reality is dawning


Sny mam ostatnio kompletnie odjechane. Czasem zabawne, czasem wręcz tragiczne. Kilka dni temu śniło mi się, że była jakaś straszliwa wojna. Samoloty zrzucały bomby na domy. Biegaliśmy, usiłując się ukryć, połapać jakoś dzieciaki, które się ciągle gubiły, trwoga, rozpacz, paniczny strach, by nie stała się małym krzywda... A dla wielu ludzi na tym smutnym świecie to przecież nadal rzeczywistość...

Inny sen: Spotkałam gdzieś Eddiego Veddera. Eddie - jak się można było spodziewać - okazał się bardzo miłym facetem. Szliśmy w jednym kierunku i już po minucie żałowałam, że go spotkałam, bo nie miałam pojęcia o czym z nim gadać. Przecież, kurna, nie jestem na bieżąco z muzycznymi dokonaniami jego wspaniałej kapeli. Small talk o pogodzie i życiu jakoś się nie kleił. Byłam zła na siebie, że właśnie marnuję niepowtarzalną szansę, by jakoś sensownie wykorzystać taką okazję do zawarcia znajomości z gwiazdą światowego formatu.
Mimo drętwoty naszej rozmowy Eddie nadal uśmiechał się miło, jak typowy Amerykanin. Na szczęście po pewnym czasie z pomocą przyszedł mi Kapitan, który jakoś się napatoczył. Przywitał się grzecznie z Eddiem. Eddie trochę się ożywił i znienacka zaczął opowiadać o swoich kłopotach budowlano-remontowych z jakimś tam oknem w jego nowym domu. Kapitan, jako człowiek, który przed budową naszego domu przeczytał cały internet i trochę się zna na tych sprawach, zaczął udzielać Eddiemu jakichś porad. Po kilku minutach już żywo dyskutowali, jaki silikon będzie najlepszy. Spoko. Mogłam nadal cieszyć się towarzystwem pięknego i sympatycznego Eddiego i słuchać jego kojącego głosu, ale nie musiałam wkładać w to żadnego wysiłku. Mimo wszystko odczułam pewien rodzaj ulgi, gdy w końcu się obudziłam.

Poza snami szkoda gadać.

by jaskrawa
08.01.2017; 12:40
komentuj(3)

I can't wait all night for you to tell me...


Rok się zaczął, nie ma co. Niby żadna tragedia nas nie dosięgła, ale trudno ostatnie dni uważać za szczególnie udane.
I wiecie co? Przerasta mnie już to wszystko.
Młoda kaszle jak astmatyk. Do lekarza umówienim, ale trzeba czekać. Inhalacje, nocne pobudki, nocne syropki na ataki kaszlu i lepszy sen. Dziecko marudne, maaamoooo, ucho mnie znowu swędzi. Maaamoooo, zaniesiesz mnie na górę?
Do ucha neomycyna. Źle, ale cokolwiek. Już tak robiliśmy, awaryjnie. Działa, jak cośboli.
Noc, wcale nie wyjątkowa - poszłam spać późno, bo roboty od cholery, a te małe kładą się coraz bardziej w nocy, a coraz mniej wieczorem. Zaraz pobudka, wyjść spod ciepłej kołdry do zimnego powietrza, bo powietrze musi być zimne przy dziecku kaszlącym astmatycznie. Prawie z płaczem lezę do Jaśka, bo spałam w ciuchach, z laptopem w sypialni. Jasiek płacze, bo brzuszek czy coś. Najpierw twierdził, że ząb. Nie wiemy. Noszę, łażę w samym tiszercie po zimnym domu. Młody wtula się i śpi, ale zaraz znowu pobudka. Cośboli. Jakby sikanie. Pakuję w niego furagin i nurofen, śpimy w końcu.
Za jakiś czas budzi mnie pokasływanie młodej. Wychodzę w ziąb, syropek na posterunku.
Za jakiś czas budzi mnie rzyganie kota. Kot rzyga głośno, a potem zagrzebuje łapką rzygi, drapiąc po panelach. Potem próbuje wejść do pudeł w garderobie. Myślę o wielu setkach sposobów na zamordowanie kota.
Za jakiś czas budzi mnie obudzenie się młodej. Zaraz zasypia, a ja sobie pozostaję w swojej bezsilnej złości. Niewyspana tak bardzo, że wiedząc, że została mi jeno godzina do planowanej pobudki, jestem zbyt załamana, by zasnąć.
Mama przyjechała, bo młody musiał zostać w domu (w przedszkolu bryndza z jednym babsztylem i póki nie wyjaśnię, postanowiłam Jasiola nie zaprowadzać). Spoko w oko. Nomen omen, bo młody w drugiej części dnia wpakował mamie palec w oko. Powieka spuchła.
Jutro więc - być może - w planach: latanie z matką po pogotowiach, gdy bezwzględnie powinnam być w pracy.
Rano rozstanie z młodym - jednak - i zostawienie go w przedszkolu - niewyspanego i nieszczęśliwego. Chyba że babcine oko w nocy uzna, że nie będzie robiło nam dodatkowych trudności i się cudem zagoi. Żałuję, że na modlitwie o cud zawiodłam się już dawno temu.
Zatem jutro kolejny cudowny dzień, a wszystko po nocy, którą oczywiście, jak zwykle ostatnio, prześpię w wielu ratach. Potem robota i tradycyjny czwartkowo-piątkowy kołowrotek chomiczy. Tyle że to doprawdy relaks w porównaniu z marudzeniem dzieciorów, ubieraniem ich w sto warstw i słuchaniem, co mówią - jak zwykle oboje na raz.
Na życie w ogóle nie ma czasu.
Wracam do pracy, już prawie jutro.


by jaskrawa
11.01.2017; 23:16
komentuj(2)

tell me where did you sleep last night


A ja nie spałam, tylko przegadałam całą noc z ludźmi z roboty. Na zakładzie, normalnie, po fajrancie postawiliśmy na stole rozmaite alkohole wyskokowe, chipsy i paluszki, a potem spożyliśmy.
Wyznam Wam, że jestem zakochana w mojej szefowej. Jak mogłabym nie kochać mojej szefowej, która, mimo że mogłaby być moją matką, lubi grunge (sic!), ma takie samo zdanie na temat Davida Bowie'go (niech mu ziemia lekką będzie) jak ja, klnie jak szewc, ciągle gubi okulary, papierosy zostawia na moim biurku, potem ich szuka przez dziesięć minut...?

A dziś niewielki dół. Dół, do jakiego wzajemnie wciągają się ludzie, którzy wesoło się bawią, a potem wracają do domu i łykają antydepresanty.
Wzajemne przyciąganie neurotyków.
W gruncie rzeczy nadal jestem samotną, siedemnastoletnią, zagubioną istotą.
by jaskrawa
04.02.2017; 13:59
komentuj(2)

out of time


Dawno żem nie pisała.
A jest o czym.
Raz - bylim w Szkocji! A raczej - w jej stolicy.
Edynburg klimatyczny. W środku szaro-bura kamienna starówka, wspinająca się po wulkanicznym wzgórzu, zwieńczonym skałą i zajebistym zamkiem. Kolor budynków idealnie współgra z ciężkimi chmurami, wiszącymi nad miastem w każde popołudnie, które tam spędziliśmy.
Gdzieś pomiędzy budynkami - uliczki, zaułki, schodki. Tysiące knajp. Nawet ulice położone niekoniecznie w centrum, żyją po zmroku - co numer to knajpa lub restauracja. Legendy o szkockim skąpstwie to chyba jednak legendy. W krainie skąpców nawet połowa tych lokali nie utrzymałaby się przy życiu.
Przedmieścia równie ciekawe - z jednej strony wzgórza (Arthur's Seat) - namiastka szkockich highlands - świetny punkt widokowy, idealne małe góry na spacer z maluchami. Z drugiej - dzielnica wiktoriańskich domostw, łącząca miasto z lotniskiem. Niestety, nie było okazji przyjrzeć się bliżej, niż tylko z okien autobusu na lotnisko...
Dzieciaki przeczołgane po mieście, całkiem żwawo zasuwały po stromych uliczkach. W samolocie - zadowolone i spokojne, poza małym incydentem podczas przeprawy przez Te Wszystkie Cholerne Bramki, kiedy Jasiol nie chciał oddać plecaczka ani zdjąć kurteczki. Histeria, ryk, nerwy. Bleh. Ale potem szybko się ogarnął i jakoś wsiedliśmy. Bałam się, że taką histerię rozpęta podczas wsiadania do samolotu. Nie rozpętał i chwała mu za to. Dzielny chłopczyk.
W ogóle byli dzielni, że jednak przeleźli z nami kawał miasta, w zamian za niewielki haracz w postaci słodyczy i frytek z maka codziennie.
Szkoci bardzo mili i sympatyczni. Tylko ten ich język... Wiem jedno - to nie jest już angielski. Jakoś daliśmy radę.

Z rzeczy wkurwiających:
Jakieś chujowe oznaczenia autobusów. Nie ogarnęłam tego na tyle, byśmy raz nie wsiedli w zły autobus. Wsiedliśmy w 22, które wcale nie jechało do nas, mimo że miało. Dziwacznie.
Dwa - światła na przejściach. Na czerwonym trzymają pieszych przez eon. Może dla niespieszącego się turysty nie ma to znaczenia, ale dla biednych ludzi ze zniecierpliwionymi, choć zmęczonymi dzieciakami, MA. Normą jest tam więc przechodzenie na czerwonym. Tylko weź to wytłumacz trzylatkowi, że tu można, a u nas to nie.

Z rzeczy wartych zobaczenia (odwiedzonych przez nas lub nie - z braku czasu):
- zamek, bomba! w dodatku w środku można zobaczyć koronę królów Szkocji i berło, i miecz, co zrobiło na mnie - nie wiem doprawdy czemu - piorunujące wrażenie, widoki z zamku, fortyfikacje, armaty, lochy, więzienia i zabawny koleś, co opowiada ludzkim angielskim, jaki w dawnej Szkocji obowiązywał system kar;
- Camera Obscura - szał, z dzieciakami koniecznie, a nawet i bez dzieciarni też;
- Arthur's Seat - jak wyżej - ładne widoki i coś dla tych, którzy nawet w porządnym europejskim mieście tęsknią za górami;
- Holyrood Palace - na pewno warto zobaczyć, ale nie widzielim, bo gdy pojechalim, to już zamknięte było, a potem znowu nie było jak; z zewnątrz jednak prezentował się obiecująco;
- Writers' Museum - podobno niezłe, blisko zamku - położone w klimatycznej bramie muzeum dla moli książkowych, czyli niby dla mnie, ale czasu brakło;
- Dynamic Earth - widzielim! dla małych dzieci może być nudne - dość długie projekcje; młoda się już ledwo załapała ze swoimi prawie-sześcioma latami; generalnie fajne, bo trójwymiarowo lata się nad światem, a potem w kosmos, zatem dobra opcja dla młodych naukowców albo niedojrzałych umysłowo dorosłych (czyli jak ja);
- Museum of Childhood - obowiązkowo!
- Scott Monument - wieża w środku miasta, która wygląda jak spalona wieża gotyckiego kościoła, odcięta od kościoła. Polecam zwłaszcza ludziom z lękiem wysokości i klaustrofobią, hyhyhy, enjoy!

Polecam też lokal gastronomiczny "LetMeEat", prowadzony przez dwójkę Polaków, tuż przy Grassmarket, przy uliczce Cowgate. Coś dla fanów rozmaitych wrapów i pierogów, również w opcji wege, ale niekoniecznie. Milusie miejsce, w którym oczywiście można spotkać Polaków, ale takich fajnych, nie cebulaków i Januszy.
Zresztą, Edynburg nie jest szczególnie Januszowym miastem. Za to nadaje się świetnie do zwiedzania z dziećmi.

Dwa - w ogóle nie mam czasu. Robota, dzieci, kierat.

Trzy - Jasiol robi przedszkolny bunt i w związku z tym, że napatoczyła nam się pewna fajna niania, na razie korzystamy z jej usług. Cholera wie, co dalej.

I tak o. Napiszę więcej, gdy numer dwa ulegnie poprawie.


by jaskrawa
27.02.2017; 21:05
komentuj(1)

letters I've written, never meaning to send


Codziennie (no, prawie) w mojej głowie rozgrywa się wojna.
Jedna strona chciałaby w cholerę wszystko wysłać, rzucić, przerwać, skończyć, zacząć od nowa, zmyć jak fala zamek z piasku.
Druga strona mówi "weee no wyluzuj". Nakazuje spokój, zen, afirmację. Uśmiecha się do przedwiosennego słońca i ma wszystko w dupie.
Kocham i nienawidzę.
Podejmuję decyzję, biorę rozpęd, a potem nie ruszam nawet o krok.

I tak ciągle i ciągle, do szału już sama siebie doprowadzam.
Wniosek z tego jest jeden - trzeba ruszyć dupę, zacząć znowu biegać alboco, chociaż jakąś Chodakowską może potrenować, choćby ze trzy razy na tydzień.
Wielkie plany, mało energii.
Zaczęłam od tego, że do redaktorni (ósme piętro) wchodzę piechotą. Zawsze coś.
Mam też plan, żeby z pociągu chodzić piechotą, a nie tramwajem. Dwadzieścia pięć minut marszu w jedną stronę to już prawie jak jogging.
No i muszę przestać żreć śmieci.
I będzie dobrze.

by jaskrawa
15.03.2017; 22:14
komentuj(3)

z rejestru strasznych snów


Taka sytuacja:
Pojechaliśmy z Kapitanem do Izraela na wakacje. Zamiast zamieszkać jednak w miłym hotelu, wynajęliśmy jakieś mieszkanie na blokowisku. Mieszkanie było urządzone po polsku - w stylu późny Gierek. Zawalone książkami, co więcej - polskimi.
Blokowisko okropne - jakiś plac budowy, śmieci dookoła, porzucone budynki, wypatroszone puste biurowce z lat 70-tych - wszystko najgorsze, co znamy z własnego podwórka.
Wstałam rano i poszłam zwiedzać okolicę. Ładny kawał za obrzydliwym blokowiskiem zaczynał się Piękny Nadmorski Kurort. Z błękitnymi basenami. Pomiędzy nimi brodziki - płytkie na jakieś 30 cm, ciągnęły się kilometrami. Biegłam boso, przeskakując z jednego do następnego, planując, że później wrócę tu z Kapitanem i pójdziemy nad morze. Rzeczywiście wróciliśmy, maszerując chyba z pół godziny do nadmorskiego raju, przez raj basenowy. Przypomniałam sobie jednak, że nie wzięłam kostiumu i cała ta wyprawa nie ma żadnego sensu. I byłam taka wkurzona, że znowu muszę wracać na odległe blokowisko... Ostatecznie - jak zwykle - obudziłam się, zanim ostatecznie dotarliśmy nad morze, czy nawet zanim zdążyliśmy się wykąpać w którymś z tych cudownych, ciepłych, błękitnych basenów.
Męka gorsza niż sen o piekle? Sen o przedsionku nieba, do którego nie udało się dotrzeć przez własne roztrzepanie.
by jaskrawa
18.03.2017; 12:39
komentuj(1)

piłem w Spale, spałem w Pile


I to jak na razie tyle - też adekwatne.
Wyjazdy służbowe, ech, wyjazdy służbowe.

Tak czy owak fajnie jest wyrwać się i jechać sobie, jechać, przez piękne kujawskie lasy, przypominając sobie, że gdzieś jest świat, las, jakieś pagórki, że warto żyć, aby się do tego lasu przytulić, wytarzać w trawie, wybiegać na łące.

Wiosna się zaczęła i ja - która w poprzednim życiu była chyba niedźwiedziem - budzę się z zimowego snu i mam potrzebę wybiegu. Dzisiaj rano zapodałam se Chodakowską. Tak, wiem, ona taka nieprofesjonalna, samo zło. Chrzanię to! Nic na mnie nie działa tak motywująco jak ta jej gadka na końcu "Skalpela", gdzie mówi "Już po krzyku". Niam niam.
Biegać też mi się chce, tylko muszę w końcu naprawić ten żałosny telefon, bo ma słabsze baterie niż ja. Ja mogę przebiec nawet i z dychę, a telefon się wyładuje po pięciu, a bez muzyki to nie ma żadnego sensu.

Apropos poprzedniego życia, to zaczęłam wierzyć w reinkarnację po obejrzeniu paru dokumentów na jutjubie, gdzie dzieciaki przypominają sobie poprzednie wcielenia. Nieźle, co?

To wszystko, co powyżej, to już wystarczający powód by starać się przeżyć kolejne lato. Przynajmniej na razie...

by jaskrawa
28.03.2017; 19:54
komentuj(3)

And I'd like to be there on the same train that you are on


Śniło mi się, że rozstałam się z Kapitanem. Jakby moje życie nie mogło się doczekać, kiedy naprawdę się to stanie - więc sobie to wyświetla w nocy, gdy nic ode mnie nie zależy, gdy śpię całkowicie bezwolna, musząc się poddać każdej nadchodzącej pseudorzeczywistości.
We śnie powiedziałam Kapitanowi, że mam dość, jak miałam już kilka miesięcy temu. Tyle że wtedy jeszcze wierzyłam, ostatni kawałek mózgu wierzył, że coś się ponaprawia, poukłada, że jeszcze "nadejdą lepsze czasy".
Tylko że doskonale wiemy, że takie czasy nigdy nie nadchodzą. Jutro to iluzja, prawdziwe życie toczy się tu i teraz. Teraz nie zdaje egzaminu. Teraz rozczarowuje mnie, jak każde kolejne wakacje na zimnym i mokrym polskim wybrzeżu.
No i to się stało, tak testowo, we śnie, jakby życie chciało mi pokazać, jak się będę czuła, gdy. Bo to, jak czułabym się naprawdę, jest ukryte, jak za cholernym horyzontem zdarzeń. A ja nie mam odwagi wlecieć do czarnej dziury.
Więc ten sen... Mimo ulgi, której doznałam (że to w końcu już), było mi bezgranicznie smutno.
Nie jestem w ogóle na to gotowa.
Dziwne, bo wydawało mi się, że po latach życia z depresją, przywykłam. Z drugiej strony - może mam tak bardzo tak dość, że każdy kolejny ból jest nie do wytrzymania?
Desperacko dążę więc do przyjemności. Ucieczki. S-f. Kosmos, książki, filmy.
Praca jeszcze mnie trzyma w pionie. Za bardzo ją kocham, żeby pozwolić sobie na stratę, więc zagryzam zęby i brnę, choć często nie jestem w stanie skupić się na podstawowych czynnościach.
Niedawno bliska mi osoba, również chora na depresję, powiedziała, że zanim zaczęła brać leki, bolało ją całe ciało.
Nieleczona depresja zabija z każdej strony, dając objawy somatyczne.
Mnie kiedyś bolały plecy. Teraz głowa. Średnio pięć razy dziennie - napierdala tak, że odechciewa się wszystkiego.

Moja matka czyta właśnie książkę o Beksińskich. Dziś w nocy śnili jej się więc Beksińscy - że prócz Tomka mieli jeszcze jedno dziecko - córeczkę Halinkę. Fikcyjna Halinka lubiła sypiać na szerokich gałęziach wielkiego dębu, rosnącego w pobliżu domu Beksińskich w Sanoku (nic mi o tym nie wiadomo, by był tam jakiś dąb, ale może był...). Niestety, dziecko przeziębiło się którejś zimnej nocy - dostało zapalenia płuc i wkrótce zmarło.
Mimo tragedii, Beksińscy pozwalali nadal również Tomkowi spać na dębie, jednak od śmierci jego małej siostry, zawsze nakazywali mu zabierać ciepły koc.
W końcu jednak zdecydowali, że wytną drzewo i zlecą wykonanie z niego nowej podłogi.
Tak się stało, nowe dębowe klepki ozdobiły stary dom Beksińskich. Niestety, od tamtego czasu Tomek zaczął bardzo chorować. Coś więc ich tknęło - zerwali podłogi i wywalili wszystko w cholerę. Tomek ozdrowiał. Koniec.

Cóż, już wiem, po kim mam skłonność do cholernie realistycznych, długich i rozbudowanych snów.

by jaskrawa
14.04.2017; 16:04
komentuj(8)

I focus on the pain, the only thing that's real


Kapitan mówi, że to piosenka o mojej diecie.
No, kurwa, coś jakby tak!
9. dzień diety Dąbrowskiej.
Nie wierzę za bardzo w żadne oczyszczenia i inne bajery z blogów dla sekciarzy, ale niektórzy ludzie mówią, że zjadło im różne guzy i wyleczyło z różnych dolegliwości, itd. No może coś w tym jest. Mi na razie zjadło cały tłuszcz z brzucha, przyrośnięty w ostatnim sezonie siedzenia na kanapie i grzanego piwka. Jednak liczę głównie na wyleczenie paru dupereli, które normalnie wymagałyby łażenia po lekarzach przez oo najmniej wieczność, a może i dłużej.
Niektórzy ludzie mówią, że na diecie doświadczyli rozmaitych fajnych stanów psychicznych - jakieś gadki z Bogiem, jasność umysłu, tralalala. Ja jakoś nie, ale muszę przyznać, że włącza się pewien szczególny rodzaj uważności, taka szczególna obserwacja działania naszej psychiki, która wiele może, by przetrwać.
Na początku cierpisz na rozdwojenie jaźni. Część umysłu broni się przed głodem, rozpaczliwie walczy o pajdę chleba czy kawałek sera. Robi mu się niedobrze na widok warzyw, które są twoim jedynym pożywieniem przez cały dzień. Marzy o smaku masła. Na widok placuszków z jabłkami ma ochotę się rozpłakać. Nienawidzisz ludzi dookoła, zwłaszcza gdy jedzą. Jednak silna wola wygrywa, więc walcząca o powrót do strefy komfortu część ciebie postanawia użyć innych środków - soma. Boli cię głowa, masz dreszcze, czasem nawet gorączkę, świat wiruje itd. Mija kilka dni i zbuntowana część załogi zdycha. Godzisz się więc z losem i przyzwyczajasz do nowych warunków. W moim przypadku na to wszystko potrzebny był tydzień.

Myślę, że dzięki diecie poznaję ten mechanizm w miniaturce - jak sobie radzą ludzie, którzy ze względu na nagłe zdrowotne problemy muszą do końca życia być na rozmaitych dietach eliminacyjnych. Bezglutenowcy, beznabiałowcy i inni. To samo jest z wegetarianizmem czy weganizmem. Mimo że większość ludzkości - jak mawia - nie wyobraża sobie życia bez mięsa - łatwo się przekonać, że to kompletny bullshit. Wystarczy tylko przestawić sobie pewne klapki w głowie, dzięki czemu pewne rzeczy z czasem przestajesz traktować jako normę, jako coś, co występuje w twojej rzeczywistości. Człowiek jest w stanie przywyknąć niemal do wszystkiego. Nie żebym kogoś próbowała zindoktrynować, po prostu piszę o tym, co oczywiste.

A tak z innej beczki - ostatnio u mnie bardziej mania niż depresja, bo za miesiąc znowu jedziemy na wakacje! Oł je!
by jaskrawa
13.05.2017; 10:24
komentuj(4)

No one sings like you anymore


Dla tych, którzy wychowali się na grunge'u to jest strata, z którą pogodzić się nie można.

Myślałam, że Chris Cornell ma już za sobą najburzliwsze lata, że oswoił demony, albo te opuściły go wraz z młodością.
Gówno tam. Z tego nie można się wyleczyć tak zupełnie. Z tej pierdolonej choroby nie da się wyjść bez szwanku. Jeśli znał ten rodzaj bólu, który i ja znam, gdy się wyje z bólu, i nie można tego wyłączyć i masz ochotę skończyć to wszystko... Wcale nie jestem zaskoczona, że oni to robią. Bo pewnie wszystko się nagle uspokaja i nic już nie czujesz.
Cholerny żal, słowa mi przepadły gdzieś.




by jaskrawa
21.05.2017; 16:10
komentuj(1)

spring is here again


Raport (pelikana) z frontu naszych zmagań z przyrodą (nie musicie czytać):

Po tym jak rok temu zdechła nam ogromna większość jałowców, wsadzonych dla ochrony przed uliczką i chodnikiem, odechciało mi się ogrodniczych wysiłków. Ponieważ raziła nas goła siatka, od niechcenia wrzuciliśmy w grunt przy niej trochę witek wydartych z winobluszczu, który żwawo oplata ogrodzenie od strony starszej pani sąsiadki. Większość winobluszczy nie przyjęła się jednak, poschły i tak dalej. Chyba trawa i perze je zeżarły. Parę przetrwało, ale mało.
Na jesieni ub. roku, będąc jeszcze w żałobie po jałowcach, postanowiłam, że zrobię przynajmniej tyle, że zagęszczę liściasty żywopłot Padre Mareckiego, który mamy od kuchennej, północnej strony domu. Żywopłotowa progenitura wyrosła z przyciętych witek, puszczonych przez stare krzewinki, które, cholery, rozrosły się jak zło na przedsionku piekła właśnie przy granicy z sąsiadką - jak na złość trochę, bo tam akurat zupełnie niepotrzebne są, gdyż konkurują z mega gęstym i wielkim winobluszczem - o którym już wspomniałam na wstępie.
Tam jakaś dobra ziemia najwyraźniej. Może kogoś tam sąsiad nieboszczyk zakopał i to całe zielone tałatajstwo nadal tego kogoś zżera?
Tak czy owak - The Next Generation żywopłotu Padre Mareckiego zagęściło stary szpaler, od strony kuchni. Też bez większych nadziei się tym zajęłam. I zero profesjonalnego przygotowania do tematu - odcięte witki puściły korzenie wsadzone do wody, a potem wsadziłam je wprost do gruntu, nie dbając nawet o to, by sprawdzić, kiedy to zrobić - i czy w ogóle tak.

W tym roku Kapitan przesadził ocalałe jałowce poza naszą siatkę, robiąc zgrabny, luźny, nieregularny rządek. Obawiałam się, że te też szlag trafi po posadzeniu. Bez większych nadziei powtykałam też w ziemię przy siatce kupę odhodowanych w wodzie kolejnych winobluszczy. Z jeszcze mniejszymi nadziejami przy siatce od strony wejścia do domu, gdzie nawet trawa chujowo rośnie, bo tam sosny mamy i pełno sosnowych igieł, wsadziłam paręnaście nasionek dziwaczka peruwiańskiego, otrzymanego od koleżanki z roboty.

Któregoś razu na spacerze wydarłam z lasu dwie malutkie krzewinki bluszczu (tego pasożyta, który oplata czasem drzewa w lesie) i posadziłam przy najdalszej od domu siatce, oddzielającej naszą posesję od małego, mieszanego lasku.

I co?

I tak: Winobluszcz na siatce od uliczki, przyjął się niemal w stu procentach. Puścił liście i szaleje. Hurra! już widzę oczami wyobraźni, jak oplata całą naszą siatkę.
Maleńki leśny bluszczyk przy siatce od lasku nadal żyje (listeczki ma zielone i niezwiędłe, mimo że to już ze dwa tygodnie minęły od przesadzenia z lasu) więc może też ruszy.
Dwa pokolenia żywopłotu Padre Mareckiego, od strony kuchni, rosną jak pączki na zmutowanych genetycznie drożdżach. Robi się tam zielone szaleństwo i niezłe chaszcze, miejscami mają z pół metra wysokości. Przyjęły się niemal wszystkie witki, wsadzone z głupia frant. Trzeba będzie całe lato pilnować, przycinać regularnie, zagęszczać, wnuczki i prawnuczki dosadzać obok dziadków. Rozważam zrobienie nowego rzędu, właśnie od strony lasku, gdzie posadziłam mały bluszczyk z lasu. Kiedyś urośnie i ładnie nas zasłoni z tamtej strony. Tylko kupa z tym roboty, bo toto bez przycinania stanie się krzaczorami. Sekator więc w ruch co parę tygodni. W tamtym roku nie doceniłam potencjału rośliny (nawet nie wiem, co to za gatunek! Padre Mareckiego tez nie wie) i za bardzo się wszystko pokrzaczyło bez ładu i składu.
Jałowce, co myślałam, że zdechną, przyjęły się. Puszczają już nowe świeże igły. Brawo jałowce! A jednak. Aż żal, bo tamte też mogły żyć, gdyby ich ten człowiek ze szkółki nie zamordował, zbyt mocno przycinając im korzenie przed zapakowaniem w jutę. Kapitan przesadził je po miszczowsku - żaden nie zdechł. Zostawił im duże bryły korzeniowe, ot co. Cała filozofia.
Dziwaczek peruwiański trochę popuszczał. Co prawda tylko kilka maleństw wyrosło (czyli jakieś 25%), ale jednak. Ciekawe, co to będzie. Jak będzie, to fajnie, będzie ładna krzewinka przy siatce, a to ładnie kwitnie kolorowo i podobno jest szansa, że się samo rozsieje na przyszły rok.
A, i bukszpany też ruszyły! Tylko muszę je porozsadzać. Za dużo krzewinek wsadziłam do jednego dołka, zupełnie niepotrzebnie. Niech no tylko dokupię ziemi, zajmę się nimi. Mają potencjał!

Gdy się tak człowiek wokół tego pokręci, popatrzy, to jest sama radość. Dociera do mnie, że wcale nie trzeba kupy roboty, żeby jakoś to ogarnąć.
Obserwowanie, jak to wszystko sobie radzi, to wspaniały lek na ból istnienia.
Poza tym podoba mi się, że przypadkowo tworzy się jakiś rodzaj spontanicznej kompozycji roślin. Bukszpany rozsadzę, aby rosło ich więcej przy wejściu. Słoneczna siatka przy ulicy obrośnie winobluszczem, dając dobre tło jałowcom przy chodniku poza działką. Od północy domu będzie liściasty żywopłot - myślę, że trzeba mu z pięć lat, by dobił do wysokości siatki. Na pewno z czasem dosadzimy jeszcze trochę młodych sosen.
Jeszcze mamy kilka innych planów - pergola na taras - i znowu winobluszcz, a może coś innego?
Fajnie się robi dookoła nas.

A jeszcze ku pamięci - dieta zakończona, 21 dni, jestem chuda, lekka i szczęśliwa jak młody szczeniaczek, który dostał ciasteczko. Teraz - wychodzenie z diety przez 2 tygodnie, czyli nadal dieta, ale już mniej głodowa. Warto było. Przestała mnie boleć głowa, mam mnóstwo energii i wracam do katowania Chodakowskiej, w celu zachowania chudości brzucha.
Niedługo stanę się próżna jak te głupie cipy z Insta, które fotografują swój brzuch na milion sposobów i kolekcjonują lajki. Brońże mnie Panie od takiego rozpasania! Jeśli zacznę to robić, proszę mnie jebnąć w łeb.

by jaskrawa
27.05.2017; 16:14
komentuj(0)

...and the road becomes my bride!


Jeszcze dziesięć dni.
A potem seria orgazmów.
Lot i start. Sycylia. Ciepło. Słońce. Piasek. Morze. Plaża. Miasteczka. Góry. Wulkan. Mafia?
Nie, już nie ma podobno.
Lody. Pizza. Spaghetti!
- Wiesz mamo, że spaghetti wynaleźli Chińczycy?
- Eee, chyba Włosi. Chińczycy?
Klik klik i czytam, że faktycznie Chińczycy. Ktoś młodej musiał powiedzieć.
Pomidorki. Winko. Niam niam.
Skały i woda błękitna. Podróż, samochód, szwendanie się, piach, kurz, widoki na morze. Ludzie.

I my nawet jeszcze tego nie widzieliśmy, nawet jeszcze nie spakowani, nawet jeszcze samochodu sobie nie zarezerwowaliśmy, a ja co robiłam przedwczoraj bezsenną nocą? Sprawdzałam ceny biletów do Irlandii.
To nieuleczalne!

by jaskrawa
02.06.2017; 01:08
komentuj(4)

nie mieli pieniędzy, ale mieli czas


Ja też wczoraj miałam czas, gdy na skutek awarii tramwajów zwiał mi pociąg.
Postanowiłam więc po drodze na stację odwiedzić lumpeks.
Rzadko kupuję coś w lumpeksach. Z reguły nie mam szczęścia i nie trafiam na niemal nowe ciuchy od Armaniego za 2 złote. Jest jednak w mojej szafie co najmniej kilka rzeczy, które kupiłam w lumpie i które pokochałam.
A wczoraj kupiłam trzy letnie sukienki za 11,98.
W sumie tyle, nie za sztukę. Czad! Po tym jednorazowym zaciągnięciu się dużą dawką jestem uzależniona!

W życiu już nie pójdę do centrum handlowego, chyba że po bieliznę lub buty - albo rzeczy dla dzieci.

Z innej beczki - po wielu tygodniach trzaskania Chodakoskiej, znów poszłam na bieżnię. Ach, cudnie było!
Burzowo i chłodno, wiatr zawiewał, niebo się gniewało srodze, a ja sobie frunęłam. Mimo miesięcy przerwy, forma się trzyma (zapewne dzięki Chodakoskiej) i lecę nad bieżnią, nie dotykając stopami ziemi. Alleluja!
by jaskrawa
07.06.2017; 07:36
komentuj(2)

if heaven is on the way, we'll wrap the world around it


Jakoś, jakoś. A może nie.

Silence is not the way.

Tak czy siak jutro lecimy na wakacje.
Mądry kolega z pracy mi powiedział: "Nie odpoczywaj. Odpocznij".

A ja wiem, że mimo wszystko będę tęsknić za moją kochaną robotą.
Gdybym zginęła jutro w katastrofie lotniczej, nie płaczcie za bardzo, bom jest jakoś w miarę szczęśliwa ostatnio, więc spoko.
Baj baj, miłego czerwca!



by jaskrawa
10.06.2017; 08:54
komentuj(2)

Com´è che non passa con gli anni miei la voglia infinita di te


Cholera, cytatu z piosenki musiałam poszukać na tekstowo, bo nie znam, kurwa, żadnych włoskich piosenek poza Erosem Spaghetti. Yyyy, Ramazzotti.
A ten cytat pasuje, se przetłumaczta, hyhy!

Nie pamiętam już, kiedy urlop mijał aż tak szybko i przyjemnie.
Sycylia jest boska, ale o tym później, gdy wrócimy, bo nie mogę stracić zbyt wielu minut na internet, gdy czeka balkonik i flaszka doskonałego wina za jakieś dwa euro.

Do ad remu: Dziś na plaży se siedzę, suszę się na słońcu, a nagle jakiś koleś pyta mnie perfekcyjnym angielskim: "Do you speak English?".
Szczęka mi opadła i oniemiałam, zupełnie zapominając języka w gębie i nie wiedząc, czy odpowiedzieć sono polacco, czy non capisco, a może raczej buona sera :D.
To, że ktoś tu zna angielski, było zbyt szokujące. Po kilku sekundach wyrzuciłam z siebie tylko niemrawe "yeah". A pan zagadnął, bo już odlatywali do domu i szukali kogoś, komu mogą zostawić parasol plażowy (a my nie kupilim se, bo mamy nasz nieśmiertelny namiocik).
Tak czy owak gadanie na migi, albo translatorem w smartfonie ma swój urok.
To by było na tyle.
Idę na balkon, korzystać z życia.
by jaskrawa
17.06.2017; 23:11
komentuj(4)

uczymy się żyć, bez końca, bez początku


Lato, lato i już prawie koniec.
Sporo było u nas wakacji, bo i Sycylia, i potem Bieszczady, i jeszcze Kapitan z dzieciakami na parę dni nad morze pojechał, gdy ja już musiałam wrócić do roboty.
Jeszcze mam pod powiekami błękit wody Morza Tyrreńskiego, przezroczystej jak jasna cholera, żółte zaułki odrapanych miasteczek, cudownych, leniwych zadupi. I zalane słońcem, wysuszone, wypalone na wiór łagodne góry po horyzont. I jeszcze smak wina na języku, soli morskiej, czekoladowych lodów, no i truskawkowych, które Jasiek zawsze chciał i wiedział, że po włosku ten smak nazywa się "fragola"...

Jeszcze mam pod powiekami bajkową Połoninę Wetlińską, łąki pełne polnych kwiatów, ziół, chwastów, rozszalałych tam, jak nigdzie indziej. I szum rzeki w uszach, aż ciepłej od południowego, polskiego upału.

Nic nie ma takiego smaku, jak włóczenie się po świecie, upstrzonym miejscami jak perełki, jak nagrody, małe lokalne realizacje naszych marzeń. I w sumie nieważne, czy to jest bieszczadzka wioska, czy biedne włoskie południe - jednakowo wydaje się, że tam życie toczy się jakby w innym czasie i rzeczywistości.
Czasem czuję, że siedzenie na miejscu zabija mnie jak jakieś przewlekłe choróbsko, które niszczy powoli, boleśnie, ale systematycznie i nieubłaganie. Zwłaszcza teraz, gdy za chwilę się zacznie - wstawanie rano, bo trzeba zdążyć, pośpiech, poganianie dzieciaków, nerwy, stres, sezon grzewczy, choroby, smog, warstwowe ubieranie, legginsy pod spodniami, ciągle ginące dziecięce rękawiczki, usmarkane nosy. Ech...
Winter is coming, kurwa.

by jaskrawa
27.08.2017; 13:24
komentuj(5)

... to all the things I've lost on you


Wszyscy ocipieli na punkcie tej LP. No i słusznie, bo babka jest zajebista.
I nie można od niej wzroku oderwać ani ucha.
Chociaż nie ma cycków.

Właśnie w tym sedno - jesteśmy już tak znudzeni armią ponaciąganych, wyprasowanych i napompowanych gdzie trzeba klonów, wylewającą się z ekranów i okładek, że jeśli gdzieś pokażą nam CZŁOWIEKA z krwi i kości, to jest wielkie łał.

Ale w sumie to ja nie o tym chciałam.
Chciałam o tym, że depresja mode - on. Nie mam na nic sił, motywacji do niczego, już nawet nie chodzi o pogodę.
Kierat, rutyna, nuda. Rano stres przed-przedszkolny, potem pociąg, robota, którą uwielbiam, ale która nie ma przecież i tak żadnego sensu.
Na wszystko można patrzeć z punktu widzenia grobu, jak widać. Wszystko jedno, gdzie jesteśmy, w głowie masz dobrze, albo nie masz i chuj, nic się na to nie poradzi.
Mam poczucie, że zaraz wszystko się znowu zacznie rozpadać, nieuniknione.
A przecież powinno być ok, ok, ok. Dzieciaki w przedszkolu, zadowolone, dom, praca, nie brakuje na chleb. Nie rozgryzłam tego. To fizjologiczne, czy może ja nie dość się staram?
Chcę na wakacje, gdzieś, gdzie jest ciepło, słońce i człowiek nie musi się w ogóle zniżać do powierzchni ziemi.

by jaskrawa
07.09.2017; 11:14
komentuj(9)

I want to run, I want to hide


No teraz to się zawzięłam i cokolwiek, cokolwiek się wydarzy, to się nie poddam.
Niedawno ktoś mi wysłał fajny cytat o byciu wojownikiem. Nigdy nie byłam żadnym cholernym wojownikiem, raczej "piasku ziarenkiem w klepsydrze". W sumie może to właśnie dlatego nic mi się nie chce. Bo nie mam celu, toczę się przez życie i czuję coraz większą pustkę. Ludzie, którzy wierzą, mają swojego Boga, punkt odniesienia. Ateiści jednak muszą sobie wyznaczać cele, szukać jakiegoś sensu. Ja już dawno się pogodziłam z tym, że nic nie ma sensu. I zaczynam rozumieć, dlaczego zarzucają nam nihilizm. Mnie słusznie można zarzucić.
Dobra, koniec rozważań z dupy.

W pracy sezon na gównoburze i coraz bardziej wieje i leje. Opcje dwie - skulić uszy, podwinąć ogon - albo jednak próbować coś ugrać, bo jak nie teraz to nigdy.

Bieganie pomaga. W mięśniach jest schowana jakaś mała moc, zwykle uśpiona. Gdy się ją wyzwoli, to płynie prosto do mózgu i robi tam porządek. A mózg to przecież mieszkanie umysłu, więc i umysł czuje się lepiej. Bezpiecznie.

Depresja trochę puszcza. Wiem już jedno - naukowcy dawno to odkryli - gdy biegam, nie jest w stanie mnie dosięgnąć. Nawet jeśli, szybko przechodzi. To jak hartowanie się w zimnej rzece, boso na śniegu. I tu już żadne biegam, bo lubię. Biegam, bo muszę, choć lubię przy okazji.



by jaskrawa
08.10.2017; 10:32
komentuj(3)

It's like the sound of winter


Chce mi się głównie płakać.
Zima idzie.
W robocie nie dają żyć, gównoburza jedna za drugą.
Bieganie wytwarza taką małą kołderkę, ale ona jest za cienka i za krótka, aby schować się przed całym światem.
Byle przetrwać jakoś. Jakoś... Ciągle jest jakoś, ciągle złudzenie, że kiedyś będzie lepiej. A wiadomo, że nie będzie.







by jaskrawa
27.10.2017; 20:03
komentuj(4)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl