...wtf?


Siedzieliśmy sobie przy stole w ten majowy wieczór, gdy nagle za oknem śnieg zaczął, kurwa, padać.
by jaskrawa
03.05.2011; 19:49
komentuj(8)

kryzys


Płakać mi się chce.
Przeziębienie nadal trwa, chociaż to jakieś dziwne przeziębienie, bo atakuje głównie w nocy.
Noc nadchodzi, idziemy spać. Szykuję obok łóżka niezbędne do snu akcesoria - rolkę papieru toaletowego do wycierania nosa (katar też głównie nocny) i szklankę wody do zwilżenia wysychającego gardła. Przykładam głowę do poduszki i słyszę charakterystyczny dźwięk kociego rzygania. Podnoszę głowę, kot rzyga na biurko. Dobra, trudno. Rano sprzątnę. Próbuję spać, ale suchy kaszel zaczyna mnie męczyć. Za chwilę znowu słyszę kocie rzyganie. Gdzie tym razem? W łóżeczku. Na razie nie jest pościelone, bo i tak kot do niego włazi, ale materacyk już leży. Taki z bielutkim pokrowcem. O nie. Tym razem wstaję, zapalam światło, próbuję zetrzeć kociego pawia gąbką z wodą i mydłem, ale żółtawa plama i tak pozostaje wyraźna. Kot rzyga na podłogę, udaje mi się w to nie wdepnąć, gdy biegam do łazienki i z powrotem. Zanosząc się suchym kaszlem (też głównie nocny gość), ściągam pokrowiec z materacyka i wpycham do pralki, potem idę po rozum do głowy, proszek i odplamiacz do łazienki, wyciągam pokrowiec, polewam na maksa odplamiaczem, wpycham znowu do pralki i włączam na chybił trafił na 60 stopni i słabe wirowanie, zastanawiając się, jak toto będzie wyglądało po praniu. W tym czasie kot zauważa wystawione z łóżeczka, a chwilowo przechowywane tam opakowane w folię ceratki do łóżeczka. Zaczyna gryźć folię, a potem drapać łapkami w paczkę pampersów. Chowam wszystko do szafy, kota odpycham nogą dość brutalnie, klnąc i wyzywając ją pod nosem od najgorszych. Udaje mi się jej nie zabić ani nie rzucić nią o ścianę. Kładę się znowu spać. Leżę z 10 minut, po czym doznaję paranoi, że 60 stopni to za dużo (zapominam, że pokrowiec to bawełna) i lecę do kuchni, aby zmienić pralce temperaturę na 30. Kot przychodzi i miauczy rozpaczliwie jak malutki kociak. Głodna jest. Kolacja wyrzygana. Zapewniam ją, że przez tydzień nie dostanie nic do jedzenia i cieszę się jej cierpieniem. Wracam do łóżka. Próbuję zasnąć, ale nic z tego. Zaczyna boleć mnie ucho, katar boli, kaszel boli, zgaga boli. Boli też dół brzucha. Chyba zasypiam na chwilę. Budzą mnie potworne mdłości, zaraz sama zwymiotuję. Nie mogę leżeć na prawym boku, bo mdłości się pogłębiają i drętwieje prawa ręka. Drętwieje tak do bólu, do braku czucia, w ciągu jakichś pięciu minut. Z trudem (bo boli ciąża, może to jakieś skurcze) przekręcam się na lewy bok, ale wtedy pogłębia się ostry ból w prawym uchu, w którym w dodatku jakoś okropnie szumi. Przekręcam się na prawy, na lewy, na prawy, na lewy. W tym czasie pokrowiec się uprał, nawet nie zdążyłam zasnąć przez godzinę.
Wstaję i rozwieszam, ignorując głodnego kota. Plamy chyba nie ma. Kładę się. Znowu mdłości, słabo mi aż. Kapitan się budzi (też go choróbsko łapie), rozmawiamy nie wiedzieć czemu o eksperymentach na zwierzętach i robię jakiś krótki mamroczący wykład na temat etyki Petera Singera i szowinizmu gatunkowego. W końcu jakimś cudem zasypiam.
Rano budzę się, kot śpi spokojnie pod moją kołdrą, najedzona, bo Maciek już dał jej śniadanko. Kochane moje kocię. Potem oglądam zdjęcia z wakacji i wyć mi się chce. Ludzie, ja jeszcze jestem dzieckiem, ja chcę żyć. A prawdziwy hardkor przecież dopiero przede mną.
by jaskrawa
07.05.2011; 11:22
komentuj(14)

jwch


Przeziębienie przeszło do dziennej ofensywy. W zasadzie nic mi nie jest poza duszącym, suchym i jakimś astmatycznym kaszlem w ciągu dnia. Nad ranem i rano zamienia się w mokry. Lekarzyna przepisał mi antybiotyk trzydniowy, dzisiaj wzięłam ostatnią tabletkę, ale nie ma poprawy. Martwię się, że od tego mojego kaszlu dziecko urodzi mi się z jakąś nerwicą czy kurwa nie wiem. Mam nadzieję, że ona tego nie słyszy i nie czuje tak mocno jak ja.
Nie czekam już na poród, bo i tak z tego czekania nic nie wynika, dopada mnie tylko apatia. Przez ostatnie dni starałam się chodzić, łazić jak najwięcej. I co? Nic. Gina mówi, że postępu ni ma.
Sama jestem sobie winna, bo nie wiem czemu się nakręciłam, że urodzę w tym pierwszym wyliczonym terminie, a nie w drugim.
Jednym słowem - jeden wielki chuj, moi kochani. Chuj jak stąd na Kamczatkę. Jak cała Kamczatka. Albo jak by powiedzieli Amerykanie - chuj wielkości Manhattanu!
by jaskrawa
11.05.2011; 17:40
komentuj(8)

Po


Urodziłam. Bez znieczulenia (za znieczulenie robił Kapitan i poradził sobie)! Hardkor,ale pełnia szczęścia. Marysia zdrowa,chuda i mała. I kocham ją najbardziej na świecie.
by jaskrawa
15.05.2011; 20:36
komentuj(13)

To know what 'hardcore' means


Jeszcze w szpitalu. Przepraszam wszystkich,do których nie oddzwoniłam/nie odpisałam/nie odezwałam się. Walczymy o normalne karmienie. Mała urodziła się trochę za chudziutka w stosunku do wieku i nie ma siły wyssać sobie ile jej potrzeba,zatem pokarmu tez za mało wypływa. Zatem cała nasza doba składa się z karmienia,dokarmiania dokarmia strzykawką (trudne i zajmuje sto razy dłużej cdn..
by jaskrawa
19.05.2011; 15:04
komentuj(2)

Cd poprz notki


(notki dwie bo z komórki tylko krótki txt mozna dodać)...karmienie strzykawką trudne i czasochłonne,wyparzanie wszystkiego,potem godzina laktatora,w międzyczasie wycieczki na inne piętro na pomiar cukru etc. Śpimy prawie wcale,niemal non stop coś się dzieje. Marysia jest boska,bardzo dzielna i piękna. Mimo,że jestem chwilami na skraju wyczerpania, nie umiem sobie wyobrazić życia bez niej.
by jaskrawa
19.05.2011; 15:13
komentuj(3)

zobacz jak je


Wczoraj wrócilim do domu. Laktatory i inne cuda na szczęście idą na razie w odstawkę, młoda dossała się do cycka i wszystko wskazuje na to, że jej wystarcza. Ważymy ją w poniedziałek.
Karmienie co trzy godziny, Kapitan robi zakupy i tak jedziemy.
Noce nieprzespane. Strasznie głupio natura zaprojektowała noworodki, że muszą tak często jeść. Marysia wcale nie lubi wstawać na nocne karmienie, trzeba ją dobudzać pół godziny zanim pojmie, że ma się najeść. Okropne. Dzwoni budzik, wstaję, wyciągam siebie z łóżka, potem małą, obie padamy na pysk. Maciek też, bo przecież też się budzi, wstaje, pomaga mi.
I tak będziemy funkcjonować przez najbliższe miesiące.
Widok jej buzi, oczków, delikatnych włosków (z dnia na dzień coraz jaśniejsze) wynagradza wszystko.
Jestem kompletnie zakochana.
I tak o. Robi się kolejny blog z gatunku "ja i moje dziecko".
Z tym, że w tym momencie reszta mojego życia nie istnieje póki co. I nie wynika to ze ślepej miłości do dziecka, ale zwykłego braku czasu.
Żeby pisanie bloga miało w tym momencie jakikolwiek sens, napiszę o wnioskach z porodu i pobytu w szpitalu, może komuś się przydadzą przed porodem. Oczywiście to tylko moje doświadczenia, inne kobiety mogą mieć zupełnie inne, a może takie same, wiadomo i blebleble.
Po pierwsze - myślałam, że gdy zacznie się poród, będzie to bardziej jednoznaczne, spektakularne. Odejdą słynne wody, weźmiemy torby i pojedziemy do szpitala. Rzeczywistość okazała się być nieco inna. W piątek pojawiły się dość regularne skurcze, średnio co 20 minut. Bolesne, nieprzyjemne, coraz gorzej. Za rzadko jednak by jechać, wskazówki były takie, że skurcze muszą być co 5 minut, nie rzadziej. Męczyłam się do późnej nocy, wyciągnęliśmy rzutnik i oglądaliśmy Startreka (sezon II TNG, w końcu udało się zdobyć, love), żeby jakoś zabić czas. Mimo, że częstotliwość nie była jeszcze wystarczająca, to ich siła pozwoliła mi sądzić, że TO się już musiało zacząć. Pojechaliśmy w końcu w środku nocy do szpitala, by dowiedzieć się, że to jeszcze nie poród, bo to mogą być skurcze przepowiadające. I odesłano nas do domu. Typowy przypadek. Kolejny dzień (cały) polegał na zastanawianiu się czy już jechać. Dopiero następnej nocy, gdy skurcze były już co trzy minuty, zdecydowaliśmy, że może już, ale ja nadal byłam przekonana, że zrobimy z siebie idiotów i nas odeślą.
Jaki wniosek? Może być tak, że za cholerę nie wiadomo kiedy jechać, mimo, że teoretycznie się wie.
Tym razem nie odesłali nas, bo poród jednak się zaczął. No niebywałe.
Drugi wniosek - nie wyobrażam sobie, jak miliony kobiet mogą rodzić na leżąco. Gdy się położyłam na moment jeszcze w domu, skurcz był nie do wytrzymania. Czułam się bezradna w obliczu bólu. Na stojąco - też prawie nie do wytrzymania, ale jednak.
Trzeci wniosek - woda i wanna pomagają. Może to kwestia psychiki. Myślę, że w znacznej części tego, że w wodzie łatwiej się zrelaksować i odpocząć między skurczami.
Czwarty - Kiedy pojawiają się skurcze parte, warto zapomnieć o tym, że w ogóle jest się człowiekiem. Wtedy można być wszystkim. Wilkiem stepowym, kotką, świnią, psem. I wrzeszczeć wniebogłosy ile dusza zapragnie. Nie wyobrażam sobie, bym mogła urodzić w milczeniu, chociaż przed porodem myślałam, że ja to nie umiem wrzeszczeć z bólu i że jest to jakieś takie histeryczne.
Piąty - słuchać położnej. Ona wie wszystko.
Szósty - rodzić z facetem albo inną bardzo bliską osobą. Poród był dla mnie skupieniem się na trzech punktach - skurczach, położnej i Maćku, który trzymał mnie za rękę, pomagał zmienić pozycję, w kuminacyjcnych momentach przytulał, przysuwał się, całował. Nic innego nie istniało. Bez tego byłoby znacznie gorzej. Pełna współpraca trzech osób pod kierownictwem położnej.
Siódmy - znieczulenie było mi jednak niepotrzebne, prawdę mówiąc gdy zaczęłam rodzić, w ogóle zapomniałam o tej możliwości. Gdybym je dostała, chyba nie wiedziałabym wtedy o co w tym chodzi i pewnie skupiałabym się tylko na tym, czy boli mniej, czy w ogóle boli, a może nie działa, a jak boli wkłucie. A tak - wszystko szło zgodnie z planem. I z cewnikiem do znieczulenia nie mogłabym siedzieć w wodzie! Brrr!
Ósmy - wcale nie muszą nacinać, nawet przy pierwszym porodzie. Natura sama wszystko załatwiła. Małe pęknięcie jeno, goi się bezproblemowo, nie boli, nie muszę siadać na gumowym kółku. Jest jak było. Jak dobrze trafić na mądrą położną!
Dziewiąty - dziecko wygląda jak kosmita albo jak lalka z białego plastiku. I to takie zaskakujące, że pojawia się jakby nie wiadomo skąd. Kucam przy drabince, drę się, a potem spoglądam między własne nogi i widzę najpierw wystającą ciemną czuprynę, a potem nagle ktoś wkłada mi w ramiona żywe dziecko, które otwiera oczy i patrzy na nas. W sali były trzy osoby, a nagle są cztery. Nie wiem, co się dzieje, świat przestaje istnieć i odpływam. Trzymają mnie i każą zrobić kilka kroków w tył. Działam chyba jak marionetka, niewiele widzę z tego, co dookoła. Trzymam to małe chude coś w rękach i pozwalam się ułożyć na łóżku. Szczęście nie z tej ziemi.
O pobycie w szpitalu i pierwszych dniach opieki nad niemowlakiem w następnej notce. Teraz idę się przespać.
by jaskrawa
21.05.2011; 17:33
komentuj(7)

...


Nie je. Śpi.
Zupełnie nie wiem, co robić. Pokarm płynie i to powoduje, że jest mi jeszcze bardziej przykro. Najgorsze, że czas działa na naszą niekorzyść. Mała z dnia na dzień powinna zjadać więcej, a zjada chyba coraz mniej.
Rozważam butelkę (jakoś i coś musi jeść!) i płaczę. Nigdy nie chciałam karmić dziecka butelką i nie rozumiałam matek, które na takie karmienie się decydują, gdy nie muszą. Gdy ktoś mnie pytał, jak będę karmić, patrzyłam na niego, jakby się urwał z choinki. Bo jak to jak?
A teraz zadaję sobie pytanie - czy ja już muszę? A może dać jej jeszcze jeden dzień? Dziś byliśmy u lekarza, ważenie wyszło kiepsko, a wczoraj jeszcze miała całkiem dobry wynik (osiągała wymagane 30 g na dobę).
Jest bardzo ciężko.
Najgorsza ta bezsilność.
by jaskrawa
24.05.2011; 20:32
komentuj(11)

je


Na razie jest chyba nieźle. Dzisiejszej nocy nie spałam prawie wcale, bo nie chciała przestać jeść. Może się w końcu ogarnie na dobre. Gdy się obudzi i leży sobie na moich kolanach, machając łapkami i patrząc tymi swoimi oczkami, rozpuszczam się.
Byliśmy wczoraj na pierwszym spacerku. Sezon uważamy za otwarty. Czekają nas pełne wrażeń wakacje na Polu M.
A jutro pod naszymi oknami przejedzie Barak. Żałujemy, że nie zaczęliśmy wcześniej dystrybucji biletów na miejsca przy oknie (mamy aż trzy okna wychodzące na Baraka, więc byłby biznes jak złoto). Czekamy teraz na agentów specjalnych - czy przyjdą przeszukać nam mieszkanie?
To znaczy chyba przejedzie tędy. Wszyscy tędy przejeżdżają.
Zaczynam się przyzwyczajać. Przy karmieniu jest mi już na tyle wygodnie, że (gdy już przestanę gapić się na buzię swojej córeczki - moja córeczka! jak to brzmi, omatko, łzy w kącikach oczu) czytam se biografię Hłaski.
by jaskrawa
26.05.2011; 16:45
komentuj(7)

3


Przekroczyła 3 kilo przedwczoraj, więc otwieramy szampana.
Matko, to zabawne. Przeczytałam jeszcze w ciąży jakiś poradnik nt. dzieci, byłam w szkole rodzenia itd. I co? Okazuje się, że niewiele wiem. Wydawało się, że najtrudniejsze jest kąpanie, przewijanie itd. Okazuje się, że pominęłam przez to wiele innych istotnych szczegółów. Na przykład nie kupiłam sobie żadnych gaci. Teraz w te sprzed ciąży jeszcze się nie mieszczę, ciążowe o wiele za duże. Dobrze, że mam obrzydliwie stare bojówki z czasów gdy byłam dwa rozmiary większa. Wyglądam jak łajza, ale trudno. Jak młoda skończy miesiąc, pojedziemy na jakieś zakupy czy coś. Chociaż ja i tak po cichu liczę, że za miesiąc zmieszczę się już w coś z tego, co leży w szafie.
W ogóle fajnie, bo brzuch prawie zupełnie wyparował. Bałam się, że przez pół roku będę wyglądała, jakbym nadal była w ciąży.
Właśnie - kolejna sprawa to dieta. Nie do końca wiem co jeść. Niby wiem, ale ciężko wymyślić obiad codziennie. Bo musi być lekkostrawnie. A ja do tej pory żarłam na okrągło brokuły, kalafior, szpinak z oliwą i suszonymi pomidorami, kotlety sojowe (smażone). jakieś lecza i inne wynalazki. Oczywiście wiem, że z czasem będę mogła znowu jeść wszystko jak dawniej, ale na razie trochę się trzęsę o małą i to moje mleko, bo ostatnio brzuszek ją bolał niechybnie, poza tym sporo ulewa i to karmienie jeszcze dość trudne. Nie chcę ryzykować i dorzucać do tego wszystkiego kolejnych kłopotów.
Nie znoszę wymyślać obiadów. Mam to po babci.
Poza tym nie ma tych obiadów kiedy robić, bo Mańka ciągle na mnie wisi. Do wczoraj był w domu Kapitan, ale dzisiaj wrócił do pracy.
Wczoraj zrobiłam sobie gotowane buraczki, nawet dobre. Chociaż ja zawsze wolałam takie podsmażane z cebulką.
Kurna, wyszło na jaw, że moje dotyczasowe żywienie było pełne smażeniny!

Z jakiegoś forum:

"Treść pytania:
czy dziecko czteromiesieczne moze jesc owoce i jakie powinno jesc
Odpowiedź :
Jeżeli jest karmione sztucznie to może zacząć jeść tzw, słoiczki dla niemowląt , są już dostępne od 4 m życia."

Jutro pójdę na bazarek i zapytam o te słoiczki. To muszą być jakieś egzotyczne owoce, bo do tej pory o nich nie słyszałam.
by jaskrawa
30.05.2011; 10:51
komentuj(10)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl