I focus on the pain, the only thing that's real


Kapitan mówi, że to piosenka o mojej diecie.
No, kurwa, coś jakby tak!
9. dzień diety Dąbrowskiej.
Nie wierzę za bardzo w żadne oczyszczenia i inne bajery z blogów dla sekciarzy, ale niektórzy ludzie mówią, że zjadło im różne guzy i wyleczyło z różnych dolegliwości, itd. No może coś w tym jest. Mi na razie zjadło cały tłuszcz z brzucha, przyrośnięty w ostatnim sezonie siedzenia na kanapie i grzanego piwka. Jednak liczę głównie na wyleczenie paru dupereli, które normalnie wymagałyby łażenia po lekarzach przez oo najmniej wieczność, a może i dłużej.
Niektórzy ludzie mówią, że na diecie doświadczyli rozmaitych fajnych stanów psychicznych - jakieś gadki z Bogiem, jasność umysłu, tralalala. Ja jakoś nie, ale muszę przyznać, że włącza się pewien szczególny rodzaj uważności, taka szczególna obserwacja działania naszej psychiki, która wiele może, by przetrwać.
Na początku cierpisz na rozdwojenie jaźni. Część umysłu broni się przed głodem, rozpaczliwie walczy o pajdę chleba czy kawałek sera. Robi mu się niedobrze na widok warzyw, które są twoim jedynym pożywieniem przez cały dzień. Marzy o smaku masła. Na widok placuszków z jabłkami ma ochotę się rozpłakać. Nienawidzisz ludzi dookoła, zwłaszcza gdy jedzą. Jednak silna wola wygrywa, więc walcząca o powrót do strefy komfortu część ciebie postanawia użyć innych środków - soma. Boli cię głowa, masz dreszcze, czasem nawet gorączkę, świat wiruje itd. Mija kilka dni i zbuntowana część załogi zdycha. Godzisz się więc z losem i przyzwyczajasz do nowych warunków. W moim przypadku na to wszystko potrzebny był tydzień.

Myślę, że dzięki diecie poznaję ten mechanizm w miniaturce - jak sobie radzą ludzie, którzy ze względu na nagłe zdrowotne problemy muszą do końca życia być na rozmaitych dietach eliminacyjnych. Bezglutenowcy, beznabiałowcy i inni. To samo jest z wegetarianizmem czy weganizmem. Mimo że większość ludzkości - jak mawia - nie wyobraża sobie życia bez mięsa - łatwo się przekonać, że to kompletny bullshit. Wystarczy tylko przestawić sobie pewne klapki w głowie, dzięki czemu pewne rzeczy z czasem przestajesz traktować jako normę, jako coś, co występuje w twojej rzeczywistości. Człowiek jest w stanie przywyknąć niemal do wszystkiego. Nie żebym kogoś próbowała zindoktrynować, po prostu piszę o tym, co oczywiste.

A tak z innej beczki - ostatnio u mnie bardziej mania niż depresja, bo za miesiąc znowu jedziemy na wakacje! Oł je!
by jaskrawa
13.05.2017; 10:24
komentuj(4)

No one sings like you anymore


Dla tych, którzy wychowali się na grunge'u to jest strata, z którą pogodzić się nie można.

Myślałam, że Chris Cornell ma już za sobą najburzliwsze lata, że oswoił demony, albo te opuściły go wraz z młodością.
Gówno tam. Z tego nie można się wyleczyć tak zupełnie. Z tej pierdolonej choroby nie da się wyjść bez szwanku. Jeśli znał ten rodzaj bólu, który i ja znam, gdy się wyje z bólu, i nie można tego wyłączyć i masz ochotę skończyć to wszystko... Wcale nie jestem zaskoczona, że oni to robią. Bo pewnie wszystko się nagle uspokaja i nic już nie czujesz.
Cholerny żal, słowa mi przepadły gdzieś.




by jaskrawa
21.05.2017; 16:10
komentuj(1)

spring is here again


Raport (pelikana) z frontu naszych zmagań z przyrodą (nie musicie czytać):

Po tym jak rok temu zdechła nam ogromna większość jałowców, wsadzonych dla ochrony przed uliczką i chodnikiem, odechciało mi się ogrodniczych wysiłków. Ponieważ raziła nas goła siatka, od niechcenia wrzuciliśmy w grunt przy niej trochę witek wydartych z winobluszczu, który żwawo oplata ogrodzenie od strony starszej pani sąsiadki. Większość winobluszczy nie przyjęła się jednak, poschły i tak dalej. Chyba trawa i perze je zeżarły. Parę przetrwało, ale mało.
Na jesieni ub. roku, będąc jeszcze w żałobie po jałowcach, postanowiłam, że zrobię przynajmniej tyle, że zagęszczę liściasty żywopłot Padre Mareckiego, który mamy od kuchennej, północnej strony domu. Żywopłotowa progenitura wyrosła z przyciętych witek, puszczonych przez stare krzewinki, które, cholery, rozrosły się jak zło na przedsionku piekła właśnie przy granicy z sąsiadką - jak na złość trochę, bo tam akurat zupełnie niepotrzebne są, gdyż konkurują z mega gęstym i wielkim winobluszczem - o którym już wspomniałam na wstępie.
Tam jakaś dobra ziemia najwyraźniej. Może kogoś tam sąsiad nieboszczyk zakopał i to całe zielone tałatajstwo nadal tego kogoś zżera?
Tak czy owak - The Next Generation żywopłotu Padre Mareckiego zagęściło stary szpaler, od strony kuchni. Też bez większych nadziei się tym zajęłam. I zero profesjonalnego przygotowania do tematu - odcięte witki puściły korzenie wsadzone do wody, a potem wsadziłam je wprost do gruntu, nie dbając nawet o to, by sprawdzić, kiedy to zrobić - i czy w ogóle tak.

W tym roku Kapitan przesadził ocalałe jałowce poza naszą siatkę, robiąc zgrabny, luźny, nieregularny rządek. Obawiałam się, że te też szlag trafi po posadzeniu. Bez większych nadziei powtykałam też w ziemię przy siatce kupę odhodowanych w wodzie kolejnych winobluszczy. Z jeszcze mniejszymi nadziejami przy siatce od strony wejścia do domu, gdzie nawet trawa chujowo rośnie, bo tam sosny mamy i pełno sosnowych igieł, wsadziłam paręnaście nasionek dziwaczka peruwiańskiego, otrzymanego od koleżanki z roboty.

Któregoś razu na spacerze wydarłam z lasu dwie malutkie krzewinki bluszczu (tego pasożyta, który oplata czasem drzewa w lesie) i posadziłam przy najdalszej od domu siatce, oddzielającej naszą posesję od małego, mieszanego lasku.

I co?

I tak: Winobluszcz na siatce od uliczki, przyjął się niemal w stu procentach. Puścił liście i szaleje. Hurra! już widzę oczami wyobraźni, jak oplata całą naszą siatkę.
Maleńki leśny bluszczyk przy siatce od lasku nadal żyje (listeczki ma zielone i niezwiędłe, mimo że to już ze dwa tygodnie minęły od przesadzenia z lasu) więc może też ruszy.
Dwa pokolenia żywopłotu Padre Mareckiego, od strony kuchni, rosną jak pączki na zmutowanych genetycznie drożdżach. Robi się tam zielone szaleństwo i niezłe chaszcze, miejscami mają z pół metra wysokości. Przyjęły się niemal wszystkie witki, wsadzone z głupia frant. Trzeba będzie całe lato pilnować, przycinać regularnie, zagęszczać, wnuczki i prawnuczki dosadzać obok dziadków. Rozważam zrobienie nowego rzędu, właśnie od strony lasku, gdzie posadziłam mały bluszczyk z lasu. Kiedyś urośnie i ładnie nas zasłoni z tamtej strony. Tylko kupa z tym roboty, bo toto bez przycinania stanie się krzaczorami. Sekator więc w ruch co parę tygodni. W tamtym roku nie doceniłam potencjału rośliny (nawet nie wiem, co to za gatunek! Padre Mareckiego tez nie wie) i za bardzo się wszystko pokrzaczyło bez ładu i składu.
Jałowce, co myślałam, że zdechną, przyjęły się. Puszczają już nowe świeże igły. Brawo jałowce! A jednak. Aż żal, bo tamte też mogły żyć, gdyby ich ten człowiek ze szkółki nie zamordował, zbyt mocno przycinając im korzenie przed zapakowaniem w jutę. Kapitan przesadził je po miszczowsku - żaden nie zdechł. Zostawił im duże bryły korzeniowe, ot co. Cała filozofia.
Dziwaczek peruwiański trochę popuszczał. Co prawda tylko kilka maleństw wyrosło (czyli jakieś 25%), ale jednak. Ciekawe, co to będzie. Jak będzie, to fajnie, będzie ładna krzewinka przy siatce, a to ładnie kwitnie kolorowo i podobno jest szansa, że się samo rozsieje na przyszły rok.
A, i bukszpany też ruszyły! Tylko muszę je porozsadzać. Za dużo krzewinek wsadziłam do jednego dołka, zupełnie niepotrzebnie. Niech no tylko dokupię ziemi, zajmę się nimi. Mają potencjał!

Gdy się tak człowiek wokół tego pokręci, popatrzy, to jest sama radość. Dociera do mnie, że wcale nie trzeba kupy roboty, żeby jakoś to ogarnąć.
Obserwowanie, jak to wszystko sobie radzi, to wspaniały lek na ból istnienia.
Poza tym podoba mi się, że przypadkowo tworzy się jakiś rodzaj spontanicznej kompozycji roślin. Bukszpany rozsadzę, aby rosło ich więcej przy wejściu. Słoneczna siatka przy ulicy obrośnie winobluszczem, dając dobre tło jałowcom przy chodniku poza działką. Od północy domu będzie liściasty żywopłot - myślę, że trzeba mu z pięć lat, by dobił do wysokości siatki. Na pewno z czasem dosadzimy jeszcze trochę młodych sosen.
Jeszcze mamy kilka innych planów - pergola na taras - i znowu winobluszcz, a może coś innego?
Fajnie się robi dookoła nas.

A jeszcze ku pamięci - dieta zakończona, 21 dni, jestem chuda, lekka i szczęśliwa jak młody szczeniaczek, który dostał ciasteczko. Teraz - wychodzenie z diety przez 2 tygodnie, czyli nadal dieta, ale już mniej głodowa. Warto było. Przestała mnie boleć głowa, mam mnóstwo energii i wracam do katowania Chodakowskiej, w celu zachowania chudości brzucha.
Niedługo stanę się próżna jak te głupie cipy z Insta, które fotografują swój brzuch na milion sposobów i kolekcjonują lajki. Brońże mnie Panie od takiego rozpasania! Jeśli zacznę to robić, proszę mnie jebnąć w łeb.

by jaskrawa
27.05.2017; 16:14
komentuj(0)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl