unbrejking nius


Truskawki już po 3,5, czas na nową notkę.
Nic się nie dzieje.
Zimno, było ciepło.
Mama przywiozła nową książkę o Borgiach. Super!

Robota leży odłogiem.

Całe dnie chodzę po ścianach przez leki na pieprzoną tarczycę. Spać, spać. Mogę spać całą dobę. Swędzi mnie całe ciało.

Tak czy owak, gdybym wierzyła w Boga, dziękowałabym mu, że to tylko tarczyca. Mogłam gorzej trafić.
Jakbym wyczerpała już swoje zapasy złej karmy, a przecież to nie tak.
by jaskrawa
09.06.2015; 19:49
komentuj(7)

run and I'll run with you


Czuję się lepij, do senności i swędzenia można się przyzwyczaić.
Wczoraj ponad sześć kilometrów - z czego cztery na wspaniałej tartanowej bieżni przy wioskowej szkole. Może to nie jest bardzo dużo, ale jak na kogoś, kto regularnie nie biega, to chyba nie tak źle.
No i Tryb Foresta. Znów parę miesięcy przerwy było (tarczyca...), ale gdy wyruszyłam, od razu wskoczyło idealne tętno, tempo i poczucie, że nie wrócę z podkulonym ogonem po dziesięciu minutach, jak ostatnio, gdy poszłam biegać po zjedzeniu megawielkiego pesto z orzechów i pietruszki.
Uwielbiam biegać na bieżni, ma to coś z transu i medytacji. Kółka, jedno za drugim. Nawet rozważam taki myk, że jadę rowerem lub samochodem (sic!) na bieżnię, oddaloną o nieco ponad kilometr, żeby biegać tylko po niej. Dwadzieścia pięć kółek, dziesięć kilometrów. Marzenie.
Bo moje endomondo sukcs, wczoraj już po minucie biegu usłyszałam komunikat "signal lost" i tyle go widzieli. Dobrze, że dystans mam już zmierzony mniej więcej, ale bieganie po bieżni ma też ten plus, że nie trzeba liczyć na zasranego gpsa. Poza tym nawierzchnia przyjazna kolanom.
Zawsze, gdy w końcu zacznę biegać, albo dopada mnie jakieś choróbsko, albo ciąże jakieś. A potem, nawet gdy choróbsko odpuszcza, jestem już out of nawyk i rutyna, i zwyczajnie mi się nie chce. Trochę tego nie rozumiem, bo gdy już biegnę, czuję, że żyję naprawdę, więc późniejsze niechciejstwo nieco mnie zaskakuje. Cóż, bieganie to taki rodzaj przyjemności, która nie leży w zasięgu ręki, ale wymaga odrobiny wysiłku.
Tęsknię do tamtych dni, gdy wychodziłam codziennie rano i robiłam kilka kółek dookoła działek na Targówku. Pół godziny latania przed robotą. Nie było zastanawiania się, rozkminek, że "może dziś nie?". Bardzo bym chciała znowu wprząść się w to chomąto.

by jaskrawa
15.06.2015; 10:45
komentuj(6)

widziała morła cień


Tyle gadania o tych tanich lotach, ble ble. A jak się zaczyna szukać, to się okazuje, że owszem, tanie loty są, ale na przykład głównie do drogiej Skandynawii. Gdzie trzeba mieć tyle forsy, żeby nie nocować pod mostem, że chuj. No chyba, że zna się jakichś zaprzyjaźnionych skłotersów. Albo bierze się namiot wielkości znaczka pocztowego. Nie wspomnę już o tym (no właśnie wspominam), że na przykład lotnisko "w Oslo" wcale nie jest w Oslo, tylko zupełnie gdzie indziej.

Poza tym gdy się podliczy nawet tanie loty - ale razem z dziećmi, za które, a jakże, też się płaci, to i tak wychodzi drogo.

Biorąc pod uwagę lot na wakacje - tak zwane główne - że lecimy i siedzimy tam trochę czasu - odpada, bo żeby zabrać namiot i ekwipunek niezbędny, to już samochód trzeba wziąć. Samochodem zresztą chyba taniej wyjdzie i tak. Nie bierzemy pod uwagę płacenia za jakieś kwatery czy inne takie, bo nas nie stać. Zresztą, typowo wakacyjne destynacje wcale tanie nie są, raczej. Nie liczę rozmaitych miast włoskich, ale przecież z nich trzeba potem się gdzieś ruszyć, co z dwójką małych dzieci nie bardzo nam się uśmiecha - bo jak? Wynajem samochodu albo przesiadanie się na jakieś pociągi, z dziećmi, z psami, z kanarkami... Bleh.

Zaś żeby se tak o, polecieć do jakiegoś miasta na przedłużony weekend czy coś? Tyle że nawet licząc naprawdę tanie loty, po podliczeniu całej rodziny, wychodzi minimum tysiak, żeby tylko tak se o się przelecieć.
Zrobiłam dziś risercz w sprawie Kopenhagi, dla przykładu. Atrakcyjne miasto, atrakcje dla dzieciorów są, relatywnie nieduże, lotnisko blisko. "Tanie" loty są.
Po podliczeniu co się okazuje - Lot wypada w niezbyt korzystnych godzinach, bo docieramy tam o dwunastej w nocy. Nie wiem nawet czy o tej godzinie gdziekolwiek nas ktokolwiek wpuści, ale dobra tam, załóżmy, że tak.
Koszt lotu - prawie tysiąc złotych za nas i dzieci.
Koszt noclegów - licząc dajmy na to trzy noce (krótko, biorąc pod uwagę fakt, że w pierwszą noc przylatujemy), to około ośmiuset złotych w tanim prywatnym mieszkanku wielkości szuflady na skarpetki (co dla nas nie jest absolutnie problemem, ale podkreślam ten fakt, żeby pokazać, że chodzi o coś absolutnie najtańszego, nie licząc skłotu, namiotu, nocowania w parku na ławce).

Podsumowując - trzy dni w Kopenhadze - około dwa tysiące złotych, nie licząc jedzenia. Nie jestem pewna, ile kosztują bilety do Legolandu, ale podobno w chuj, więc pewnie powinnam liczyć więcej niż dwa kafle.
Tyle to my wydamy nad polskim morzem, żrąc codziennie żarcie w knajpie i siedząc tam niemal dwa tygodnie.
No i na tym kończy się nasz wakacyjny budżet.

Sorry, taki mamy klimat. Trzeba było latać tanimi lotami zanim urodziły się dzieci.
Jedynym pocieszeniem jest dla mnie fakt, że trochę zdążyliśmy.
by jaskrawa
25.06.2015; 19:03
komentuj(7)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl