i po


Byłam na Helu już dwa lub trzy razy, ale zawsze jakoś się do tej Jastarni trafiało. W Jastarni jest trochę interesujących stareńkich rybackich chatynek, ale tak poza tym obrosła w klocki-pensjonaty. Brzydkie, niespójne to wszystko, rozlane jakieś.
Zaś Jurata to piękny kurort pełną gębą. Stare wille otoczone nowymi, modne drewniane elewacje, duże przeszklenia, widoki na zatokę, apartamenta... A wszystko porośnięte lasem, pięknymi sosnami i nie tylko. Całość trochę psuje paskudny wojskowy ośrodek wypoczynkowy dla starych ubeków, ale i tak wszystkie brzydactwa neutralizują drzewa, więc może być.
Przed sezonem warto jechać! Pusta plaża, dziewiczy biały piasek nietknięty ludzką stopą, nocleg za pół ceny.
Co robić nad morzem, gdy na kąpiele i opalanie za zimno?
Spacerować; budować zamki z piasku; biegać po plaży w słońcu, rozgrzewając się tak, że wydaje się, że to lato i aż chcieć ochłodzić się w morzu; łazić po molo; żreć gofry i lody; jeździć do Helu na całkiem niezłą pizzę; stawiać stopy na czystym piasku, pokrywając jego gładką, niezmąconą powierzchnię śladami stóp; wychodzić na plażę, ciesząc się tym niepowtarzalnym widokiem, gdy się jest jeszcze w lasku, na wydmach, a morze już widać, błękitne jak na Malediwach; po raz kolejny dziwić się tym cudem natury, jakim jest mierzeja, że tu zatoka, a tu morze, tak blisko; biegać po lesie; wbiegać bosymi stopami do morza, by za chwilę wybiec, z krzykiem, bo aż bolą od zimna; siedzieć na plaży i gapić się przed siebie; spotykać się z Ynez; robić zdjęcia; w deszczowy i zimny dzień gapić się na Discovery Chanel...
A co robiła Marysia? Marysia raczkowała po piasku, jadła piasek, niszczyła zamek niczym Godzilla, stała przy wielkim oknie w naszym pokoju i nawalała łapkami w szybę, ściągała nam z nosów okulary przeciwsłoneczne, śmiała się, gdy jej tata zanurzał na chwilę jej nóżki w morzu, włączała i wyłączała telewizor...
Co do telewizora - doszłam do jednego wniosku: dobrze, że go nie mamy. Straszna nuda. Discovery fajne. Program o gościach, którzy kupują stare samochody, trochę je naprawiają, pucują i sprzedają za kilkaset funtów więcej. Albo program o pewnym młodym iluzjoniście. Dobrze się to ogląda, ale ile można? Tydzień nam wystarczył.
Jasne, gdyby mieć jakieś HBO albo Canal+ i dostawę dobrych filmów, może miałoby to sens. To jednak za mało, by ryzykować zdrowie psychiczne swoje i swojego dziecka. Każdy wie, jak to się kończy. Nie kończy się. Najpierw jest dobry film, a potem shit, ale i tak pudło włączone. Over my dead body!
by jaskrawa
04.05.2012; 12:33
komentuj(3)

Z D A Ł A M !!!!!!!!!!1


Przyszedł ten dzień.
Dzisiaj, to znaczy wczoraj. Jedenastego znaczy się. Ale jeszcze spać nie poszłam, więc dzisiaj.
Podejście numer pięć.
Tak, byłam ponad miesiąc temu po raz czwarty (a pierwszy po urodzeniu Marysi), ale już nie chciało mi się o tym pisać, mówić nikomu, opowiadać potem, dlaczego znowu się nie udało, narzekać, że egzaminator chuj, piesi chuje, bo chodzą, samochody chuje, bo jeżdżą. I tramwaje. I autobusy czerwone.
A dzisiaj się udało!!!!!!!!!!!!1 Matko, jakie szczęście, mieć to z głowy, dożywotnio, bezterminowo, koniec, ja pierdolę!
Sama nie wiem, jakim cudem.
W dodatku totalna kompromitacja na samym początku. Pomyliłam wlew płynu hamulcowego z jakimś innym. Potem światło stopu sprawdzałam, zamiast cofania. Zupełna wtopa, porażka, plama, facepalm do kwadratu. Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, zawsze placyk i te wszystkie przygotowania do jazdy to była jakaś formalność, a tylko miasto było problemem.
Może dlatego wszystko mi się pojebało, bo egzaminator od początku wyglądał na całkowitego dupka. Nie uśmiechnął się ani razu, nieprzyjemny, opryskliwy. Buc przez wielkie B. "Już oblałam", myślę sobie. Popieprzyłam te wlewy, wszystko. Źle, chciałam już do domu, żeby koniec, ręce drżące, nogi, pot z czoła. Dlaczego ja się tak denerwuję na tych egzaminach? Bez sensu, bez kredensu, bez szafy nawet. Jeszcze raz kazał mi pokazać, zastanowić się.
Se myślę "Oja, musi mieć mnie za kompletną wariatkę". Bo co? Dziewczyna nad sobą nie panuje, bredzi, niepoczytalna jakaś. Byłam na sto dwadzieścia procent pewna, że już po wszystkim, że teraz tylko poczeka, aż popełnię jakiś głupi błąd i uwali mnie za ogólny imidż. No ale co? Nie miałam odwagi się wycofać, robiłam, co mi kazano. No więc jakoś się ogarnęłam, wlew strzeliłam zupełnie na oślep, trafiłam. Przećwiczone to przecież, proste, banalne, wystarczy zapamiętać cztery wlewy. Dlaczego zapomniałam? Ech, machnąć ręką Z tym światłem nagle też mnie oświeciło! Jak to! Przecież koleś kazał mi COFANIA, więc dlaczego ja mu stop? Nie, no nie, nie mogę. Jestem największą pierdołą w tym sektorze galaktyki. Dobra, przygotować się do jazdy, włączyć silnik. Uf! Trafiłam z wlewem. Łuczek i górka, algorytm wyuczonych ruchów, masło i bułka. Dalej - znowu facepalm, double tym razem. Zgasł mi silnik tuż za placykiem. Nie czuję sprzęgła, nie umiem skręcić. Nogi trzęsą mi się na pedałach, to dlatego. Co się ze mną dzieje?
Facet pewnie myśli, że zaraz w coś wjadę albo zacznę krzyczeć albo śpiewać albo co. Jadę. Wyjeżdżam z ośrodka, w prawo, w Radarową, dalej w lewo w Lechicką, przepuszczam jakieś autko na lewoskręcie, gładko biegi, wszystko. Nie myślę o niczym. Przypominam sobie tylko postanowienie z kiedyś tam, że trzeba sobie wkręcić, że to nie jest egzamin, tylko podwożę kogoś, kto mi wskazuje drogę, bo ja jej nie znam.
Z Lechickiej oczywiście w lewo w Al. Krakowską. Przepuszczam jedno auto, które jechało prosto, ale nawet nie muszę się zatrzymywać, bo gościu przejeżdża, zanim ja dotrę do miejsca, gdzie miałabym czekać. Zwalniam tylko, wrzucam dwójkę i dzida na prawy pas. A egzaminejtor mi mówi, że na następnym skrzyżowaniu zawracamy. Gładko przebijam się w lewo, książkowo wszystko, jakiś miły kierowca wyraźnie mnie wpuszcza. Na rondzie Krakowska/Hynka jadę idealnie. Kurwa, jak można tam źle pojechać, skoro się to ćwiczy i ćwiczy, again and again, te same miejsca? Paranoja.
Zawracam i znowu Krakowska. Jedziemy, jedziemy i jedziemy, prosto. Staram się nawet czerpać przyjemność z jazdy, ruszam gładko, redukuję biegi ślicznie, hamując silnikiem. Dobrze. Cały czas zastanawiam się, na czym obleję.
Skręcamy w prawo gdzieś, W Racławicką? Nie pamiętam. Kręcimy się w rejonie Pruszkowskiej, Mołdawskiej. Zatrzymanie w wyznaczonym miejscu - książkowe. Nigdy chyba mi tak dobrze to nie wyszło. Na Pruszkowskiej parkuję. Idealnie, ale potem wyjeżdżam z miejsca jak ostatnia pierdoła, grzebiąc się z tym niemożebnie. Gościu mnie opierdala za to. Kulę się w sobie, czując jak pot spływa mi po czole. Przepraszam, bąkam coś bez sensu, silę się na uprzejmość, mimo że mnie biją, upokarzają.
Zawracanie w jakiejś bramie - dobrze, ale potem znowu trochę się grzebię z wyjechaniem. W wąskiej uliczce przepuszcza mnie jakiś "uprzejmy". Informuję o tym egzaminatora, że "korzystając z uprzejmości kierowcy, jadę" Żeby nie było, że wymuszam pierwszeństwo włączając się do ruchu. Znowu opierdol, że za wolno. A ja się chciałam zasekurować tą gadką, normalnie przecież już dawno by mnie tam nie było. Koleś nie pojął.
Dobra tam, jadę dalej, już nic nie myślę, pocę się, raz przypadkiem dotykam swojego czoła dłonią. Panta rei.
Mołdawska - książkowy wyjazd z jednokierunkowej.
Znak stop w tamtym rejonie, przepuszczam przed nim pieszych, grzecznie, wszystko cacy.
W końcu jedziemy stamtąd w stronę Żwirek. Żwirkami w stronę Hynka. Jeszcze jakiś jebany rowerzysta, którego muszę dwa razy wyprzedzać. Pierwszy raz gładko, a potem my stoimy na czerwonym, a on nas wyprzedza, nie zatrzymuje się, dopiero potem stoi na środku skrzyżowania i czeka na zmianę świateł, dureń. Egzaminejtor pulta się, że głupi ten rowerzysta, że co on robi. O! Punkt porozumienia mamy! Bo ja też nienawidzę tego rowerzysty! Też się pultam, że dureń, że co on robi, że w ogóle psia jucha! Razem się pultamy, wespół zespół, przyjaźń i ogólne porozumienie bez barier.
Dobra, znowu trzeba wyprzedzić rowerzystę, tym razem ciężko, bo ten se jedzie mi prawie przed maską, a po lewej wszyscy zapierdalają setką, w odstępach trzycentymetrowych. Jadę więc jak dupa wołowa za rowerzystą, ten w końcu gdzieś w prawo odbija, do widzenia, baranie. Dalej tragedia się zdarza. Kończy się prawy pas, którym oczywiście przepisowo jadę. O matko! A po lewej nadal tak samo gęsto i szybko. Co robić, co robić? Wgapiam się w lewe lusterko, zwalniam maksymalnie. Nic. I co? Wyrżnęłam w krawężnik! Bo nie zauważam, że ten pas już się kończy, tak bardzo skupiam się na tym, by go opuścić. Jezus Maria! Egzaminator hamuje i ostro mnie ochrzania. Na szczęście jechałam już dwa na godzinę, więc nie ma żadnego wypadku śmiertelnego ani też końca świata. Ae egzaminejtor wściekły jak dzik.
Co pani? Jak pani? Nie mieści się pani w pasie ruchu???!!!!"
Zamieram jak trusia. Ruszam, aut po lewej już nie ma. Spodziewam się mocnego ciosu pięści egzaminejtora, w prawy policzek, ale nic się nie dzieje. Ruszamy. Jedziemy. Nic się nie dzieje. Jak to?
Dobra, jedziemy dalej. Żwirkami w Hynka. Czyżby koniec? No dobra, widać gościu stwierdził, że ma mnie dosyć i chce do domu. Zbliżamy się do Radarowej. Yyyyy? Każe skręcić w prawo. Wyobrażam sobie, że w Radarową dopiero, a jeszcze jest do niej z 200 metrów, więc nie włączam kierunkowskazu chwilowo.
"W PRAWO!" ponagla mnie egzaminejtor. Myśli, że zapomniałam o kierunkowskazie.
"A, już tutaj?" - tłumaczę swoje gapiostwo.
Przede mną już tylko brama ośrodka...
Jadę wolno jak tylko mogę, bo boję się własnego cienia. Nogi jak z waty, ja rozpuszczona jak lody, które komuś wypadły z wafelka na rozgrzany asfalt.
Podjeżdżam do otwierającej się bramy.
Wtem z ciemności wychynął Pieszy!
Egzaminejtor hamuje przede mną. Widzę pieszego i też hamuję, bez żadnych problemów zahamowałabym i nie wjechała w kolesia, bo jadę bardzo wolno, ale fakt jest faktem, że egzaminejtor był pierwszy.
O nie! Nie! Nie! Koniec! Tu mnie obleje, przed samą bramą! Kuuurrrwaaa, mamusiu!
Nic się nie dzieje. Brama ośrodka otworzyła się, pieszy przeszedł. Ja stoję. Stupor. Ciosu w policzek nie ma. Ułamek sekundy, ruszam. Jeszcze paskudnie wjeżdżam, bo znowu mi telepie się auto, bo już prawie stanęłam, a sprzęgła nie wcisnęłam. Inaczej to działa, niż samochód instruktorki, tam by nie telepało jeszcze. To w ogóle dziwne, bo na mieście nie mam żadnych problemów z samochodem, sprzęgłem, biegami. Już od dawna nie mam takich problemów, kurwa, wyjeździłam już ze dwa miliony godzin!
Gościu nadal zły jak osa i wkurzony, każe mi parkować gdzieś tam prostopadle. Parkuję, wyłączam światła, robię, co mi każe.
Egzamin zakończony, wynik pozytywny.
Nie wiem, co on jeszcze mówi, coś tam mówi, formułki jakieś po prostu, wypełnia tę kartkę, ptaszki wstawia.
Żadnego komentarza, nic.
Dziękuję mu dwa razy i jeszcze się jak ta głupia pinda tłumaczę, że stres mnie zeżarł trochę, ale dziękuję, dziękuję.
I co? Jednak bardzo porządny człowiek z tego egzaminejtora, niech mu się dobrze wiedzie, dużo zdrowia!
Moja instraktorka powiedziała, że z tym krawężnikiem to zależy od ich humoru. Bo jedna jej kursantka też wjechała i egzaminator tylko się uśmiechnął i sobie zażartował. A inną przez to oblano. Tak to się zdaje egzaminy w Polsce.
Ale dobra, mam, udało się. Chociaż to upokarzająca procedura, relacja jak pan i niewolnik. Ale zasłużyłam na to, by zdać, naprawdę jeżdżę jakoś tam w miarę, nie stwarzam zagrożenia raczej.
I tak o. Spać idę, może w końcu zasnę.
by jaskrawa
12.05.2012; 01:11
komentuj(6)

roczek


Moja Marysia we wtorek skończyła roczek. Był torcik, jedna świeczka i goście. I wspaniałe prezenty, za które serdecznie dziękujemy.
Jest i siódmy ząbek na pierwszy roczek. W urodzinową noc wylazł, skubany. Nie przeszkodziło to Marysi w zjedzeniu sporego kawałka torcika. Niestety wrodziła się w matkę.
Marysia już prawie chodzi. Trzyma się dołu swojego wózka albo maminych spodni i zasuwa na dwóch nóżkach. Uwielbia to! W dodatku jest coraz bardziej rozgadana. Furorę robi "nie nie nie".
Jutro idę do urzędu, zapłacić za moje prawo jazdy (je je je!). Kurna, nie dość, że tyle człowiek bulił za te cholerne egzaminy, to jeszcze każą sobie płacić ponad osiem dych. Za co? Za laminowaną karteczkę? Straszne. Dowód osobisty niedawno wymieniałam, za darmo był.
A teraz pozostaje mi tylko się ogłosić. Kupię skodę na wodę, albo ładę na gaz... ;)
by jaskrawa
17.05.2012; 00:24
komentuj(19)

dzień, gdy wszystko jebło


Dziś jest ten dzień. Dzień, gdy wszystko jebło.
Nie daję sobie rady. Moje dziecko nie chce jeść, nie chce spać. Chce pić mleko z piersi w nocy. A ja w nocy chcę spać, nie karmić.
Kocham ją, jest raczej grzeczna, dobra, milutka, słodka, urocza. Tak ślicznie gada po swojemu, tak się pięknie uśmiecha. I jest taka pełna energii! Żywe srebro.
Tylko nie wiem, co ja robię nie tak. Moje dziecko miało tak pięknie jeść, nawet jakiś pieprzony poradnik kupiłam, z podtytułem "nie chcesz wychować niejadka". I mimo stosowania rad z poradnika przez większość czasu, rośnie nam niejadek.
Czasem coś tam skubnie, nieźle sobie radzi z łyżką... Są dni, że ładnie zjada, ale to jest raz na tydzień.
Nie wiem, jak sobie z tym poradzić.
Nie wiem co robić.
Dzisiaj ryczę od rana, nie mogę się ogarnąć jakoś, mam regularnego doła, również z kilku innych powodów.
Płaczę, dzwoni telefon. To pani z urzędu naszej dzielnicy, żeby mi powiedzieć, że moje prawko już do odbioru. Szybko, nie? Nawet nie dwa tygodnie. Na moment poprawia mi się humor. Myślę sobie, że mam wspaniałe doświadczenia z naszym urzędem w ogóle. Świetnie wszystko zorganizowane, numerki, nie ma wielkich kolejek. Gdy się zameldowałam na Ochocie, musiałam wymienić dowód osobisty, bardzo szybko przyszedł nowy, esemsem poinformowali, że już jest, nie trzeba było dzwonić, dowiadywać się, pytać. Urzędnicy w okienkach bardzo mili, wszystko wyjaśniają niedoinformowanemu obywatelowi. Gdy meldowaliśmy Marysię, dostała Dyplom Obywatela Ochoty i taką ładną "książkę" do wklejania zdjęć. Pięknie.
W dodatku mam blisko, mogę tam zawsze skoczyć z dzieckiem, gdy coś muszę załatwić. Lubię tę naszą Ochotę, ślicznie tu, blisko na Pole M., w dodatku jest ten nasz mały park, blisko do centrum. Trochę szkoda będzie się stąd wyprowadzać.
A jeszcze ścianka! W sobotę z Anetką pierwszy raz poszłyśmy. A wczoraj drugi. I bomba. Ręce mam słabe, na przewieszki nie pójdę póki co, bo i tak tylko wisiałabym na wędce. Jednak na zwykłej pionowej ścianie jakoś sobie radzę, mimo braku profesjonalnego obuwia (wspinam się w trampkach, które zapewne nieco ograniczają możliwości). Mam oczywiście straszliwy lęk wysokości i bardzo się boję być tam na samej górze. Mimo wszystko odwracam się przez ramię i patrzę, jak jestem wysoko. Ojej. A potem Anetka zaczyna luzować linę, bym mogła zjechać i prawie umieram ze strachu, gdy w pierwszej sekundzie dzieje się to bardzo szybko, ten momencik, gdy lina się odblokowuje... Uwielbiam to. Znacie tę piosenkę "... bo to film dla tych, co się lubią bać"? To o mnie!
Tylko nie wiem, skąd mam dzisiaj pełno siniaków na kolanach, nie pamiętam, abym jebła się w kolano w którymkolwiek momencie... Anyway, ścianka jest zajebista.
Także tego, nastrój pod wieczór trochę lepszy, chociaż nadal podły. Za tydzień znowu na ściankę! Nie brookliński most, ale przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc...
by jaskrawa
22.05.2012; 21:48
komentuj(3)


Tęsknię za Islandią.
Zdjęcia przeglądam.

A w tym roku kupujemy sobie duży rodzinny namiot, z którym w niedalekiej przyszłości będziemy jeździć sobie tu i tam. "Tu" w najbliższej przyszłości będzie nad morzem, a "tam" to... kto wie, kto wie?
by jaskrawa
31.05.2012; 20:49
komentuj(6)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl