ostatnie braki w przygotowaniach


Zapowiada się świetnie. Drogi pozamykane, autobusów jeszcze nie ma na innych drogach poza jedynką.
Trudno.
Jakoś to będzie. W niektóre miejsca da się po prostu dojść pieszo.
Dobrze, bo autobusy są koszmarnie drogie. Wiem, że na niektóre miejsca nie starczy nam czasu i pieniędzy. Będzie powód by tam wrócić.
Dzisiaj pakowanie (maksymalnie lekko i tylko rzeczy absolutnie niezbędne, będą odcinki, wcale nie krótkie, które trzeba zrobić na własnych chudych nogach, a i plecy muszą wytrzymać), jutro ostatnie ewentualne zakupy, a w czwartek przed południem zaczynamy naszą podróż od autobusu mojej ulubionej linii 175.
Nie rozumiem ludzi, którzy wolą zostawać w wakacje w domu i na przykład remontować sobie łazienkę.
No czasem trzeba, wiem, ale... tak czy owak.

Wczoraj rozmawialiśmy z Kapitanem o tym, że nie możemy tak bardzo starać się wyciskać z tej podróży wszystkiego.
My już tacy oboje jesteśmy, harcerscy, kurwa. Wstać bladym świtem i nie marnować ani chwili, ani jednej minutki słonecznego nieba. A jak pada, to co z tego? To nie zwalnia z odpowiedzialności. Jeśli mamy ograniczony czas, niecałe 3 tygodnie, a to przecież tak krótko, to nie można się obijać gdzieś wśród manowców cały dzień. Trzeba iść, jechać, oglądać, zobaczyć wszystko, pochłonąć wszystko jak Szeloba.
Skoro można, to trzeba - naszą życiową dewizą stało się (jakby mistrz Yoda powiedział). Nie wiem, może ja taka nie byłam kiedyś... A może byłam. A może ta skłonność drzemała we mnie ukryta?
Ale nie można tak, trzeba sobie dać trochę luzu, pogapić się w niebo, przeleżeć dzień w pozycji horyzontalnej.
No, zobaczymy.
Dobra, idę do pracy, godzinę później, ale mam tyle nadgodzin, że pierdolę punktualność.

by jaskrawa
01.06.2010; 09:21
komentuj(5)

jutro stało się dzisiaj


Wypluta jestem. W robocie do 20tej z hakiem (trzeba było podomykać to całe cholerstwo).
Po drodze do domu zmokłam jak kura.
Nie wiem, dlaczego akurat kura moknie najbardziej, ale wiadomo, o co cho.
Zdołałam tylko wyciągnąć z szafy właściwe ciuchy/żel do mycia wszystkiego/torbę kaw rozpuszczalnych 3w1/zszyć odpruwający się rzep w sandałach. Teraz siedzę, a to wszystko leży na dywanie i czeka na zapakowanie do plecaka. Baterie do aparatu oraz empetrójka ładują akumulatory. A ja jeszcze nie. Bo jestem zdenerwowana. Zawsze lubiłam... Kurde! Jak to jest? Coś mam po mamie. Moja mama zawsze lubiła wszelkie wczasy i wyjazdy, w Tatry pierwszy raz z mamą pojechałam (i tatą). A teraz mamie coraz mniej się chce. W ostatnie wakacje przed chorobą jeszcze sama w Tatry pojechała, a rok temu nad morze ze swoją siostrą. A w tym roku twierdzi, że nigdzie nie pojedzie, bo jej się nie chce.
Mnie się nadal chce, z radości podskakuję (teraz to tylko tak mentalnie, bo siedzę), śpiewam i wącham kwiatki.
(A właśnie! Na Agaty ślubie złapałam bukiet panny młodej! Ja wiem, że celowała we mnie, a ja potem skorzystałam z okazji i wykonałam skok jak koszykarka prawie, więc nie wiem, czy się liczy. Poza tym to ja nie miałabym w co się na ten ślub ubrać. W białym wyglądam blado itd.). Śpiewam i wącham kwiatki, ale coraz słabiej znoszę tę całą nerwówkę. Może teraz jest trochę inaczej. Kiedyś na wakacje jechało się w wakacje, człowiek mógł przed wyjazdem odpocząć, zastanowić się nad wszystkim, pakować sobie spokojnie plecak i jechać.
A teraz? Dziś biuro do wieczora, jutro wrzucanie ostatnich rzeczy od bladego świtu.Trochę już nie mogę się doczekać, kiedy jutro będę spała pijana w
samolocie.
Do zobaczenia. Bardzo Was wszystkich kocham i życzę Wam słonecznego czerwca! (oby się spełniło, bo przecież tych ludzi szkoda...)

by jaskrawa
03.06.2010; 00:02
komentuj(5)

hot water unlimited


Autobus zatrzymuje sie posrodku kompletnego pustkowia. Ta wymarzona przestrzen. To tutaj odchodzi droga do Detifoss, zatem wysiadamy. Wypakowujemy z autobusu nasze plecaki, ogladamy sie na kierowce, a ten mowi 'Enjoy your trip' i odjezdza. Rozgladamy sie dookola i niewiele mozemy powiedziec poza 'o kurwa'.


Wycieczka obfituje w tego typu niespodzianki, ale nie bede teraz sie rozpisywac. Pozniej tez nie bede, kto bedzie chcial, ten nas odwiedzi, obejrzy poslusznie zdjecia i poslucha naszych nudnych historii.


Powiem teraz tylko, ze mamy za soba dosc hardkorowe momenty, a chlebem powszednim jest zastanawianie sie 'gdzie my dzis spimy'.


Trafilismy dzisiaj na odludzie przeurocze, bo okazalo sie, ze tam, gdzie mamy przesiadke na inny autobus (autobus jest jutro), nie ma zadnego campingu, tylko jakas stacja-restauracja-ciastka-lody. Dowiadujemy sie, ze camping jest 8 km dalej, wiec ruszamy z buta. Przechodzimy droga wijaca sie nad samym koniuszkiem fiordu na polnocnym zachodzie Islandii. Po godzinie dwadziescia docieramy do jakiejs wioski. Trudno to nazwac wioska. to kilka domkow. Na samym koncu wioski, na piaszczystym cypelku, stoi dwupietrowy bialy domek. Na bialym domku piktogramy campingowe - ze pralka, ze lozko itd. Guesthouse. Ani sladu pola namiotowego. Trudno. Drzwi zamkniete. Na drzwiach ulotka z telefonem. Dzwonimy. Pani zaraz przyjedzie. Czekamy, a potem zostajemy wpuszczeni do pensjonatu. Pani nie mowi po angielsku (zaskoczeni jestesmy, bo generalnie tu wszyscy mowia, jakby wyssali angielski z mlekiem matki). Czujemy sie jak w raju, widzac duza czysta kuchnie, jadalnie, czajnik, zmywarke itd. Jest nawet komputer z internetem!


Siedze pod prysznicem ze 20 minut, po wyjsciu wycieram sie prawdziwym recznikiem frotte, a nie ta okropna, lekka i szybkoschnaca 'ircha´. Smaruje sie kremem, dookola mnie prawdziwa lazienka, jaki luksus! Czuje sie jak Indianin w Paryzu. Ostatni prysznic bralam ponad 2 dni temu, bo na poprzednim campie nie bylo gdzie. Przed sezonem jeszcze nie byly czynne. Za oknem fiord, wyglada jak duze jezioro. W oddali jakies osniezone gory. Robie sobie herbatke i zre ciastka. Zaczelo padac, wiec ciesze sie, ze dzis nie zaden namiot...  


Chcialabym moc sie zaszyc na takim odludziu, wychodzic wieczorem cieplo ubrana, z goracym kakao w reku, na czarna plaze 5 metrow od domu, gapic sie na lagodne fale, potem wracac do domu, pisac jakas ksiazke i w koncu zasypiac, sluchajac wiatru. Tego tu nie brakuje, podobnie jak cieplej wody z goracych zrodel.


Islandia to najpiekniejszy kraj na swiecie. Oczywiscie, ze tak.*


 


*tylko zimno tu jak skurwysyn


by jaskrawa
14.06.2010; 20:23
komentuj(13)

where the wind always blows from somewhere


Wróciliśmy w poniedziałek, dziś jest czwartek, a ja nadal nie wiem, co
napisać.

Co napisać po grubo ponad dwóch tygodniach na Islandii?

Jak można to wszystko streścić w kilkunastu zdaniach, skoro opadniętą
szczękę miałam już w momencie, gdy samolot podchodził do lądowania nad
Keflavikiem?

Przestrzeń i wiatr, od pierwszych minut. Na początku ten ciągle wiejący
wiatr trochę bolał, potem jakoś się człowiek przyzwyczajał...

I do rękawiczek w czerwcu też.

I co?

I rzeki, wszędzie, rozlewające się, gdzie im się podoba. Wijące się
błękitne wstążki.

Wszechobecne góry. Bliżej lub dalej, ale niemal zawsze gdzieś są, a z
gór spadają białe wodospady. Te wodospady to jak u nas reklamy przy
drogach. U nas reklamy przy drogach, a na Islandii wielkie zielone
pastwiska, białe owce (a co jakiś czas jakaś czarna się trafia, przy
jednej dużej owcy - dwie malutkie), góry, wodospady i rzeki. I domki.
Niektóre stare, porośnięte trawą na dachach, inne nowiutkie, kolorowe.
Czasem samotne pośrodku pustkowia.

Nie wiem, ile godzin spędziliśmy w sumie w autobusie, ale ciągle byliśmy
w drodze. Objechaliśmy dookoła całą wyspę + zachodnie fiordy. Na
przesławny interior nie starczyło czasu ani środków, poza tym nasza
podróż wypadła nieco przed sezonem i w niektóre miejsca nie można było
jeszcze dotrzeć autobusem. Cóż, dobry powód by wrócić.

Nie brakło nam jednak przygód, także tych księżycowych.

Pierwsza przygoda była bardzo groźna. Wpakowaliśmy się w nią na własne
życzenie, bo nie sprawdziliśmy wcześniej pogody ani warunków. Poszliśmy
drogą w dolinę Thorsmork. Autobusy jeszcze nie jeżdżą, a my bardzo
chcemy zobaczyć, jak tam jest, więc idziemy. Nogi mamy zdrowe, to i 30
km nam niestraszne.

To prawie pod tym wulkanem, który niedawno stał się sławny. Wulkan całą
okolicę zasypał popiołem i ten popiół tam sobie teraz leży. A gdy zrywa
się wiatr, to droga, którą idzie sobie dwoje turystów z wielkimi
plecakami staje się Mordorem. A my jak Sam i Frodo, brnąc w pyle
osiadającym na twarzach, wpadającym w usta i oczy. Widoczność
kilkumetrowa. Po drodze rzeki do przejścia. Płytkie. Pewnie będzie do
połowy uda... Może dla superjeepa to nie jest żaden problem. Woda w
rzekach jest tak zimna, że gdy przechodzimy pierwszą taką, że trzeba
było zdjąć buty, krzyczę gdzieś w kierunku pustej przestrzeni "o
kurwaaaa". A ja naprawdę mam doświadczenie w brodzeniu w zimnych
rzeczkach, przecież w Beskidach, kurde, byłam! Woda w Beskidach to zupa w
porównaniu z tą zimną na Islandii.

Przechodzimy jakieś 15 km i ledwo trzymam się na nogach od wiatru i tego
koszmarnego popiołu w powietrzu. Ledwo widzę na oczy. Cienka chusta na
twarzy i okulary przeciwsłoneczne nie stanowią żadnej ochrony. W końcu
decydujemy się wezwać pomoc. Na szczęście mamy numer telefonu do
schroniska, do którego zmierzamy. Pani w schronisku myśli, że jedziemy
samochodem i gdzieś utknęliśmy. Maciek do słuchawki: "We don't have a
car! We are walking! On our legs!". Pani na to: "Oh my gooooodness!".
Przyjeżdża po nas wielka ciężarówka na ogromnych kołach (kołyszemy się
na siedzeniach, gdy przejeżdżamy kolejną rzekę i wyobrażamy sobie, jak
przeszlibyśmy ją na własnych nogach, gdy głębokość niewątpliwie sięga
metra) i wiezie nas w bezpieczne miejsce, gdzie bierzemy prysznic chyba z
godzinę. Wyobrażam też sobie, czy bylibyśmy w stanie w ogóle przeżyć na
tej drodze, gdy pod koniec trasy było chyba kilka razy gorzej, niż na
początku. Pył jest jakby drobniejszy, biały i miałki,  i fruwa dosłownie
wszędzie.

Thorsmork piękne, lecz szare i smutne. Mamy tez okazję zobaczyć
Eyjafjallajokull z dołu, jak produkuje obłoki pary dla całego północnego
Atlantyku. Pierwsza przygoda kończy się dobrze.

A druga? Druga to chyba wejście na najwyższy szczyt Islandii,
Hvannadalshnúkur, który wznosi się ponad lodowiec Vatnajökull. Tu
wszystko jest znacznie lepiej zaplanowane, bo idziemy z przewodnikiem, z
linami, czekanami, rakami. Wyprawa trwa w sumie 12 godzin i pokonujemy 2
km różnicy w wysokości. Mamy bardzo miłych, troskliwych przewodników,
którzy na szczęście nie muszą nas wciągać na górę, bo włazimy raźno na
własnych nogach, podobnie jak reszta naszej wesołej, dziewięcioosobowej
międzynarodowej wycieczki. Ale tak czy owak potrzebni są nam nasi
przewodnicy, żebyśmy się nie zagubili gdzieś w szczelinach lodowca. 500
zł mniej, milion spalonych kalorii, 24 km, 12 godzin, nielimitowane
widoki na chmury-z-góry, biały śnieg, błękitne niebo i wielki lodowiec
dookoła. To był wspaniały dzień, wart miliona dolarów (łatwo się wydaje
pieniądze, których się nie ma, nieprawdaż?).

W parku Skaftafell spędzamy jeszcze kilka miłych kilometrów w okolicy,
nie ma to jak góry. Jak to jest, że wszędzie, gdziekolwiek pojedziemy,
pchamy się w góry, nawet tam, gdzie w zasadzie ich nie ma (przykładem
jest tu Finlandia)?

I to wszystko? Nic podobnego. Czeka nas jeszcze wysiadka na środku
kompletnej pustki, autostop, Detifoss i deszcz, Myvatn czyli wielkie
błękitne jezioro, które objeżdżamy dookoła, popędzani przez natrętne
muchy ("może one się chcą przytulić?"), wdrapanie się na wielki stary
wulkan, mud pots puszczające śmierdzące bąki, pustynne krajobrazy,
ciepły basen, gdzie uczę się pływać kraulem, nieskończone kilometry
obserwowania z autobusu gór, chmur, baranów i owiec.

Zachodnie fiordy z ich wodą tak błękitną, że nie ma nawet słowa, które
by oddawało ten błękit. Jaki to był błękit!

Gdzieś po drodze, jeszcze nie na samym końcu jest cały ten pokręcony
Reykjavik, grafitti na murach, święto niepodległości, koncerty na
ulicach, kolorowe domy i najbrzydsze pamiątki na świecie.

Oni wszyscy ślicznie ozdabiają okna. Dzwonkami, figurkami, kwiatkami,
firaneczkami, wystawkami z obrazków... Może im smutno w tym zimnym
kraju, gdzie przez pół roku nie ma słońca?

Na koniec oczywiście najlepsze. Góry Landmannalaugar. Znowu góry. Ale te
były wyjątkowe, kolorowe, żółte, zielone, szare i różnokształtne,
przedzielone rzekami czarnej lawy. Maciek powiedział, że to
najpiękniejsze miejsce, jakie widział. A Maciek nie mówi takich rzeczy
codziennie, nawet na wakacjach (w odróżnieniu ode mnie...). Nie
słyszałam, aby Maciek kiedykolwiek wcześniej to powiedział, więc się
wzruszyłam na wskroś. Weszliśmy sobie na dwie takie góry, jedna była
żółciutka, a druga, większa, prawie kilometrowa, była szara. Do dziś mam
pod powiekami ten widok i nigdy go nie zapomnę. Podobnie jak kąpieli w
gorącym źródle.

Czy było idealnie? Nie. Było pięknie, ale zimno, było przyjemnie, ale
drogo, było interesująco, ale śpijcie sobie w małej dwójce przez 2 i pół
tygodnia, prawie każdą noc spędzając gdzieś indziej, albo idźcie z buta
osiem kilometrów pod górę z plecakiem ("tu kiedyś był camping, ale już
nie ma"), gdy wieje i piździ, marzną dłonie, obok siebie ma się
przeziębionego faceta, a tysiące kilometrów stąd rodzona siostra rodzi
właśnie przez cesarskie cięcie swojego pierworodnego syna.

Gdy ktoś mnie pyta, jak było na wakacjach w Islandii, to zupełnie nie
wiem, co powiedzieć, bo "fantastycznie" to za małe słowo. 

I jak tu żyć dalej, gdy urlop się skończył, a następny za rok?

I to tyle na dzisiaj, idę spać.

A, jeśli chciałby ktoś poznać jakieś szczegóły wyjazdu lub wybierał się
do Islandii i potrzebował jakiejś porady, to chętnie pomożemy. Być może
jakieś słowo drukowane na ten temat się gdzieś pojawi (jeśli się pojawi,
to powiem gdzie), bo zauważyliśmy, że tych dobrych i rzetelnych
informacji na temat Islandii wcale tak dużo nie ma.



Zdjęcia się wrzucają i będą jutro wrzucone, a link do nich będzie o tu
-->


by jaskrawa
25.06.2010; 01:00
komentuj(7)

chora


Ponieważ boli mnie gardło i nie chce mi się gadać, siedzę w domu i dodałam w końcu zdjęcia z Islandii, jeśli jeszcze kogoś interesują.
zdjęcia z Islandii
Smutno mi, bo miałam jechać do Łodzi i oglądać małego Wojtusia.
Nie, nie przeziębiłam się na Islandii. Przeziębiłam się przez powrót do biura z klimatyzacją w centrum wielkiego zasyfionego miasta.
Przyłapuję się na tym, że powoli w mojej głowie (na razie w ciemnych zakamarkach) zaczynają się czaić myśli, gdzie by tu jechać na następne wakacje.
Obawiam się, że jeśli nie zostanę Tony'm Halikiem, moje życie nigdy nie będzie spełnione.

by jaskrawa
26.06.2010; 15:46
komentuj(11)

ale jazda


Siedziałam sobie przed kompem w zeszłą niedzielę i nagle poczułam, że coś trzeba zrobić.
Zapisałam się więc na kurs prawa jazdy.
Nie, jeszcze nie mam.
Nie mam, bo zawsze wydawało mi się, że ludzie dzielą się na tych, którzy mogą i na tych, którzy nie powinni. Tych drugich jest zdecydowanie mniej i charakteryzują się kilkoma wyraźnymi defektami. Nie potrafią tańczyć, gdy jedzą - zawsze nakruszą, gdy przechodzą przez wąski korytarz - wpadają na ścianę, garbią się, często mają nieproporcjonalnie długie kończyny, wszystko jest u nich asymetryczne. Również ich zachowanie wskazuje na przynależność do drugiej grupy - łatwo się zamyślają, nie potrafią się skoncentrować na zbyt wielu rzeczach na raz, a gdy się już skoncentrują na czymś, to wszystko inne przestaje istnieć, za dużo myślą lub nie myślą wcale, jeśli coś robią to o wiele za wolno, a czasem wręcz przeciwnie - szybko, gwałtownie, spontanicznie, jakby impulsy z zewnątrz wpadały bezpośrednio do ich rąk, zupełnie omijając umysł. Duża jest wtedy szansa stworzenia dzieła sztuki lub pojawienia się genialnego pomysłu, ale równie wielkie prawdopodobieństwo stłuczenia lampy, zalania dywanu lub wpadnięcia w stan lękowy.
Ludzie ci, gdy robią coś, co wymaga rozsądku, rozwagi, skomplikowanych i skoordynowanych działa, powiedzmy, że "techniczno-motorycznych", łatwo się przegrzewają. Przez jakiś czas napięcie w nich rośnie, a potem osiąga poziom krytyczny i pacjent wybucha lub imploduje. Krzyczy i płacze, że nie wie, co zrobić i nie pamięta, który to hamulec i niech ktoś coś zrobi, aaa. Czasem zaś zapada się w sobie i nie jest w stanie wykonać żadnego ruchu, patrząc tylko tępo przed siebie pozwala na to, by sytuacja, która go przerosła, bardziej go przerosła i była tak przerośnięta, by już nikt nie miał do niego pretensji, że sobie nie poradził.
Mając silne przekonanie, że należę do takiej grupy, myślałam, że to wysoce etyczne nie narażać siebie i innych na zetknięcie ze mną uzbrojoną w samochód.
Tylko, że ze trzy miesiące temu szefowa mi powiedziała, że muszę zrobić prawo jazdy, bo tak naprawdę to w opisie mojego stanowiska jest taki punkt. Najwyraźniej ktoś to przeoczył przyjmując mnie do pracy.
Pracuję w mojej potwornej korporacji już trzy lata z hakiem i ani razu prawo jazdy nie było mi niezbędnie potrzebne, bo na terenie centrum naszego miasta tańsze i szybsze jest przemieszczanie się tramwajem (gdy już raz na pół roku muszę gdzieś jechać z jakimś papierzyskiem czy spotkać się z kimś tam), a w podróży "międzymiastowej" byłam aż raz. W Lublynie. Też taniej pociągiem, bo sama jechałam, więc nikt mi nie wmówi, że nie.
Więc nie wiem, kurwa, po co im to, no ale zrobię.
Może się kiedyś przyda?
Może jest nawet szansa, że zdam?
Zaczynam we wtorek.

by jaskrawa
30.06.2010; 22:47
komentuj(9)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl