byliśmy w ciemnej dupie i nie wiedzieliśmy, co począć. Na szczęście nawinął się inny autobus, też na północ, ale nieco bardziej na wschód, mianowicie do Naatamo. Zapytaliśmy kierowcy, co jest ciekawego w Naatamo. Kierowca i jakiś facet, który znał trochę angielski, powiedzieli, że nie ma tam kompletnie nic, dlatego też kupiliśmy bilety i pojechaliśmy.
Nie wprowadzili nas w błąd. W Naatamo nie było kompletnie nic. Nie liczę bowiem dwóch marketów, stacji benzynowej, może dwóch domów w odległości kilkuset metrów i kilku reniferów, które łaziły po przepięknej, równej drodze, przebiegającej tamtędy. Drzewa - mocno skarlałe brzozy, rzadko rozmieszczone, żadnych leśnych krzaków, jedynie mech. Tamtejszy "las" przypominał jakiś śródziemnomorski gaik oliwny na nieprzyjaznych skalistych wzgórzach, jeno zimno było jak skurczysyn. Renifery są doprawdy głupie. Gdy z rzadka przejeżdżał jakiś samochód, biegły w jego kierunku. Może one też chcą popełnić samobójstwo? To podobno popularna rozrywka w tym kraju.
Byliśmy zauroczeni, szliśmy wzdłuż drogi i robiliśmy renom zdjęcia.
Sześć kilometrów dalej znajdowała się granica z Norwegią, ale nie poszliśmy tam, bo w zasadzie byliśmy pewni, że tam jeszcze bardziej nic nie ma.
Było cudownie. Wiatr hulał i musieliśmy założyć czapki i polary, żeby nas nie wywiało z powrotem do cywilizacji.
Następnego dnia i następnej nocy wróciliśmy do Helsinek, po drodze jeszcze raz zaliczając Rovaniemi.
Tak to ja i Maciek przejechaliśmy całą Finlandię, nawet w obie strony. Przylot do Warszawy - 19 z minutami, o 21.30 byliśmy już w pociągu nad polskie morze, ale to już zupełnie inna historia.
by jaskrawa
14.08.2009; 20:00
komentuj(7)

w pociągu


Miałam napisać o tym, że trudne dzieciństwo naprawdę nie ułatwia życia. Porąbani ojcowie czy matki, bezpowrotnie utracone poczucie własnej wartości. Odzyskać je to jak zacząć chodzić po 20 latach spędzonych w śpiączce.
Myślałam też, by napisać o tym, jak mi minął weekend.
Wujek mi umarł, bliski, daleki jednak, jeśli chodzi o kontakt. Miałam napisać, że umarł na raka płuc i mi przykro. Trochę się przestraszyłam jarania petków. Głupia jestem, że nie mogę do końca tego gówna rzucić. Z drugiej strony - nie palę dużo, prawie wcale. Takie gadanie.
Alkoholik z reguły nie widzi problemu.
Ja też nie widzę u siebie problemu, ale przecież to nic nie znaczy. Sama do siebie teraz strzelam. Dobra tam, mniejsza o to.

Podczas powrotu do Warszawy, miałam okazję usłyszeć coś, co stanowi żywy przykład na to, jak można rozgrzebać mały problem we własnej głowie tak, żeby urósł do rangi problemu życia.
W pociągu siedzi za mną pewna para. Nie widzę ich twarzy, bo fotele stoją sobie dwójkami, jedna dwójka za drugą, jak to w intercity. Chłopak i dziewczyna, młode głosy, gdzieś ze 23 lata góra.
Rozmowa (trochę zmyślam, zmieniam może kolejność, bo rozmowy rzecz jasna nie nagrałam, ale sens raczej zachowuję):
- Wyłączyłeś żelazko, gdy wychodziłeś?
- Tak, to znaczy wiesz, nie pamiętam, ale myślę, że tak, jak zwykle.
- Nie pamiętasz? Może rodzice są jeszcze w domu?
On dzwoni do chyba jej rodziców. Słyszę strzęp rozmowy:
- Państwo są już daleko od mieszkania? Tak, bo nie jestem pewien, czy wyłączyłem żelazko, to znaczy na pewno wyłączyłem, ale tak na sto procent to nie jestem w stanie powiedzieć. No nam z Warszawy to trudniej będzie to sprawdzić teraz, niż państwu z Łodzi. Tak, raczej wyłączyłem. Byłem w tym pokoju, pakowałem się, byłem tam przez dłuższy czas, układałem rzeczy. Tak, na pewno bym poczuł ciepło od żelazka, gdyby było włączone. Cały czas kręciłem się potem w pobliżu deski, więc na pewno bym poczuł, że wydziela ciepło.
Dalszego ciągu nie słyszę.
Potem znowu rozmawiają między sobą.
- Po prostu nie pamiętam tego momentu, gdy wyciągałem wtyczkę. Zawsze to robię, ale przecież takich rzeczy nie rejestruje się w pamięci. Czasem oczywiście tak, ale tym razem tego momentu nie mogę sobie przypomnieć. Byłem tam dość długo, potem Ania też wchodziła, zamknąć okno. Na pewno też zauważyłaby, że jest włączone.
- Mhm.
- Pamiętam, jak pakowałem baterie do aparatu (wymienia jeszcze jakieś inne rzeczy i czynności, a ja teraz zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, jakie to rzeczy i czynności jeszcze wymieniał, tak, jak chłopak nie może przypomnieć sobie momentu wyłączania żelazka), najpierw zresztą układałem sobie wszytko na biurku, żeby niczego nie zapomnieć. Kilka razy przechodziłem obok żelazka, na pewno bym poczuł ciepło, usłyszał, jak termostat tyka, a nic takiego nie słyszałem.
- Aha.
- Potem wyszliśmy, ale przecież ja tam jeszcze potem wróciłem po naszym powrocie.
- Tak, byłam tam przez chwilę też.
- Tak, tak, też mogłabyś coś zauważyć niepokojącego. Myślę, że wyłączyłem je, szczerze mówiąc to nie mogę tak na sto procent tego stwierdzić, bo tego momentu nie pamiętam. Zabawne, bo pamiętam każdy inny szczegół. Na pewno poczułbym ciepło, gdyby było włączone.

Tekst o cieple i termostacie pojawia się w wypowiedziach chłopaka co najmniej z 10 razy.

- Na pewno też słyszałbym, jak pracuje. Kiedy jest odstawione, syczy o wiele głośniej, niż wtedy, gdy jest w pozycji roboczej (tak powiedział, byłam w szoku, "pozycja robocza" w odniesieniu do żelazka!). Musiałbym to zauważyć!
- Tak, tak.
- W ogóle nie martwiłbym się, ale niepokoi mnie fakt, że nie pamiętam tego momentu, wiesz, przytrzymywania gniazdka, wyjmowania wtyczki. Dlatego nie mogę być pewien, że to zrobiłem, chociaż wszystko na to wskazuje.
- Hm...
Przestałam słuchać, może przestali rozmawiać. Jednak mija jakiś czas i chcąc nie chcąc, słyszę kolejną część rozmowy:
- Zadzwońmy do żelazka i zapytajmy go, czy działa! Chłopak chyba próbuje być zabawny.
- Pakowałem się, sprawdzałem, czy działają baterie, naprawdę, gdyby było włączone, słyszałbym je. Tyle razy tamtędy przechodziłem. Jeśli nikt z nas niczego nie zauważył, to wszystko musiało być w porządku. Potem wyszliśmy, a potem przecież wróciliśmy, pamiętasz? Byłem jeszcze chwilę w tym pokoju. Na pewno musiałem się rozejrzeć, czy niczego nie zapomniałem.
Po dłuższej chwili.
- Ciągle o tym myślisz?
- Hmm... no.
- Nie martw się, może tam pojadę jutro? Będziemy czuli się pewniej. Niepotrzebny zgrzyt, co?
- Eh... Tak..
- Ojej.
- ...
- Taki mały szczegół może tak bardzo popsuć nastrój.
- No dobra, już nie mówmy o tym.
- OK. W zasadzie to jestem prawie prawie prawie pewien, że je wyłączyłem.....


I tak mniej więcej od Skierniewic do Centralnego. Chyba. Nie notowałam dokładnie w pamięci, ale wydaje mi się, że to musiały być Skierniewice, gdy zaczęli o tym rozmawiać, chociaż nie mam pewności. Chyba pomyślałam, że rozmawiają o żelazku przez połowę podróży. Na pewno czytałam wtedy króciutką książeczkę Salingera, ale nie mogłam się skupić, bo rozmawiali dość głośno.

Na koniec miałam szczerą ochotę wstać, odwrócić się i powiedzieć "Stary, jestem tak bardzo pewna tego, że wyłączyłeś to cholerne żelazko, jak tego, że jedziemy teraz pociągiem, mimo, że w ogóle mnie w tym pokoju nie było!".
Nic nie powiedziałam, bo kurde, tak głupio przecież się przyznać, że się wszystko słyszało.
Biedni.
by jaskrawa
26.08.2009; 01:22
komentuj(6)

nie warto oszczędzać, skoro można umrzeć


W piątek rano byłam u dentysty. Prawie nie bolało. Mówię prawie, bo okazało się, że leczenie Tego Jednego Zęba będzie kosztowało 800 zł. Kanałowe pod mikroskopem (naprawa tego, co kiedyś spierdzielił mi jakiś konował w Łodzi) i do tego odbudowa tego, co na górze.
Wiecie co? Kiedyś straszliwie bałam się chodzić do dentysty, bo zawsze mnie bolało, bez względu na to, czy wcisnęli mi znieczulenie, czy nie. Teraz się boję, że będę musiała wziąć kredyt na zęby, bo samo leczenie w dobie dzisiejszych znieczuleń i narzędzi, to po prostu pół godziny śmiertelnej nudy w fotelu.

Karta wyprana w wakacje nadal niespłacona.
Sprawy uczelniane - zupełny rozgrzeb, napisana już część pracy dyplomowej, nadaje się do śmieci i zacznę ją chyba pisać od nowa. Jak tu żyć?
Aby zaliczyć resztę ćwiczeń (tych z różnic programowych), muszę wziąć urlop bezpłatny, bo inaczej nie zdążę oddać indeksu. Wypłata będzie beznadziejna.
Z tym, że nie złożę pracy do końca września już się pogodziłam. Prócz pogodzenia się, uczelnia wymaga opłaty za opóźnienie w obronie.
Zupełnie nie powinno mi się już chcieć wstawać rano.

Poszłam wczoraj do banku. Postawiłam na szczerość.
Dzień dobry, chciałam powiększyć sobie kredyt, ponieważ potrzebuję pieniędzy na spłatę karty. Trochę przesadziłam z wydatkami, wie pani, jak to jest w wakacje.
Jasne, pewnie, rozumiem, nie ma żadnego problemu. Ile pani potrzebuje?
Wymienia mi kwotę o wiele wyższą, niż potrzebuję na spłatę. Przez chwilę sobie myślę - o, jak dużo, co tu by sobie kupić? Poczułam się niemalże jak bohater Złotej Kaczki, który musiał w jedną noc wydać sto dukatów, ale nie miał pojęcia na co.
Zdrowy rozsądek tupnął jednak nogą i nakazał mi się opamiętać. Bierz tyle, ile musisz i spadaj stąd, zanim ci wcisną 20 tysięcy.
Nie, nie! Ja tylko na spłatę karty, w ogóle poza tym nie są mi potrzebne pieniądze! - krzyczę desperacko w obronie przed lawiną złotych monet.

Wychodzę z banku i jestem zadowolona. Wcale nie jest mi smutno ani przykro, że mój kredyt, który zaciągnęłam w tamtym roku na studia, powiększył się znowu o tyle, o ile nawet przez rok nie zdążył stopnieć.

Bo wiecie co? Wszystko mi jedno, mogłam nie jechać na wakacje, mogłam cały rok jeść chleb z masłem, ale równie dobrze mogłam też nie żyć.
by jaskrawa
29.08.2009; 16:48
komentuj(6)

odliczanka


Dziewięć dni do urlopu bezpłatnego pseudonaukowego.
Dzisiaj w pracy miałam tak ogromną ochotę WZIĄĆ i WYJŚĆ, że musiałam usiąść i złapać się za głowę, żeby tego nie zrobić. Przytrzymać swoje ciało, przygnieść je do ziemi, przykuć do krzesła i pracować dalej równo i ładnie, jak w fabryce. Siedziałam przez chwilę i myślałam, że jestem twarda jak skała, a wszyscy mistrzowie zen tego świata siedzą obok mnie i trzymają nieugięcie dłonie na swoich kolanach, a stopy na udach w pozycji lotosu. Nic innego się nie dzieje, nic nie ma znaczenia, nie ma też żadnej łyżki.

Zresztą, co się będę tu produkować.

...Stąd w pustce nie ma żadnej formy,

żadnych odczuć, postrzegania, rozróżniania, świadomości.
Żadnego oka, ucha, nosa, języka, ciała, umysłu.
Żadnego koloru, dźwięku, zapachu, smaku, dotyku ani żadnych zjawisk.
Nie ma sfery widzenia, ani żadnych innych sfer i także sfery świadomości.
Nie ma niewiedzy ani jej kresu,

nie ma starości i śmierci,
ani nie ma ich kresu.
Nie ma cierpienia, przyczyny cierpienia, wygaśnięcia.
Żadnej drogi, mądrości ani osiągania...


Najlepszy kawałek Sutry Serca. Dobrze jest go znać.
To już nie o pracę chodzi, praca to bułka z masłem.
Smutne jest to, że wszystko się zmienia, a przecież właśnie to jest najbardziej kojące. Można mieć na ten temat różne zdanie, tak czy owak, trzeba się z tym faktem pogodzić.
by jaskrawa
31.08.2009; 22:31
komentuj(6)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl