nie ma rzeczy niemożliwych!


Trudno uwierzyć - jutro ognisko i prawie cała szajka znów się zbierze.
Zawsze byli dla mnie jak rodzina. Ludzie, z którymi mogę nie widzieć się rok, dwa lata, albo dłużej, a gdy się zjawiają, ta czaso-przepaść gdzieś znika, jakbyśmy widzieli się wszyscy tydzień temu na Poleskiej. Wiem to, bo właściwie z każdym z nich widziałam się co najmniej rok temu, a to chyba niezły wynik, nie sądzicie? Tym bardziej jestem ogromnie ciekawa, jakie będą nasze wrażenia, gdy w końcu spotkamy się całą kupą. Już nie mogę się doczekać!
Żal tylko, że Anetki nie będzie z nami, cóż, emigracja... Nigdy nie może być idealnie. Zresztą, nawet w tak zwanych starych dobrych czasach, często bywało tak, że kogoś z nas brakowało. Był i taki czas, że brakowało mnie, z tego samego powodu, z którego teraz nieobecna będzie Anetka.
Tak czy owak... coś chcę powiedzieć, ale nie bardzo wiem, jak ubrać to w słowa. Czuję jakiś rodzaj wzruszenia, a jednocześnie dystans i luz. Takie "No spotykamy się, co w tym dziwnego? Czy to pierwszy raz? Nie, no więc o co ten zgiełk?".
Całkowicie normalna sytuacja. A przecież nie. A przecież tak.
by jaskrawa
02.07.2015; 13:41
komentuj(6)

i już po


Wśród kupy biegających dzieciaków - naszych i pożyczonych od sąsiadów...
Wspaniale było Was znowu zobaczyć!
I cudownie było posłuchać tych wrednych komentarzy na temat nieobecnych.
(ta świadomość, że gdy akurat my jesteśmy nieobecni, na nasz temat też sobie podle żartują, co jest dla mnie świadectwem jakiejś wzajemnej bliskości, jak i to, że każdej z tych osób mogę powiedzieć "a weź spierdalaj" i to będzie jak wyznanie najgłębszych i najpozytywniejszych uczuć)
A niektórzy zostali prawie do niedzieli.
Stała się też rzecz dla mnie absolutnie niemożliwa - Dominik wstał przed dziesiątą. Moje dziecko go obudziło, dokonując sztuki, której wcześniej nikomu się nie udało. Ha ha ha!
Kocham Was.

by jaskrawa
05.07.2015; 09:38
komentuj(4)

słońce to my, ciemne chmury to my


Burza dziś w nocy była wyjebiście piękna. Korona naszego dębu, targana wiatrem, rozświetlana błyskaniem zębów podniebnego, mruczącego potwora - bezcenne!
Byłoby idealnie, gdyby po burzy wrócił ten cholerny, cudowny, nieznośny i rozkoszny upał - mój żywioł (niektórzy mówią, że każdy z nas należy do jakiegoś żywiołu, wiecie, ogień, woda i tak dalej; moim jest upał). Niestety, dziś zamiast upału jest jakieś niewiadomoco. Chmury jak na burzę, ale burzy nie ma, słońce jak po burzy, ale za chwilę przykrywają je chmury, temperatura taka, że nawet się sprawdzać nie chce... Co gorsza, prognozy na następny tydzień pokazują, że ten stan utrzyma się. Dla mnie to jest dowód na nieistnienie Boga. Bóg wcale nie kocha naszej Polski - gdyby rzeczywiście istniał, z pewnością w nagrodę za to, że Polacy wybrali takiego prawego i sprawiedliwego prezydenta, zesłałby na naszą ojczyznę piękne lato. A nie zesłał. Przez szacunek dla Jego nieistniejącej osoby, nic więcej nie powiem.
by jaskrawa
08.07.2015; 11:47
komentuj(2)

deszcze niespokojne potargały sad (czyli dalej mam cytaty z piosenek jako tytuły notek, bo tak jest trendi)


16 stopni w środku lipca to już gruby nietakt.
Z morza chyba nici. Nasi zwiadowcy przekazali nam, łącząc się przez pośrednictwo ruskiego satelity, że na plaży wieje, piździ i do tego wszystkiego zacina deszczem.
Prognozy na przyszły tydzień - dla Reszty Polski - są bardziej optymistyczne.
Dlatego ja się nie poddaję i może jednak uda mi się namówić tego skostniałego starego dziada, mentalnego zgreda i nudziarza, Kapitana, na jakiś wypad bardziej na południe.
Namówić się pewnie da, ale potem pewnie się nasłucham, jaki to był zły pomysł - i jacy jesteśmy umęczeni z dwójką tych marudnych zasrańców.
Sama nie wiem zatem - co gorsze. Nasłuchać się czy siedzieć na tyłku z rękami w kieszeniach, gdy duszy nie tego trzeba.

Jak nie patrzeć, chuj, dupa i kamieni kupa.




by jaskrawa
10.07.2015; 18:34
komentuj(2)

it's just easier than dealing with the pain


Od kilku dni dzień zaczynam od sprawdzenia prognozy pogody na wszystkich możliwych portalach.
Im bardziej sprawdzam, tym bardziej tej pogody tam nie ma. To znaczy tej NAPRAWDĘ ładnej.

Wszystko przez to, że ja mam lekką obsesję na punkcie wakacji, lata, wyjeżdżania. Już dawno temu pisałam, że powinnam być Tonym Halikiem i Elżbietą Dzikowską, a nie mną. Wiecie, jakie jest ostatnio moje ulubione miejsce? Samochód. Nie siedzę na tarasie, nie siedzę w salonie. Siedzę w samochodzie. Z dzieciakami. Też kochają przesiadywanie w Klusce.
Jestem fetyszystką pociągowo-samochodowo-samolotową.
Fotel/siedzenie w pociągu, słońce, lato, sandały, nasze manatki tu i ówdzie, kanapki, picie, mokre chusteczki, plecaki, torby, widok przesuwający się za oknem, hale odlotów i przylotów (odlot!), dworce, brudne ręce, stacje benzynowe, postoje na siku, byle jakie żarcie, nasz namiot - najlepszy dom, jaki kiedykolwiek mieliśmy, automat do kawy, krótkie spodenki, które można nosić dwa tygodnie, a nie widać, że są brudne, całkiem nowy świat po drugiej stronie tęczy, zakreślonej przez airbusa czy innego boeinga, inne języki, mapy, bilety, zgubione okulary przeciwsłoneczne, okulary przeciwsłoneczne w ogóle, jedźmy tam, gdzie nic nie ma, śpiwory, piwo - nielegalnie wypite na Okęciu, żeby nie bać się gwałtownej śmierci w katastrofie lotniczej, amerykańskie papierosy wypalone na chodniku po drugiej stronie świata, lot - jak karuzela - osiem godzin w puszce - gdzieś poza horyzont - albo dwanaście - jak żółw ociężale, z winem wychlanym w zatłoczonym korytarzyku polskich kolei państwowych...
To wszystko są kłębuszki wspomnień, które obrastają w nowe wspomnienia i tkwią gdzieś w głowie, by wychynąć w najmniej spodziewanym momencie. Wyłażą garściami jak sierść kota w upalnym czerwcu. Podaję obiad dziecku - siup - przypałętała się ciepła i milutka myśl o zamglonej i mokrej Bukowinie Tatrzańskiej. Wstawiam pranie - myk! - Przyturlało się wspomnienie o bezskutecznym łapaniu stopa w Laponii. Zjawiają się sprawy zupełnie niezwiązane z aktualnie wykonywaną czynnością. Podróże, których zawsze jest za mało - i zawsze było za mało - wylewają się z mojej głowy, jak z przepełnionej wanny.

Wobec braku pogody, który nieco krzyżuje plany namiotowo-nadmorskie, nasuwa się konieczność wymyślenia alternatywy. I nie chodzi o to, że jest to trudne, ale o stare, filozoficzne pytanie - PO CO? W takim składzie, jaki obecnie mamy - cóż... Jasiek jest w wieku typowym dla wrzoda na tyłku. A Kapitan jest zmęczony, nie chce mu się na siłę wymyślać. Chciałby wcisnąć dzieci w jakiś plac zabaw czy małpi gaj, żeby tylko liznąć choć jedną małą kulkę świętego spokoju. Właściwie można to zrobić nawet tu, w Polsce mniej więcej centralnej. Basen, jakieś zoo, lody, lunapark, dinozaury, whatever. Pchać się w dowolną stronę, tylko po to, by poszukiwać tego, co w całej Polsce wygląda mniej więcej tak samo? Umysł praktyczny. Ja też mam taki, ale mój jest jeszcze zafiksowany na tym, co w poprzednim akapicie. Taki umysł boli, gdy mija lato i nic. Boli jak brak orgazmu przez kilka lat samotności. W pewnym momencie człowiekowi zaczyna odpierdalać i racjonalne myślenie przestaje być oczywistością.

Idę spać, dobranoc.
by jaskrawa
13.07.2015; 00:04
komentuj(2)

wyjechani


Jutro wyjechałam w końcu nad morze.

Je, je, je! W końcu mam internet przez domowe wi-fi, bez tego pierdolonego modemu playa, z czasów bitwy pod Grunwaldem.
Ciekawe, jak się będzie sprawował nowy net. Nie spodziewam się fajerwerków, ale gorzej niż było chyba być nie może.
by jaskrawa
14.07.2015; 13:58
komentuj(0)

wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni (niestety razem z nami...)


Jeszcze małe ps.
Pakujemy się. W domu istny pierdolnik. Bierzemy chyba wszystko.
Przypomina mi się, jak się pakowałam kiedyś na wyprawę w góry czy inne bezdroża - w średniej wielkości plecak. Wrzucałam doń:
- gruby śpiwór, zajmujący pół (dosłownie) plecaka
- kilka tiszertów z długimi i krótkimi rękawami
- kilka par majtek i skarpetek różnej grubości
- bawełniana piżamka z misiem
- dwie pary turystycznych, szybkoschnących spodni - w tym jedne z odpinanymi nogawkami
- ciepła bluza
- polar
- kurtka przeciwdeszczowa
- uniwersalne buty trekkingowe z goreteksem, do chodzenia po każdych nie-górach i każdych górach, może z wyjątkiem Orlej Perci i Himalajów.
- sandały
- szalik, czapka, rękawiczki
- płyn do mycia wszystkiego poza zębami
- pasta, szczoteczka
- ręcznik szybkoschnący z Decathlonu - a raczej pół, żeby mniej miejsca zajmował
- mały notes, długopis, odtwarzacz mp3, telefon bez internetu
- karimata i metalowy kubek
- paczuszka kaw rozpuszczalnych 3w1 i herbat


Teraz, nad morze, bierzemy:
- dwa miliony krótkich i długich gaci dziecięcych w rozmiarach od 86 do 104 (prawie jeden pies)
- dwanaście milionów bluzek, bluzeczek z krótkimi i długimi r., w rozmiarach rzeczonych
- ze sto par skarpetek w rozmiarze uniwersalnym - coś około 24-27. i kupę małych kolorowych majtek
- kilka kurtek przeciwdeszczowych, bluz polarowych i innych ciuchów na mroźne, lipcowe wybrzeże polskie
- kilka bawełnianych ciepłych bluz (i tak wszystkie będą brudne i wilgotne już po dwóch dniach)
- ze cztery czapki od słońca (zgubią połowę już pierwszego dnia)
- chustki, kominy, apaszki, rękawiczki do jazdy na rowerze (wszystko, poza rękawicami, może służyć potem za zgubione czapki od słońca... o ile będzie jakieś)
- z sześć ręczników czy ileś tam (osiem? zajmują jakiś metr sześcienny)
- trzy zestawy do zabawy w piasku (zapewne i tak pożrą się o jedną konkretną łopatkę)
- całą baterię kołder, kocy i innych bambetli oraz materac dmuchany (ja nie mogę spać z Jasiem na materacu, bo nienawidzę dmuchanych materacy i tego, że gdy przekręcam się na drugi bok, budzi się i kołysze całe pole namiotowe, a Jasiek na sto procent obudzi się przy każdym moim ruchu, mimo że nie mam rozmiarów słoniątka), śpiwory, piżamki
- od jasnej cholery butów - te do tamtego, te do sramtego - oczywiście większość dziecięcych, w tym kaloszki
- moje ciuchy - masa tiszertów i bluzeczek (przecież jedziemy samochodem!), spodni w różnych kolorach (bo wszystko mam, kurwa, we wzorki i od czapy kolory, trudno potem zestawić to z bluzkami)
- sandały - dwie pary (a co!)
- buty do biegania (no może coś z tego będzie)
- bluzy, polary, kurtki, blebleble
- ciuchy Kapitana - zawsze mnie zadziwia, jak niewiele ich bierze - a i tak potem wygląda bosko w swoim kapeluszu z Decathlonu, prawdziwy Wiking nad Bałtykiem, człowiek gór i morza jednocześnie, czeczeński partyzant i amerykański żołnierz - a przede wszystkim najlepszy tata świata
- kosmetyki (tego nigdy nie wożę dużo)
- krzesła turystyczne - składane - dwa małe i dwa duże
- stolik turystyczny
- namiot, który z powodzeniem pomieściłby średniej wielkości rodzinę wielodzietną
- trzy rowery, kaski, fotelik do wożenia na rowerze dziecka numer dwa
- namiocik na plażę
- naczynia do jedzenia, plastikowe kubki, sztućce i tak dalej
- leki na większość chorób świata poza malarią i nadciśnieniem
- paczka kaw 3w1
- coś w rodzaju torby na brudne naczynia
- nosidło turystyczne i miękkie nosidło dla dziecka numer dwa
- niby-lodówka
- koło ratunkowe (nie wierzę w jego ratunkową moc, ale przecież nie można go pominąć, skoro jest), kostiumy kąpielowe, rękawki dmuchane i tak dalej
- pół metra sześciennego pampersów w rozmiarze pięć oraz ćwierć metra sześciennego mokrych chusteczek typu dzidziuś z Lidla
- karimata (tym razem, cóż, nie mam pojęcia, po co)
- piłki
- mazidła do opalania (ciekawe, czy ma to jakikolwiek sens)
- pierdy typu latarki, aparaty, telefony, kalosze, nożyczki, nitki, igły, lusterka i cholera wie, co jeszcze
Jest tego tyle, że Klusce chyba będzie trzeba jutro dolać leki antydepresyjne i amfetaminę do baku, bo inaczej załamie się kompletnie i nigdzie nie pojedziemy.
Mam też nadzieję, że nie urwie się to COŚ, co klekocze od kilku miesięcy, a co sprawia, że boję się depnąć więcej niż sto na godzinę.
To ten, udanego kawałka lipca! Niech moc Plutona będzie z Wami!




by jaskrawa
15.07.2015; 00:08
komentuj(4)

wróćmy na jeziora


Wróciliśmy znad morza, a ja czuję się tak, jakbyśmy z zimnej Skandynawii przybyli do tropików. Jechaliśmy wieczorem, dotarliśmy w nocy. Temperatura tu w nocy była wyższa niż tam za dnia... Już to kiedyś przerabialiśmy.
Tytuł notki niech Was nie zmyli.
Bo sobie ze dwa razy podczas tego wyjazdu pomyślałam, że może ja wcale tych jezior nie nie lubię. Chyba lubię, o ile się znajdzie jakieś miłe. A jeziora, niestety, ciągle kojarzą mi się z mętną wodą, pijanymi żeglarzami, badziewiem, Mikołajkami, smrodem bagiennej ryby i tłumem na brudnej plaży kąpieliska o powierzchni jakichś pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Jakże niezasłużona opinia!
No dobra, ale o co chodzi? Przecież nad morzem byliśmy.
No nad morzem, fakt, ale w związku z tym, że pogoda w kratkę (uwaga! strumień skojarzeń - pogoda w kratkę zawsze już będzie mi się kojarzyła z piosenką Załóż czapkę skinie, skinie załóż czapkę, kiedy wicher wieje, gdy pogoda w kratkę), wybraliśmy się też na niewielką wycieczkę nad jezioro (Choczewskie) i to było jedyne miejsce, gdzie nasza wrażliwa córeczka kąpała się z prawdziwą frajdą, pływała na dziecięcym "ratunkowym" kole i była wyraźnie zachwycona. A potem trudno ją było przekonać do wyjścia na brzeg. Mimo że dzień wcale nie był gorący (Jezioro Choczewskie znajduje się w strefie klimatu morskiego czyli gdy w Polsce był żar tropików, to nad "naszym" jeziorem piździł zimny wiatr, a po niebie fruwały paskudne chmurzyska zasłaniające słońce właśnie wtedy, gdy się chciało wejść do wody), dało się wejść do jeziora z nieco mniejszym dygotem niż ten bałtycki. A potem chmurzyska odleciały i płytka woda przy brzegu nagrzała się szybko jak bojlerze. Niespodziewanie fajnie spędzony dzień. I przegadany z miłymi ludźmi, których poznaliśmy już trzy lata temu na naszym polu namiotowym.
A morze tego roku było falujące, nieprzyjazne dzieciom, chociaż tylko umiarkowanie zimne. Właściwie było ciepłe, skoro powietrze było chłodne. Nad morzem wszystko jest takie względne. Względnie atrakcyjne jest też włóczenie się po miasteczku, gdy ręce marzną (!) w zimnym deszczu, a z telefonu mama mówi "a u nas dziś był taki upał, że klękajcie narody". To, czy nieludzko fałszujący chałturnik w pobliskim barze z "muzyką" na żywo przeszkadza zasnąć, bo drze ryj do dwudziestej trzeciej (every fuckin single day), też jest kwestią względną. Niektórzy (Kapitan) mówią , że to tylko taka moja poza, że gość mi przeszkadza. Poza to by była, gdybym mówiła, że mi nie przeszkadza - O, patrzcie, jaka ze mnie biwakowa harcerka! Śpię na gołej ziemi, obok może przejść tornado, pielgrzymka do Częstochowy, a po niej stadko młodzieży z muzyką ze smartfonów, a ja nawet nie drgnę, bo śpię by wstać o piątej rano i pędzić na szlak. Niestety. Przeszkadza mi codzienne wysłuchiwanie polskich hitów typu Czarne oczy czy inne Hej sokoły. Gdyby chociaż były dobrze zaśpiewane...
Może się starzeję.
Jasiol co chwilę dawał nogę z namiotu, by pobiec grać w cymbergaja. Cymbergraja, jak mawia Marysia. Kiedyś - celowo - nie zatrzymałam młodego, tylko poszłam za nim, pilnując, ale bacząc też, by mnie nie zauważył. Raz się obejrzał, ale zdążyłam schować się za płotek. Upewniał się. Nie czy ktoś nad nim czuwa, lecz najwyraźniej, czy nikt nie czuwa i można lecieć. I poleciał. Potem odwrócił się dopiero wtedy, gdy zabrakło mu kogoś, kto wrzuci dwa złote do automatu.
Były i dni słoneczne. Wiało trochę, ale dało się. Piasek biały, las cudowny. Jak zwykle.
Marysia dokonała niesamowitych postępów, jeśli chodzi o rower. Wcześniej jeździła już nieźle, a teraz to w ogóle wymiata - bo miała okazję trenować na drogach leśnych. Serce mi urosło o jakieś 200%.
Niezmiennie po powrocie od razu planuję kolejne wakacje. To będzie Chorwacja. Kapitan mówi, że za daleko i nam samochód pierdolnie po drodze, ale mam zamiar się uprzeć i jak nie, to nie wiem co.
Chociaż znaleźliśmy też milutką i cichutką miejscówkę alternatywną. Ale to jednak nadal cholerne polskie morze i rosyjska ruletka z pogodą. No chyba, że wrócimy na jeziora. Chociaż nad jeziorami też bywa zimno przecież.
Żarnowieckie jest całkiem sympatyczne, chociaż to jezioro jakich milion w naszym pięknym kraju. Skoro już, to pewnie byłoby lepiej gdzieś bliżej. Mimo wszystko przypuszczam, że wątpię.
Potwierdziło się, że młoda nie ma leku wysokości. Ja za to nadal mam. Na latarni morskiej pokonałam strach, pogryzłam i zjadłam, i wyszłam na ten mały tarasik, pozwalając wydymać się mega wichrowi. Bez orgazmu, ale za to jaka satysfakcja.
Zmęczona jestem i trochę mam doła, że wróciliśmy, a trochę nie, bo jestem zmęczona.
Wytrzymać tydzień wakacji non stop z Kapitanem - wyczyn. Myślę, że wytrzymać ze mną to jeszcze większy wyczyn. Tak czy owak - wytrzymać pod namiotem z konkubentem i dziećmi, bez żadnego wielkiego zgrzytu, to jest dla mnie sztuka. Szkoła przetrwania. Niedługo napiszę poradnik "Jak się nie rozwieść i nie wylądować w psychiatryku". To jest dopiero coś, a nie pluszowy miś, ani kwiaty.
Jeśli miałabym jakoś podsumować ten wyjazd, to powiem, że trzy z plusem albo słabe cztery mniej. Mniej za pogodę w kratkę, plus za kilka fajnych momentów - nie tylko tych z ładną pogodą. W zasadzie wcale nie chodzi o pogodę, ale może o te momenty, gdy dzieci spały i można było sobie jechać i jechać. No i te momenty, gdy fale i piasek. I rower.
No i minus też za te momenty, gdy dzieci były zbyt męczące, by to znieść.

*chaos notki wynika z faktu, że wakacje z dziećmi przy chaotycznej pogodzie mogą zrodzić tylko chaos, który tylko "literacki" chaos może odzwierciedlić.
by jaskrawa
26.07.2015; 11:44
komentuj(5)

I wish to wish, I dream to dream


Udało Wam się kiedyś wrócić do przyjemnego snu - następnej nocy?
Bo mnie tak!
Szczegółów snu nie zdradzę, są jakieś granice ekshibicjonizmu, ale powiem, że to fantastyczna sprawa.
Jeszcze dziś spróbuję, a potem czas powiedzieć sobie dość. Bo skończę jak Ptasiek.

by jaskrawa
30.07.2015; 19:26
komentuj(7)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl