coś za coś


Na gazecie piszą, że koncert Coldplaya był bardzo dobry. No cóż, może innym razem się wybiorę.
Te egzotyczne owoce o których pisałam kilka notek wcześniej, słoiczki, są zajebiste. Kapitan kupuje mi zawsze kilka. Mamy dziecko więc kupujemy słoiczki. A że dziecko jest jeszcze za małe by je konsumować, to słoiczki zjada łapczywa matka. Delikatny banan, mus z jabłek i moreli, jabłko i gruszka... Niam! A Karo i Kapitan twierdzą, że słoiczki muszą być obrzydliwe.
Marysia się uśmiecha, a nawet rozpoznaje już mój nastrój. Dziś zareagowała uśmiechem na mój uśmiech, jakby jej uśmiech nie był już uśmechem tylko wyrażającym jej dobry nastrój i zadowolenie, ale odpowiedzią na to co robi mama. A wczoraj mama płakała nad przewijakiem, bo bolał ją łeb i ogólnie miała dość. Marysia patrzyła na mamę wyraźnie zdumiona i zasmucona. Nie miałam pojęcia, że tak mały ludzik może już tyle rozumieć. Kurna, nawet ryczeć trzeba będzie teraz w ukryciu. Nie chcę, aby dziecko wyrastało w przekonaniu, że matka jest nieszczęśliwa. Bo jest szczęśliwa. Liczy już tygodnie kiedy skończy się to cholerne karmienie cyckiem i będzie mogła napić się browara...
No dobra, żartowałam. Karmienie cyckiem jest oczywiście fantastyczne i parę tygodni temu, gdy musiałam w szpitalu dokarmiać dziecko bebilonem, też ryczałam. Matka histeryczka, niestety.
Boże, dlaczego ja się nie nadaję do bycia matką? Codziennie co najmniej raz myślę, że kompletnie sobie nie radzę i gdyby Kapitan wszystkiego nie ogarniał, umarlibyśmy już dawno.
Ponieważ cały dzień nie bardzo mam do kogo otworzyć gębę, gadam do dziecka, oczywiście. Sama się dziwię, ile jestem w stanie wymyślić "imion" dla maluszka. Mańka, Marian, Marianek, Pasztecik, Pierdek, Bączek, Rybek, Dzidziol, Królewna (wtf? puszczam pawia, gdy słyszę, jak rodzice nazywają swoje córki królewnami lub księżniczkami i doprawdy biję się w piersi) itd..
Stanika do biegania nie kupię w tym miesiącu, bo chuj strzelił kasę. Wypłata pójdzie na, jakby tu rzec, sprawy związane ze zdrowiem. Zresztą dobra tam, na razie i tak jestem zbyt zmęczona po tych nocnych i wczesnoporannych karmieniach, nie oszukujmy się. W dupie. Jeśli nie będę żreć słodyczy i przejadać się to i tak schudnę od karmienia piersią (łudzę się).
Koniec notki, obudziła się.
by jaskrawa
01.07.2011; 10:55
komentuj(4)

powołanie


Minęłam się z powołaniem. W ogóle się minęłam. Powinnam być dietetykiem. Myślę, że szłam też dobrym tropem idąc na psychologię, na którą się nie dostałam. Filozofia to była kompletna pomyłka. Owszem, bardzo lubię sobie rozmyślać o sensie życia, ale na chuj to komu? Zwłaszcza, że po wielu latach rozmyślań doszłam do wniosku, że sens życia jako taki nie istnieje i warunkiem naszego szczęścia jest znalezienie sobie dobrego substytutu czy raczej (słowo "substytut" źle się kojarzy) najlepszego sposobu na takie życie, aby sens życia potrzebny w ogóle nie był.
by jaskrawa
04.07.2011; 19:36
komentuj(10)

na wieś


Chciałabym mieszkać na wsi. Na wsi byliśmy w ten weekend i czułam się, jakbym się obudziła w jakimś innym, lepszym świecie. Kury gdaczą, krowy muczą, pieją koguty. W ogródku ogórki i pomidory, na krzaczkach maliny. Dobrze, że Maryś ma dziadka na wsi, chociaż tyle... Każde dziecko powinno mieć jakiegoś dziadka albo babcię albo jakąś ciotkę czy kogokolwiek (kurwa) na wsi (o ile samo nie mieszka na wsi, ma się rozumieć). Ja trochę miałam i byłam z tego powodu bardzo szczęśliwa. Wprawdzie nie była to taka prawdziwa wieś, bardziej przedmieścia, a kury były tylko do pewnego momentu, ale wspomnienie jakieś zostało. Babcia z sąsiadką przesiadywały wieczorami na ławeczce, a my graliśmy w chowanego, "bambingtona", jeździliśmy na rowerach i zbieraliśmy ślimaki w deszczowe dni. I było dobrze. A potem zamieszkaliśmy w mieście, w blokach i tym oto sposobem stałam się dzieckiem niemal autystycznym. Nie chciało mi się wychodzić z domu, to było dla mnie jakieś nienaturalne - "wychodzenie na dwór" przed blok. Tam się po prostu prawie non stop było na zewnątrz i do domu wracało się aby spać i myć się, ewentualnie jeść. A tu? Siedziałam w domu i czytałam książki, nie mając niemal żadnych koleżanek po sąsiedzku, ino w szkole. W ogóle to było jakieś smutne.
Mam nadzieję, że Marysia będzie miała lepsze dzieciństwo niż moje.
Na razie zapowiada się, że tak będzie, bo ma rewelacyjnego tatę, który na pewno nie pozwoli zrobić jej krzywdy. Dzisiaj byliśmy u pani okulistki (młoda zalicza wizyty u różnych specjalistów w związku z jej ciut za małą wagą przy urodzeniu, chociaż to trochę bez sensu, bo generalnie nic jej nie jest) i pani okulistka władowała naszemu maleństwu krople, a potem świeciła jej tym cholernym światełkiem prosto w oczki. I mała oczywiście płakała żałośnie, a mi serce pękło. Kapitan przyznał potem, że miał ochotę babie jebnąć. Oczki zdrowe, zatem postanowiliśmy, że na żadną "wizytę kontrolną za pół roku" nie damy się końmi zaciągnąć, bo to bez sensu, żeby zdrowe dziecko było niepotrzebnie męczone badaniem, skoro inne zdrowe dzieci, które urodziły się jakieś 100 gram cięższe (czyli tyle, ile niemowlak przybiera w 3-4 dni...), na takie wizyty wcale nie chodzą.
by jaskrawa
12.07.2011; 16:02
komentuj(10)

niech Wam będzie nowa notka


U mnie nuda macierzyństwa. Codziennie spacerek, pieluszki, wiele godzin spędzonych na karmieniu (jak ktoś piersią karmił, to wie, że młode potrafi wisieć pół dnia), w trakcie czytam se "Fajdrosa" (bo czytałam to na I roku i chciałam znowu TO poczuć) i "Jeszcze w tym życiu" (takie buddyjskie blebleble, o przeszkodach w osiągnięciu oświecenia czyli całkiem ciekawa rzecz o naszych słabościach). Marysia jest coraz większa (a raczej coraz dłuższa) i chyba niedługo będą jej nóżki z wózka wystawać. Ciekawe czy przerośnie swoich przerośniętych starych.
Wieczorami ogląda z nami Startreka. Wiem, nudna jestem z tym Startrekiem, ale nic nie poradzę na to, że dla mnie oglądanie Startreka to jakiś rodzaj terapii. Daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Nie umiem wyjaśnić tego fenomenu. Na razie dalej wałkujemy stare, do bólu proste i naiwne TNG, ale pewnie za chwilę nam się znudzi i zaczniemy oglądać którąś z nowszych serii. Ciekawe czy Marysia też będzie kiedyś oglądać Startreka. W ogóle to ciekawe, co ona będzie oglądać. Czy będzie chciała z nami chodzić po górach? Czy zabiorę ją na Islandię? A może będzie latać na paralotni jak wujek Marek? A może będzie miała lęk wysokości po matce? A może będzie mistrzem zen po ojcu?
Zabawne, jakie myśli mi przychodzą do głowy, gdy na nią patrzę. Na przykład dzisiaj myślałam o tym, że Marysia jest człowiekiem i co to w ogóle oznacza (poza przynależnością gatunkową). Myślałam na przykład o tym, że muszę ją szanować jak człowieka i nie śmiać się z tego, jak pierdzi głośno w swoim łóżeczku. Chyba też nie powinnam pisać o tym na blogu. Może za 16 lat ten blog nadal będzie istniał i Marysia dowie się, że jej mama o tym pisała. Będzie jej głupio. Nie martw się Marysiu, mama też na pewno pierdziała w swoim łóżeczku mając dwa miesiące. Ba, co tam dwa miesiące! Nie ma człowieka, który nie robiłby tego od czasu do czasu mając lat dwadzieścia dziewięć! Mama nie jest tu wyjątkiem.
A w ogóle obserwowanie Marysi i tego, jak coraz bardziej jest świadoma istnienia własnych rączek, jest lepsze od jakiegokolwiek serialu.
Myślę o powrocie do weganizmu. Szukam dobrego pretekstu i być może mam - dziecię strasznie ulewa po jedzeniu. Nie martwię się, bo mówią, że to normalne, że przejdzie, że czasem po prostu w ten sposób usuwany jest nadmiar pokarmu, jeśli dzieć żarłoczny. Pewnie tak. Ale mówią też, że bardzo wiele egzemplarzy nie toleruje nabiału w diecie matki. Muszę zrobić próbę, odstawić to wszystko na parę tygodni, może się coś poprawi.
Problem tylko w tym, że przy diecie bezmięsnej i beznabiałowej cholernie ciężko dietę skomponować, jeśli się karmi piersią. Oczywiście da się, ale trzeba mieć raczej dużo czasu i trochę pieniędzy. Miałam iść do dietetyka, mam numer do takiej wegetariańskiej babeczki, ale nie chce mi się. Nie chce mi się też iść do laryngologa, w związku z tym, że mi w uchu szumi od dobrych kilku miesięcy i to dość dokuczliwe jest. Może się to ucho gdzieś tam w środku zatkało czy co. Nie wiem. Być może się nie dowiem. Podobno w przypadku 60% szumów usznych nie da się znaleźć przyczyny. Tak czy owak powinnam iść, a strasznie się z tym ociągam, bo mam już dość chodzenia po konowałach. W ciąży tego za dużo było, a potem wszystkie te wizyty kontrolne z dzieciem. Ble. Gdy mam zadzwonić na infolinię luxmedu, to rzygam jeszcze bardziej niż Marysia (ino że mentalnie).
I tak o. Jak widzicie, nie mam o czym pisać notek.
by jaskrawa
21.07.2011; 14:57
komentuj(35)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl