słów brak


http://wyborcza.pl/1,75478,16269292,Prof__Debski_opisuje_dziecko__ktore__uratowal__prof_.html#CukGW

Jestem wstrząśnięta. Mam nadzieję, że ten dzieciak, dzięki lekom, nie cierpi i umrze już niebawem. Matka niestety do końca życia zapamięta to wszystko i chce mi się tylko wyć empatycznie, gdy pomyślę, co czuje.

Chyba się zapiszę do fundacji "Wolność od religii". Nie dlatego, że mam coś przeciwko religii jako takiej, ale wkurza mnie, że te koszmarne efekty jej istnienia muszą tak silnie wpływać na tych, którzy nie chcą mieć z nią nic wspólnego.
Mam przyjaciół katolików, szanuję ich i lubię, nigdy nie próbowałam ich "indoktrynować" swoim ateizmem... I tak jest dobrze. Jednak religia to sprawa prywatna i zdecydowanie opowiadam się za świeckim państwem. I świecką, nowoczesną medycyną.


by jaskrawa
04.07.2014; 20:50
komentuj(26)

...


Wiedziałam, że tak będzie. Pożarłam się z "teściową".
Zabawne, zawsze myślałam, że jedną moich cech jest bezkonfliktowość.
No ale cóż, myślę, że nawet mistrza zen trafiłby w końcu szlag, gdyby od lat musiał wysłuchiwać cudzych pouczeń (niemal od progu, Kapitan jeszcze nie zdążył manatków poprzynosić z samochodu, a ja już usłyszałam jakieś dwa tysiące razy słowo "musisz" oraz "nie możesz"), w dodatku bez szans na jakąkolwiek dyskusję (moje słowa obronne lecą gdzieś w ścianę, przecież baba, która "dwoje dzieci wychowała" nie przyjmuje już nowych danych, a oczywiście o dziecko poszło, jak zwykle koszmarnie przeze mnie zaniedbywane i olewane, cud dosłownie, że to dziecko jeszcze dycha, już dawno opieka społeczna powinna się tu zjawić).
Najgorsze, że zamiast skruchy i wstydu, że dałam się wciągnąć w tę serialową scenkę (chociaż przyznam, że nie powiedziałam nic, czego mogłabym się wstydzić, nikogo nie obraziłam ani nie obrzuciłam inwektywami, mówiłam, co myślę, ot co), czuję ulgę. Ogromną jak wielkie czekoladowe lody.

Słowo dnia: Zajebiście.
by jaskrawa
12.07.2014; 16:56
komentuj(7)

...


Po wielu godzinach spędzonych w tej cholernej Ikei, kupiliśmy w końcu kuchnię. Osiągnęliśmy z Kapitanem kompromis, nawet nie taki całkiem zgniły. Przeprowadzka tuż tuż.
I bardzo dobrze, przyznam, że nawet nasza cudowna Stara Ochota zaczyna mi brzydnąć.
Ciekawe jak długo wytrzymamy na wsi. W razie upadku nastrojów mamy już upatrzoną miejscówkę. Isle of Skye, w wolnym tłumaczeniu ;) "Prawie jak Islandia".

by jaskrawa
15.07.2014; 18:01
komentuj(3)

z cyklu "banki to chuje"


Do Najcentralniejszej Centrali

Wiosna 2011. Z powodu zbliżających się narodzin dziecka, zmieniam adres zameldowania (by mieć gdzie zameldować dziecko). Niedługo potem idę grzecznie do najbliższego oddziału mojego (na szczęście już byłego) banku, by poinformować o zmianie adresu. Pani w okienku, jak zwykle miła i uczynna, zmienia w systemie adres. Cacy.

Wiosna 2012. Od pół roku nie mam żadnych własnych dochodów (urlop wychowawczy czyli bezpłatny). Karty kredytowej nie używam, bo i tak nie miałabym potem z czego spłacić. Utrzymuje mnie szanowny konkubent. Na zakupy z reguły chodzimy wspólnie, jeśli idę sama, dostaję gotówkę od konkubenta. Jednak, ponieważ konkubent ma dwa konta i na bieżące wydatki sobie przelewa wypłatę z jednego na drugie, zdarza się, że pewnego razu jesteśmy w centrum handlowym w momencie zanim się przelew dokonał (co wychodzi na jaw podczas próby zakupu). Ponieważ znajduję coś, co chcę kupić natychmiast, przypominam sobie o posiadanej nadal karcie i płacę nią, bo mogę. Jakieś dwieście złotych, może mniej. Cholera, nawet nie pamiętam, co wtedy kupiłam.
Mówię (chyba) konkubentowi o tym, żeby przelał mi potem forsę na spłatę karty. Wracamy do domu.
Mija czas, a ja zapominam o sprawie. Konkubent zapomina o przelaniu forsy, ja zapominam o tym, by mu przypomnieć.
Gdy korzysta się z karty regularnie, spłacanie jej po wypłacie wchodzi w krew, staje się comiesięcznym nawykiem, po otrzymaniu przelewu od firmy, siada się przed kompem i płaci za telefon, internet, spłaca kartę itd.. Gdy się nie korzysta, nawyku nie ma. Zapomniałam i tyle. Nikt mi o długu na karcie nie przypomina.

Zima 2012. Nadchodzą święta. Ludzie dostają smsy z życzeniami, niektórzy może jeszcze kartki świąteczne. Ja dostaję pismo z pogróżkami od niejakiego Intrum Justitia. Ciśnienie mi skacze. Dzwonię do banku, dowiaduję się, że na karcie kredytowej zadłużenie wzrosło do kilkuset złotych - odsetki na kartach kredytowych są koszmarne. Dług "sprzedają" firmie windykacyjnej. Jestem wściekła, na siebie, na bank, że nie poinformował mnie o zadłużeniu, że przekazują moje dane jakiejś firmie. Dlaczego tak się stało? W banku mówią mi, że na pewno wysyłali monity. Okazuje się, że niczego nie dostałam, ponieważ sprytny bank ma jeszcze jeden tajemny system - służący do obsługi kart kredytowych. Dane z systemu do rachunków nie ciągną się automatycznie. Powinnam była przy zmianie adresu zmienić dane również w systemie tajemnym. Ponieważ jednak o tajemnym systemie wiedzą zapewne nieliczni pracownicy banku, do zwykłego konsumenta ta wiedza tym bardziej jest tajemna.
Zaciskam zęby, spłacam dług, ponieważ mój dług nie jest już sprawą między mną a bankiem, lecz wisi mi nad głową okropnie nieprzyjemna baba z Intrumu, grożąc Rejestrem Dłużników, BIKiem, piekłem i Sądem Ostatecznym.
Wydaje mi się, że pozamiatane. Dług spłacony.

Wiosna 2013. Na moim koncie odkrywam zniknięcie kilkudziesięciu złotych. Sprawdzam historię. Opłata roczna za nową kartę kredytową (której nie zamawiałam). Znowu lecę do tego przeklętego banku. Zmian w adresie nadal nie dokonali, więc z automatu wysłali mi nową kredytową, bo stara wygasła. Na oczy jej oczywiście nie widziałam, ponieważ karta poszła na stary adres, na legendarną Poleską.
Piszę przy okienku jakieś pismo z reklamacją. Po jakimś czasie dostaję odpowiedź - uznali reklamację, forsę oddali. Nie jest to sytuacja związana z długiem, ale opisuję, ponieważ to kolejna sprawa z powodu której musiałam biec do banku.

Jesień 2013. Wreszcie mogę sobie pozwolić na spłatę reszty kredytu odnawialnego zaciągniętego dwa eony wcześniej. I tym samym - mogę w końcu zamknąć konto. Turlam się z wielkim brzuchem do banku. Zamykam konto u nich. Zamykam również rachunek powiązany z rachunkiem maklerskim (kupowaliśmy akcje PZU, pamiętacie może tę akcję z akcjami?) oraz tenże rachunek. Zamykaniu wszystkiego towarzyszy pani w okienku kierownik oddziału, ponieważ pani nie ma dostatecznych kompetencji. Pani w okienku mówi, że wszystkie trzy rachunki zostały zamknięte, kierownik potwierdza. Wychodzę, co za ulga. Gdyby nie fakt, że jestem w ciąży, poszłabym się napić.

Wiosna 2014. Dostaję z Domu Maklerskiego zestawienie aktywów (oczywiście same zera). Znowu skacze mi ciśnienie. Pobrana opłata roczna za konto, którego od pół roku powinno nie być. Dzwonię na infolinię - owszem, konto istnieje. Piszę im pismo z żądaniem anulowania opłaty, ponieważ konto powinno być dawno zamknięte. Zabawne, co?

Lato 2014. W Ikei chcemy kupić kuchnię, ponieważ mają nieoprocentowane raty, postanawiamy, że nie będziemy na kuchnię wydawać forsy z kredytu hipotecznego zaciągniętego przez konkubenta, tylko skorzystamy z ich oferty.
Niestety, bank w Ikei odmawia mi kredytu. Kuchnię kupujemy za gotówkę. Dlaczego odmówiono? Rejestr Związku Banków Polskich, w którym figuruję. Między jednym karmieniem a drugim zapierdalam rowerem do BOK Związku Banków (samochodem boję się tam jeździć, bo nie ma gdzie zaparkować). Okazało się, że zostałam zgłoszona przez kochany bank w 2012 roku. Moje dane mają tam tkwić do końca 2017 roku. Ponieważ zapomniałam o zapłaceniu stu czy dwustu złotych w 2012, moje nazwisko figuruje teraz wśród nazwisk ludzi, którzy wiszą rozmaitym bankom setki tysięcy złotych. Fantastycznie.
W BOKu pani mówi mi, że mam iść do nich grzecznie negocjować wycofanie moich danych. Cóż, znowu sobie rowerem skoczę między karmieniami.

Chuj Wam W Dupę,
Bez poważania,
Cała Jaskrawość



by jaskrawa
24.07.2014; 09:22
komentuj(10)

32


Urodziny udały się znakomicie. Pogoda była wspaniała, samotność sprzyjała doskonale. Na obiad zafundowałam sobie ratatuj po nicejsku w ulubionej knajpce oraz pierogi z serem (zamówione dla Mary, ale wiadomo, że ta ptaszyna nie zje więcej niż trzy gramy). Do tego świetna kawa z sojowym. Bosko.
Od Kapitana dostałam smarkfona. Wzruszyłam się. Nie przyznam się, że rusza mnie taki sprzęt. Wzruszyłam się, bo Kapitan zauważył, jak męczę się ze starym Samsungiem, który rozpadał mi się w dłoniach, a podłączenie ładowarki zajmowało tyle czasu, co rozładowanie się starej i ledwo zipiącej baterii. No i koniec męczenia się.
Ale przyznam, taki telefon to jednak fajna zabawka. Przede wszystkim można normalnie poczytać internet, bez rozmaślania gałki ocznej na ekraniku wielkości znaczka pocztowego.

Od Mareckich dostałam płytę wspaniałej Emiliany Torrini, na której koncercie (tak! to naprawdę prawda!) byłam niedawno z Markiem. Cudeńko (koncert, nie Marek, chociaż Marek też cudeńko, tacy najlepsi przyjaciele trafiają się raz na kilka żyć). A płyty nie przesłuchałam jeszcze. Wstyd się przyznać, ale nie mam kiedy. Ale to też dlatego, że płyta, która leży zafoliowana przez kilka dni jest potem smaczniejsza.

Fajnie mieć trzydzieści dwa lata. Zwłaszcza, że, chociaż nadal mogłabym zapisać się do forum dla brzydkich (tak, istnieje takie forum, na gazecie.pl. obrazkiem - motywem przewodnim jest na nim Buka z Muminków), wyglądam lepiej (i to po dwóch ciążach) niż wtedy kiedy miałam lat dwadzieścia cztery i ważyłam jakieś osiemnaście kilo więcej.

Bez puenty.


by jaskrawa
28.07.2014; 17:42
komentuj(2)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl