Obudziłam się na nowo. Może to zabrzmi śmiesznie. Może to zabrzmi tragicznie. Jednak muszę o tym napisać. W sobotę, wieczorem (a jakże!), byłam W KNAJPIE (i) NA KONCERCIE!
Wchodząc do środka, czułam się jak dzikus z lasu. Po porodzie moje jedyne wyjścia to pobliskie kawiarnie lub wyskoki z dzieckiem, na żarcie. A tu piwo, wylansowana młodzież, głośna muzyka, ho ho ho...

http://moja-anatomia.blogspot.com/p/lewinska-affair-songs.html

Nie można jeszcze ich znaleźć na jutjubie (ja nie znalazłam), ale z pewnością to tylko kwestia czasu. Niestety byłam tylko na pierwszej części koncertu, potem przyjechał Kapitan z dzidziolem na pokładzie i musiałam spadać, celem nakarmienia dzidziola i położenia go spać.
Mimo że byłam tylko na kawałku koncertu, zdążyłam usłyszeć kilka naprawdę dobrych kawałków, w tym jeden absolutnie przepiękny. A mnie naprawdę mało co rusza, jeśli chodzi o muzykę. Zatem czekam na możliwość usłyszenia ich ponownie.

A przed koncertem spotkanie z Mama-mią. Dobrze jest odnawiać stare dobre kontakty ze starych dobrych czasów. Czasów picia wódki, łażenia po Pradze, papierosów na śniadanie, rozlazłych imprez. Trochę tęsknię, ale nie tak bardzo. Nie zawsze było różowo. Permanentny brak forsy, doły, depresje, bezsensowne zakochania i takie tam. Wszystko ma swoją cenę.
by jaskrawa
02.04.2012; 10:03
komentuj(12)

święto wiosny


Okna umyte, można świętować. Sałatka z fasoli się robi, płaczę po cebuli.
Udało nam się w końcu znaleźć tę naszą działkę. Czekała na nas i pewnie miała sporo obaw, że jednak wybierzemy inną. Te inne zachwalali rozmaici agenci, dwoili się i troili, przekonywali, kłamali, zachęcali, łasili się do nas. Jednak nie daliśmy się nabrać. Wiedzieliśmy, że nikt nie pokazał nam naszej działki. Sami ją znaleźliśmy, była, o, tam!
Zatem za jakiś czas będziemy mieszkać na Zadupiu. Cudownym.


by jaskrawa
07.04.2012; 14:21
komentuj(3)

coś mnie bierze


Pobolewa gardło, a ciało ogólnie rozbite jak namiot. Zjadłam makaron z makiem, a teraz żrę zimnego ogórka kiszonego, popijając gorącą herbatą. Zauważyłam, że po zeżarciu czegoś zimnego prosto z lodówki przechodzi ból gardła. Przynajmniej na jakiś czas, a potem trzeba zjeść kolejną zimną rzecz. Minęły już czasy łykania cholinexów (pamiętacie? "cholinex chuj!"). Modlę się teraz do Światowida, aby nie zjawił się katar. Wszystko zniosę, ale nie katar. Ja na katar umieram! Może nie będzie tak źle? Tej zimy choroba kilka razy próbowała sforsować twierdzę mojego układu odpornościowego, ale póki co niewiele jej się udało zdobyć. Raz katar, raz czy dwa ból gardła, który minął po kilku godzinach.
Za niecały tydzień nad morze. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Wydyma nas tylko i wrócimy jak niepyszni na ciepłe niziny. Ale może nie?
Dobra, idę se poczytać Donosy na Kisiela, lekturę przerwaną niedawno na rzecz Nowoczesnych metod odżywiania, niejakiego T. Colina Campbella. Donosy polecam, Campbella też, ale tego drugiego na pewno prawie nikt nie chciałby czytać. Właśnie na tym polega paradoks dobrych, ale niewygodnych rad. Nikt nie chce ich słuchać, więc powinny tracić rację bytu. A jednak poradniki ktoś kupuje... Może to dlatego, że wciąż szukamy rad, ale takich, które potwierdzą, że robimy dobrze i nic nie musimy zmieniać?
by jaskrawa
12.04.2012; 20:09
komentuj(3)

sezon biegowy rozpoczęty


Po raz trzeci w tym sezonie rozpoczęłam sezon biegowy. Zawsze rozpoczynam, a potem gówno z tego wychodzi, bo jakoś nie wychodzi. Rano się nie da, bo z Marysią wstajemy zazwyczaj wtedy, gdy tata już idzie do roboty, po południu jestem zazwyczaj jakaś rozwalona i zmęczona po całym dniu z bachorem, wieczorem jest cimno i trochę nieswojo mi biegać po niedoświetlonym parku. Głupie takie tłumaczenia, bo jednak mogłabym chociaż co drugi dzień, po południu, przełamać się na pół, założyć buty i wyczłapać chociaż te pięć kilometrów.
Cienki Bolek jestem, dzisiaj miałam po prostu zapaść, zawał i udar czaszki już po dwudziestu minutach, ale to pewnie dlatego, że pierwszy raz w tym sezonie biegałam bez śniadanka, bo od samego srańca. Gdy ostatnio zdarzyło mi się biegać, ale po południu, biegałam sobie swobodnie jak wyżeł, przez pół godziny i bez wyplucia płuc. Mogłam nawet dłużej, ale nuda popędziła mnie do domu. Trzeba reaktywować empetrójkę, nawet nie pamiętam, gdzie ją wsadziłam, mam nadzieję, że jeszcze gdzieś jest.
Ja mam takie fazy na empetrójkę. Przez kilka miesięcy słucham non stop, a potem rzucam w kąt i długa przerwa. Ostatnio słuchałam jej jakiś rok temu, a może nawet jeszcze dawniej. Może to wynika z tego, że dla mnie muzyka jest przyjemnością okazyjną, wymagającą jakiejś oprawy? Gdy przemierzaliśmy Islandię, nie wyobrażałam sobie tych wielu godzin w autobusie spędzonych bez muzyki w uszach. Na zapętlenie słuchałam wtedy Tiny Vipers, bo głos Jessy i gitara komponowały się z kilometrami pustki, gór, niekończących się wodospadów. A w Warszawie, w tramwaju, na zapętlenie Magda Umer i piosenki Osieckiej. Piosenki o zwykłych ludziach, o szpetnych czterdziestoletnich, a ja widziałam ich w tramwajach. Dom i samotna wolność, słomiane wdowieństwo, wymagały zawsze oprawy młodzieńczej i buntowniczej. Zatem grunge z Seattle i takie tam. A teraz, przy dziecku, jakoś nie mam nastroju i tylko Trójka leci z cicha.
Nigdy nie byłam prawdziwym fanem muzyki, mimo że czasem obsesyjnie słucham jednej płyty lub utworu. A rzadko zjawia się coś, co wywołuje obsesję. Gdyby ktoś zapytał - muzyka czy książki, to ja książki.
by jaskrawa
15.04.2012; 10:24
komentuj(1)

jak co roku - o rozliczeniu pita


Rozliczyłam się ELEKTRONICZNIE. Love internet! Love Ministerstwo Finansów! Love wszyscy!
Nie stałam na poczcie, nie stałam w skarbówce, normalnie nic się nie stało!
Dlaczego dopiero teraz? Jakieś trzy lata temu (trzy? może dwa, może cztery, nie pamiętam), gdy po raz pierwszy można było rozliczać się ELEKTRONICZNIE (love elektronicznie, po wsze czasy!), próbowałam to zrobić i jeden wielki chuj z tego wyszedł. Dokument utknął gdzieś w odmętach kabli i diabli wiedzieli, czy go w ogóle wysłałam, czy też nie, nie dostałam numeru referencyjnego czy jakiegoś tam, i tak musiałam w końcu zasuwać na pocztę. Zatem w następnych latach programowo olewałam wszelkie namowy, by rozliczać się przez net. Karnie dreptałam do skarbówki (mam blisko).
A jednak. Brat Kapitana mnie przekonał. I rzeczywiście - wszystko poszło jak po maśle. Ekstra, nie?
by jaskrawa
16.04.2012; 21:34
komentuj(1)

dżurata


Od trzech dni w Juracie. Pogoda w kratkę, ale i tak cieszymy się jak małe pieski, że w ogóle wyjechaliśmy! Pozdrawiamy.
by jaskrawa
21.04.2012; 08:24
komentuj(11)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl