pojechaliśmy


Jutro czyli w sobotę pojechaliśmy do Jamnej na zieloną trawkę i świeże powietrze prosto od krowy.
Góry, góry i ciągle mi nie dość.
Mamy w planie siedzenie na tarasie, jedzenie, leżenie na kocyku i malutkie spacerki, bo nasz drogi Marek ma chorą nóżkę, a ja się nie nadaję do niczego, bo ciągle chce mi się siku i mi w ogóle już ciężko. Jeno nasz Kapitan jest w pełni sił, zatem to on będzie musiał się kalekami opiekować. I tak o.
Kocham wiosnę, codziennie coraz bardziej.
by jaskrawa
01.04.2011; 21:47
komentuj(2)

tak


W Jamnej jest śliczniej niż myślałam. Domki z czerwonymi dachami pośród niewysokich gór, kapliczki, drewniane święte figurki, święty spokój i pianie kogutów. Można spacerować, delektować się, siedzieć na tarasie albo małej polance przed bacówką, wypić rewelacyjną kawkę, nic nie robić też można, a nawet jest to wskazane. Wspaniałe miejsce dla znerwicowanych mieszczuchów, doskonałe na snucie planów o własnym kawałku ziemi i małym domku.
Czułam się świetnie, tylko podróż trochę ciężka, bo brzuch nie pozwala jakoś normalnie siedzieć, Młoda się denerwuje, gdy zbyt długo nie zmieniam pozycji i zaczyna się wić, prostować sobie długie nóżki i łzy bólu stają mi w oczach. Mózg mi chyba działa prawidłowo, bo nadal nie umiem się na nią gniewać, nawet odrobiny irytacji nie czuję. Wczoraj Diablo na mnie wskoczyła tak niefortunnie, że trochę ześliznęła mi się z kolan i wbiła pazurka. I ta pierwsza myśl, która się wtedy pojawia, jest taka nienawistna, wroga. "Spierdalaj kocie". Oczywiście nie idą za tym czyny ani nawet słowa, kota łapię szybko, podnoszę do góry i przytulam, przecież to nie jej wina ani zamierzony atak, to tylko instynktowna próba uniknięcia upadku. Jednak ta pierwsza myśl jest wymierzona zdecydowanie przeciwko kotu. A z dzieckiem jest inaczej, nie umiem tego opisać. Chciałabym móc się z kimś tym podzielić, jak nawet ostatnim kawałkiem czekolady, ale chyba nie ma sposobu. Dobrze, że bacówką w Jamnej można się cieszyć wspólnie.
Mój Kapitan nas wiózł całą drogę, zatem ponad 700 km w obie strony. Dumna jestem z niego, że taki świeży kierowca, a nie pozabijał nas jakoś. Będą z niego ludzie.
Ze mnie może też, istnieje realna szansa, że się obronię 16 kwietnia. Będę mogła potem mówić swojej córce - pamiętaj kochana, najpierw studia, potem dzieci. I stawiać siebie jako wzór - obroniła się jakiś miesiąc przed porodem. Ha, ha, ha.
Ja pierdolę, ale ze mnie loser. No ale trudno, lepiej późno niż później.
by jaskrawa
05.04.2011; 10:51
komentuj(7)

love u-wu


Kocham mojego promotora O-Znanym-Filozoficznym-Nazwisku, kocham panią M. z sekretariatu, kocham mój wydział (Filozofii i Takich Tam), kocham ich życzliwość, to, że się troszczą o każdego studenta, że nikt nie szuka dziury w całym, że nikt niczego specjalnie nie utrudnia, że są ludźmi.
I tak o. Niech mi ktoś powie, że państwowa uczelnia to urzędasy, biurokracja i syf.
by jaskrawa
07.04.2011; 14:24
komentuj(3)

czas zasuwa


Chce mi się demonicznie śmiać, gdy słyszę, jak Kapitan, głaskając czule kota, swojej babci przez telefon opowiada o zaletach posiadania kota (i przewadze kota nad psem). Przypominam sobie ten sceptycyzm sprzed półtora roku. Hy, hy, hy, co za satysfakcja!
Właśnie kupiłam w necie materacyk do łóżeczka.
Kurna, ale jazda, za jakiś miesiąc będziemy mieli w domu prawdziwego noworodka, który będzie darł mordę, chciał jeść i trzeba będzie zmieniać mu pieluszki. I kąpać. I karmić. I wszystko co zrobimy, może mieć kolosalny wpływ na jego życie. Nie uwierzycie, ale nadal trudno mi w to uwierzyć.
Wczoraj w wyniku mojej lekkiej niedyspozycji na chwilę wylądowałam na kategie w szpitalu i mogliśmy po raz pierwszy tak długo, bo aż pół godziny, posłuchać serca małej. Niepotrzebnie zawracaliśmy uroczemu personelowi gitarę, bo nic nam się nie stało, miałam lekki zjazd z powodu może słabego ciśnienia, może brzydkiej pogody, a może ucisku brzucha na jakąś tam żyłę. Tylko że spanikowałam trochę. Gdybym nie była w ciąży, to po prostu pojechałabym do domu uciąć sobie drzemkę, ale ja oczywiście musiałam wyciągnąć pochopne wnioski, że skoro ja źle się czuję, zaczynam bełkotać i szumi mi we łbie, to zapewne mała czuje to samo. A tu guzik. Mała czuła się lepiej niż ja, bo wynik kategie miała rewelka i słychać było jak jej tętno skacze z wysiłku, gdy się przewraca na drugi bok. Słuchałam tego i znowu, tym razem dobitniej niż zwykle, docierało do mnie, że to odrębny człowiek, z własnym życiem. I już teraz zaczyna mieć mnie w dupie, bo gdy ze mną trochę cienko, to ta sobie skacze w najlepsze.
A za tydzień obrona. Gniot leży już wydrukowany i oprawiony (na czarno, bardzo adekwatnie), a ja już nie mogę się doczekać, kiedy oddam ją w pizdu na uczelnię. Niech zgnije w czeluściach archiwum. Wczoraj za to świetnie służył jako podkładka pod myszkę.
by jaskrawa
10.04.2011; 22:14
komentuj(9)

koncert


Okazuje się, że ja to już nic nie mogę. Poszlim wczoraj na koncert Archive (oni plus orkiestra kameralna) Już po pierwszych dźwiękach fantastycznie się zapowiadało i myślałam, że niebawem zacznę odpływać w przeżycia estetyczne, ale nie udało się. Było jednak trochę za głośno. Niby się zorientowałam przed koncertem, że dziecku w brzuchu jednorazowy hałasik zaszkodzić nie powinien (i tylko to w zasadzie budziło mój niepokój, koncert był w Kongresowej, siedzący, spokój, emeryci i tak dalej, więc nie wchodziły w grę typowe koncertowe zagrożenia jak na przykład czyjeś łokcie lub dwumetrowi siedemnastolatkowie w glanach miotający się nieprzytomnie), bo ono przecież ma w uszach wodę i słyszy dużo mniej niż my na zewnątrz, no ale niestety. Chłopaki i dziewczyny przygrzali nieco mocniej niż się spodziewałam. Młoda się wyraźnie wkurzyła, bo zaczęła mnie kopać po żebrach, zatem musiałam się ewakuować. I w zasadzie dla mnie było po koncercie, bo reszty wysłuchałam siedząc sobie jakieś półtorej godziny na korytarzu, tuż przy wejściu na dole, na wysokości sceny.
Najwyraźniej Młoda woli tradycyjnego Archive'a, bez orkiestry. No trudno. To nie ostatni raz, kiedy jej zdanie będzie się różnić od mojego. Trzeba się odprężyć i przyzwyczaić.
Szkoda mi trochę, bo czekałam na ten koncert, no ale chuj, w ciąży jest się rzadko, a na koncerty można chodzić przez większość życia.
by jaskrawa
12.04.2011; 15:05
komentuj(2)

Marysia


Maria (Awaria), Marihuana, Mańka, Maryśka, Marycha, Maryś.
Tak swoją córkę postanowił nazwać Kapitan.
Moją tym samym też.
A ja nie protestuję. To imię jakoś dobrze mi się kojarzy. Z taką mądrą dziewczynką po prostu.


- Mamo!
- Tak?
- Dlaczego daliście mi na imię Marysia?
- Bo nie chciało nam się wymyślać niczego innego, córeczko.
by jaskrawa
13.04.2011; 11:37
komentuj(10)

Kluska


Udało się w końcu sfinalizować kupno samochodu. I już jest. Nasza Kluska. Przyjechaliśmy, zaparkowaliśmy, przyszliśmy do domu, a Kapitan jeszcze wrócił do niej, chyba na nią popatrzeć. Cieszymy się jak dzieci.
Trochę mi smutno, że nie mogę jej jeszcze prowadzić, ale nie tracę wiary, że kiedyś uda mi się zdać ten pieprzony egzamin na prawko. Póki co mam inne sprawy, jakiś poród, jakaś obrona, więc na nudę nie narzekam.
I tak o.
by jaskrawa
14.04.2011; 22:41
komentuj(2)

i już!


Ja pierdolę, w końcu się obroniłam. Idę leżeć. Nogi na ścianę.
by jaskrawa
16.04.2011; 16:04
komentuj(10)

baba w ciąży w autobusie


Gdy mi ustępują, to dziękuję i siadam, ale nie domagam się tego.
Dzisiaj wsiadłam (po dwóch godzinach latania pomiędzy budynkami uniwerku z obiegówką) do autobusu zmęczona nieludzko, w dodatku miałam jechać spory kawał, bo aż do Mareckiego, wszystkie miejsca pozajmowane, w większości przez stare babcie i dziadków. Cóż, bez żalu do świata (a już na pewno bez żalu do babć i dziadków) stanęłam sobie w kąciku i jadę. Po chwili zauważyła mnie jakaś młoda kobieta (również stojąca) i donośnym głosem nadaje:
- Co? Nie ma chętnych do ustąpienia?
- No nie, ale same starsze osoby, ja sobie mogę postać, dobrze się czuję, wszystko w porządku.
- Nie, nie! Ktoś musi ustąpić, nie może pani stać!
Dziewczyna podbiegła żywo do dwóch siedzących najbliżej panów, na oko sześćdziesiątka, może ciut więcej. Panowie spojrzeli na mnie, zerwali się, zwolnili nawet dwa miejsca, zarzekając się, że obaj za chwilę wysiadają. Przez chwilę protestowałam, ale w końcu usiadłam, skoro i tak mieli wysiadać to cóż...
Miejsce obok (skoro i tak się zwolniło... ) zajęła moja pomocna współpasażerka, zapytała czy pierwsze dziecko, na co ja jej, że tak. A ona:
- O, ja przy pierwszym też o miejsce się nie upominałam, ale przy drugim to już nie miałam skrupułów.
- Rozumiem, tak tak.
- Przy drugim dziecku też się pani będzie upominać.
- Być może, tak. Tylko że ja się nie czuję źle, więc w zasadzie...
- Eee, trzeba prosić, zawsze ktoś ustąpi!
Pani coś tam jeszcze chciała chyba zagadać, ale dzisiaj wyjątkowo gadać mi się nie chciało, zatem zatopiła wzrok w bezpłatnej gazecie. Siedziała sobie do końca trasy, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że po drodze wsiadło do autobusu kilka babć, dziadek z "balkonikiem" i stali biedaczyska w koszmarnym tłoku. Odpadam po prostu, musiałam o tym napisać, w końcu taka uprzejma i życzliwa osoba to dzisiaj rzadkość.
by jaskrawa
18.04.2011; 14:48
komentuj(5)

...


Nie chce mi się pisać. Kiedyś blog to był wentyl, ale od dawna przestał dobrze spełniać tę funkcję.
Pisanie z gatunku "przeczytałam fajną książkę i wam polecam" nie interesuje mnie, zresztą przez ostatnie miesiące to były głównie książki "branżowe" (Kołakowski, Walicki, Arendt i inni), dotyczące Gniota, od czasu do czasu przetykane odmóżdżaczami w stylu saga o Wiedźminie, nikogo nie chciałam tym zanudzać. A za chwilę w ogóle nie będę miała czasu na książki.
Płyt z kolei kupuję za mało. Ja mam taką naturę, że niewiele rzeczy mnie na tym polu zachwyca. Dzieje się to rzadko, raz na kilka miesięcy. Poza tymi "razami" muzyka jest dla mnie jedynie tłem. Czasy, gdy słuchałam jej niemal non stop, dawno minęły. To samo z filmami, zresztą o filmach jest "rzutnik blog", niewiele się tam dzieje zresztą.
Kiedyś ze swojego niepoukładania, emocjonalnej rozwałki jakoś potrafiłam ulepić notki, wydaje mi się, że czasem bywały nawet zabawne. A teraz wszystko dookoła stało się takie dorosłe. Nie mogę się skarżyć na zły los, bo zły los olewa mnie ostatnio. Moje życie składa się obecnie z przygotowań, wszystko kręci się wokół dziecka, które ciągle we mnie siedzi. A jedyne przerywniki w tym kręceniu się na jakie sobie mogę pozwolić w moim stanie to jakieś zwykłe spotkania z przyjaciółmi, wyjazd do mamy lub "teściowej", czasem kino. Nic specjalnego. Nie dostrzegam wielu rzeczy, jestem trochę znieczulona na piękno i brzydotę świata. Jestem czujnie (i mimowolnie) skoncentrowana na sygnałach mojego ciała, które zmienia się, wysyła rozmaite znaki, jest już bardzo zmęczone. Nie mam w sobie dość ekshibicjonizmu, by rozwodzić się na tematy typu "wpływ hormonów ciążowych na przyrost pieprzyków" lub "czy przyrost centymetrów w biodrach to tkanka tłuszczowa czy zatrzymana woda". Dziecko kopie i wije się, ciężko spać w nocy, mam skurcze, mdłości, zgagę i drętwieją mi palce dłoni. To by było na tyle w tym temacie.
To dziecko wyssało ze mnie już teraz resztki mojej "dziecięcości".
Zmartwienia - kredyt muszę spłacić wcześniej, a nie ma jak, bo ciągle jakieś bieżące wydatki...
Problemy zdrowotne mojej mamy.
Pieniądze.
Wanienkę trzeba jeszcze kupić, uprać w końcu wszystkie ciuszki, bo to już czas.
Jechać po druk rmua do pracy.
Znaleźć pediatrę.
Iść, ciągle iść w stronę słońca.
by jaskrawa
20.04.2011; 10:24
komentuj(7)

zzo


Przeczytałam już cały internet na temat znieczulenia zewnątrzoponowego i nadal nic nie wiem. Są artykuły, gdzie różni fani statystyk piszą o możliwych powikłaniach, negatywnym wpływie na dziecko, spowalnianiu porodu, większym odsetku porodów zakończonych cesarką po zastosowaniu zzo, strasznych rzeczach typu brak czucia w nogach, resuscytacji niemowląt, braku odruchu ssania, itd. Gdzie indziej zupełnie odwrotnie - że ten ból wcale nie jest potrzebny, że powikłań nie ma, że wręcz może akcję przyspieszyć, w ogóle cud i orzeszki, manna leci z nieba, kobieta sobie prze i nic nie czuje, dziecko wychodzi bez bólu, pani Środa przesyła kwiaty i pozdrowienia. Szczęśliwe kobiety z oddziału aborcji machają przyjaźnie, jest tak nowocześnie i po ludzku.
Na forach to w ogóle śmietnik, zwłaszcza, że niektóre dziewczyny chyba mylą znieczulenie zewnątrzoponowe z podpajęczynówkowym.
Mój internista - kochany wariat Robin Williams - twierdzi, że to wszystko syf i mogiła, i lepiej rodzić bez. Bo tak lepiej, po co się narażać. Cóż, uwielbiam gościa, no ale co on tam może wiedzieć o zabijaniu? Chyba nigdy nie rodził, a on jest tak pozytywnym człowiekiem, że jego żona pewnie się mu nie przyznała, że bolało, bo może jej było głupio i nie chciała psuć mu nastroju?
Z drugiej strony moja szefowa jest tego samego zdania. Rodziła bez zzo i twierdzi, że da się. Z tym, że ona to jest hardkorowcem. Gdyby jej powiedzieli, że może się poddać operacji usunięcia wyrostka zupełnie na żywca, ale dzięki temu będzie mogła szybciej wyjść ze szpitala i biec do pracy, to by się pewnie zdecydowała. Zagryzłaby zęby, zapaliła papierosa i krzyknęła "to do dzieła, konowały!"
Siostrze dziecko wycięli, więc nie ma prawa głosu.
W szkole rodzenia to wiadomo. Propaganda naturalności, masaży, ćwiczenia mięśni, joga, kwiat lotosu i łąka pełna kwiatów.
A moja mama urodziła mnie i moją siostrę od tak. No trochę bolało, ale czy ja wiem?
A ja co o tym wszystkim myślę?
Nic nie myślę, szkoda mi kasy na jakieś cholerne znieczulenie, nfz nadal tego nie refunduje. Postanowiłam przyjąć postawę szefowej i jakoś się przemęczyć. Może jestem głupia, może nie dorosłam do nowoczesności, w której mam prawo rodzić bez bólu. A może ja w ogóle taka już jestem - ufam naturze, nie jem mięsa, czasem medytuję, mam kota i staram się wierzyć, że sporo zależy od naszej głowy.
Jednocześnie wiem, że gówno wiem, jak będzie. Może już po pierwszych skurczach z krzykiem zażądam natychmiastowego znieczulenia, bo jak nie to ja nie rodzę i odwalcie się wszyscy ode mnie.
by jaskrawa
21.04.2011; 19:07
komentuj(7)

trochę już czekamy


Wanienka kupiona, prawie wszystko już kupione. Czekam, chociaż to jeszcze nie pora.
Młoda już od wielu miesięcy jest z nami, a my czekamy, jakby dopiero miała się pojawić. Przecież jest tu już teraz, tylko że w środku, niewidoczna.
Święta były rodzinne. Pamiętajcie młodzi rodzice - bądźcie asertywni.
Przejadłam się.
Kluska jeździ bardzo ładnie.
Diablo myśli, że wózek i wanienka są dla niej. Wygląda na to, że dziecko będziemy musieli umieścić w kocim pudełku. Dziecku w sumie będzie wszystko jedno, ono i tak głównie śpi na początku. A kotu przecież nie jest wszystko jedno. Kot ma uczucia, to już dorosły człowiek w końcu, mimo że kot.
Wczoraj poszłam do ginekologa, myślałam, że po badaniu zakrzyknie "o, pani będzie rodzić już pewnie za chwilę!". A tu nic. Ginekolog się ucieszyła, że jeszcze nic, że do terminu pewnie doczekamy sobie spokojnie. No kurde.
Ale nie narzekam, nie mam powodów. Wszystko jest dobrze.
U tak wielu ludzi nie jest! Życie i nasze szczęście jest tak kruche, że aż czasem strach żyć.

Update: Zabrałam się za pranie ciuszków. Wyciągnęłam wszystkie z szuflady. Do głowy przychodzi mi tylko jedna rzecz - prośba, a nawet apel do naszych znajomych z życia realnego - POD ŻADNYM POZOREM PROSZĘ NIE PRZYNOSIĆ TEGO WIĘCEJ :D
Jeśli ktoś będzie chciał sprawić nam przyjemność i coś kupić dziecku, niech lepiej przyniesie piwo Kapitanowi :D
by jaskrawa
27.04.2011; 15:04
komentuj(14)

czas na disko relaks


Weekend nadszedł. Muszę się postarać przestać czekać na poród, w przeciwnym razie zwariuję. Na razie nie zwariowałam, ale coraz więcej mam w głowie pieluszek, wacików i kremów do pupy. Poród śni mi się co noc. Trzeba to jakąś wyciąć z mózgu. W weekend pakuję resztę rzeczy i zamykam przygotowania na ostatni guzik, a od poniedziałku obiecałam sobie spacerki do parku z książką (o ile pogoda dopisze, a jak nie dopisze to fotel), oczywiście żadną niezwiązaną z tematem.
Dobrze, że jest Kluska, możemy się pobocznie nią poekscytować - jaka jest pojemna, ładna i kluskowata. Wiemy już nawet jak włączyć klimatyzację. Dzięki temu gardło mnie pobolewa od świąt. Na szczęście pierwszy raz w życiu udało mi się powstrzymać rozpędzony katar. Katar nadszedł w nocy i zniknął następnego dnia, na noc jeszcze wraca, ale w ograniczonym wymiarze. Mam nadzieję, że nie wróci na dobre, bo nie wyobrażam sobie rodzenia dziecka z katarem i bolącym gardłem. Każda z tych rzeczy sama w sobie może doszczętnie wykończyć, wszystkie na raz pewnie sprawiłyby, że błagałabym o szybką eutanazję. Kto wie, czy i tak nie będę.
To ten, idę prasować pieluchy tetrowe, które nadal się kupuje, mimo że służą do zupełnie czegoś innego.
by jaskrawa
30.04.2011; 09:40
komentuj(9)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl