2014


To był trudny rok, choć mocno przełomowy i owocny. Najważniejsza sprawa - urodził się Jasio. Cóż, dwoje dzieci to jednak hardkor, biorąc pod uwagę, że pierwsze jest jeszcze całkiem małe, gdy rodzi się drugie. Po fantastycznym porodzie - godziny zmęczenia, niewyspania, bolących pleców, gdy trzeba było z energiczną trzylatką biegać po placu zabaw, a mały braciszek miał kolki i budził się po dziesięciu minutach spaceru. Gdyby nie chustowanie, byłoby z nami krucho. Tyle, że plecy mam zdruzgotane i już zacieram rączki, czytając newsy o egzoszkieletach. Zwłaszcza. że stary ciągle był na budowie. Tak bardzo chcieliśmy mieć to już z głowy, a tak bardzo nie było czasu na ukończenie domu, że prawie umarłam. Mimo wszystko - jestem z niego cholernie dumna. To znaczy bardziej ze starego, niż z domu, bo dom to nie moje dzieło, ja po prostu akceptowałam (albo nie) pomysły Kapitana. Ale z domu tez jestem dumna, bo całkiem ładna nam stodoła wyszła. Tym bardziej jestem dumna ze starego, bo jest naprawdę dzielnym, mądrym i twardym facetem, który potrafił połączyć pracę, kręcenie się po budowie i jeszcze stanowił realne wsparcie w domowym sajgonie. Taki chłop to skarb i jeśli kiedyś dojdę do wniosku, że jest inaczej, możecie mi nakopać. Mimo że czasem ja mam ochotę nakopać jemu (zapewne nie mniej niż on mi). Mimo wszystko - przetrwaliśmy to JAKOŚ i to jest wyczyn. No, ale nie chwalę dnia przed zachodem słońca, wczesne dzieciństwo naszych pociech nadal trwa i wyrwiemy jeszcze wiele włosów z głowy. To znaczy ja wyrwę z głowy, bo Kapitan to już tylko z brody może rwać.
Latem trochę oddechu, jak to zwykle latem. Przynajmniej nad morze pojechaliśmy, gdzie dwie kule u nogi ciągnęliśmy po równo we dwoje, dzięki czemu miałam jakąś namiastkę odpoczynku.
A jesienią przeprowadzka. Trochę spontanicznie wyszło, choć może się wydawać, że ostatnie, co można powiedzieć o długo wyczekiwanej przeprowadzce do domu budowanego przez półtora roku, to to, że była spontaniczna. A jednak.
No i nowego kompa sobie sprawiłam! Kocham go, jest taki fajny!
Wreszcie finał, jedyne możliwe ukoronowanie roku spod znaku Rodziny - rodzinne święta w nowym domu, gwarne, wypełnione głosami dzieciaków, którym załatwiliśmy nawet prawdziwego św. Mikołaja. Zdradzę, że został nim Sąsiad Disco Polo i naprawdę wspaniale wszedł w rolę. Jak na lewaków, mieliśmy naprawdę święta po bożemu.
by jaskrawa
02.01.2015; 13:56
komentuj(0)

postanowienia noworoczne


A co mi tam, i tak nie dotrzymam, więc można.
W notce podsumowującej, oczywiście, jak ostatnio wszystko, pisanej na szybko, zapomniałam o dwóch istotnych sprawach - sukcesach minionego roku.
Pierwszy - wiosenny - wygrałam z konowałami. Wyszło na moje. Okazało się, że moja intuicja (podparta czytaniem zagramanicznych publikacji medycznych! je je je!) pomaga mi leczyć (się!) lepiej niż lekarz. Sama dobrałam sobie dawkę leku (na podstawie wcześniejszy ch rezultatów leczenia, sprzed roku) i monitorowałam swoje wyniki. Oczywiście nie twierdzę, że pomoc lekarza była zbędna. Nie była. Gdyby nie lekarz, nie miałabym recepty, hy hy hy, poza tym cóż, mój stan był dość poważny i wcale nie miałabym odwagi WCALE nie iść do lekarza. Prawda taka, że prawie wyciągnęłam kopyta z powodu szalejącej tarczycy - i oczywiście to lekarz pomógł mi się wygrzebać z tego stanu. Ale - potem sama zarządziłam swoim leczeniem. Przede wszystkim - zmierzając do sedna - nie dałam sobie wkręcić, że koniecznie jest przerwanie karmienia piersią. Po prostu nie mogłam się pogodzić z faktem, że przez kolejne wiele miesięcy będę musiała kupować jakieś cholerne mleko, podczas gdy sama je mogę wyprodukować. Nie mogłam ogarnąć tego, że parę tygodni leczenia ma całkowicie pozbawić mnie możliwości wykarmienia własnego dziecka. Lekarz zapowiadał, że leczenie potrwa wiele miesięcy, ale w to też nie wierzyłam. I miałam rację. Po trzech miesiącach brania leków (przy dalszym karmieniu piersią), w mniejszej dawce niż powinnam (tak czy owak bezpiecznej dla dziecka), rzuciłam to w cholerę, i mimo że od tego czasu minęły już kolejne trzy miesiące, nic mi na razie nie jest. A nawet jeśli Graves i Basedow wrócą, o wiele łatwiej będzie mi rozegrać sprawę z karmieniem teraz, gdy młody ma już rok. No i hurra, udało mi się postawić na swoim, przeżyć i jeszcze odkarmić małego. Ciekawe co będzie się działo dalej. Owszem, teraz jakiś lekarz mógłby powiedzieć - kobito, mogłaś migotania komór dostać. Tak tak, mogłam, ale postarałam się, aby to ryzyko wykluczyć - przecież leki jednak brałam, co tydzień biegałam się kłuć - i widziałam, że wyniki poprawiają się, a ja czułam się z dnia na dzień lepiej, a w dodatku co tydzień biegałam na wizytę do endo, który widział, że rzeczywiście jakoś się trzymam. I spoko. Słuchajcie lekarzy, ale ufajcie swojej intuicji, gdy lekarze rozmijają się z logiką. Poza tym trzeba samemu grzebać w necie i szukać mądrych publikacji.

Druga sprawa - robota. Udało mi się znaleźć pracę, którą mogę wykonywać w domu, z czego jestem niezmiernie dumna. Wprawdzie byłoby fajniej móc pisać o ludzkich porach, a nie o drugiej w nocy, ale co tam. Jeszcze nie jestem taka stara, by w nocy tylko spać.

Zatem teraz postanowienia noworoczne:
Znaleźć chociaż pół godziny dziennie na bieganie.
Pracować nadal, mimo że jest pod górkę, w związku z chronicznym nieodczasem.
Nie przejmować się pierdołami.

by jaskrawa
04.01.2015; 01:46
komentuj(3)

jeże


Wiem, opisywanie snów to straszna nuda. Ale ten MUSZĘ, bo na samo wspomnienie pękam ze śmiechu.
Śniło mi się, że pojechałam z dziećmi do Warszawy. Jedno dziecko pod pachą, drugie gdzieś w wózku. Łaziłam po ulicach jak taka typowa Matka Polka, obwieszona bagażami, dziećmi i worami pod oczami. Wtem (!) - JEBUT! Dzieci, tak zupełnie niespodziewanie, niezapowiedzianie i bez sensu, zamieniły się w dwa jeże. Dziwi mnie to teraz, że we śnie nie zadziwiło mnie to ani trochę. Przyjęłam ten fakt zupełnie spokojnie. Z jeżami było zupełnie wygodnie iść, to małe zwierzątka, pochowałam do torby... Później uznałam, że należy im się spacer, puściłam gdzieś na trawnik. Niestety dzieci-jeże uciekły mi do jakiejś rury kanalizacyjnej. Spokój znikł, zaczęłam wzywać pomocy. Krzyczałam - Ludzie, ludzie! Uciekły mi dzieci, wpadły do rury, o tu! Przechodnie, przerażeni, zaczęli wzywać straż pożarną i policję, pytają - Jak to się stało, że się dzieciaki tu zmieściły? Ja na to - A bo moje dzieci zmieniły się w dwa jeże. Co na to przechodnie? Cóż, wiadomo. Co byście zrobili, gdyby wam jakaś krzycząca baba na ulicy zaczęła opowiadać takie rzeczy?

by jaskrawa
08.01.2015; 13:37
komentuj(4)

jak co roku...


Początek stycznia. Jak zwykle - tradycja rządzi. Noworoczne postanowienia, życzenia wszystkiego dobrego, serdeczności. Kilka dni później - znów jak zwykle - wylew pomyj. Rzygać się chce. Kopiowanie wyrwanych z kontekstu tabelek, wykresów etc.. Ach, jacy oni dociekliwi i sprytni. Nie szkodzi, że są sprawozdania finansowe. W dupie z nimi. Na pewno są sfałszowane. Zaś NASZE dane nie są na pewno sfałszowane, a moja prawda jest mojsza niż twojsza.
Już najbardziej rozwala mnie porównanie z Caritasem. Bogu ducha winnym! Marnych ma ambasadorów ten poczciwy Caritas. Bo jestem pewna, że część powie teraz "takiego wała, skoro robicie porównania, to ja na Caritas płacić nie będę". Smutne.
Czy to, że jakaś fundacja działa prężnie i skutecznie, oznacza, że inne nie mają prawa nic robić? Czy Caritas ma jakiś monopol na dobro? Nie. Więc w czym problem z tym Caritasem? Dlaczego sobie wycierają nim gębę?
Już kiedyś pisałam - ktoś porównuje koszty "nakładcze" itd.. Ale jak można to w ogóle porównać, skoro Caritas to fundacja działająca na ogólnie pojętym obszarze Kościoła - wspierana przez Kościół, zarówno jeśli chodzi o reklamę jak i "lokale" zbiórek. Więc NIE MA tych kosztów inwestycyjnych. Takie porównania są więc zupełnie bez sensu, bo nie da się tego porównać. Nie będę wypisywać zaś, ile KK dostał od państwa i ile ja, podatnik, ateistka musiałam dołożyć do ich kieszeni. Nie piszę, bo to żałosne. Co do wydatków TVP - cóż, już też o tym pisałam - to tylko telewizja. Mają prawo pokazywać to, co się ogląda, sprzedając czas antenowy reklamodawcom. Gdy pokazywali zakłamanego Pospieszalskiego, to było ok? Gdy pokazują programy katolickie... itd.... to jest ok wobec niewierzących? Ale nie, ja nie jestem hejterem. Telewizji nie oglądam i tak.
Po raz kolejny - WOŚP to jedna z wielu istniejących w Polsce fundacji. Sam Owsiak nie raz mówił - nie podoba wam się, nie wpłacajcie. W czym jest problem?
Smutne.
I po raz kolejny - o tym też już pisałam. Moje dzieci miały przesiewowe badanie słuchu dzięki sprzętowi kupionemu przez WOŚP. Gdyby nie to, badania słuchu nie byłoby. Amen.

by jaskrawa
11.01.2015; 20:21
komentuj(7)

run, Forest...


Biegałam, biegałam, biegałam! Pięć kilometrów, wprawdzie zajęło mi to dwa eony, ale liczy się fakt. Ponieważ więcej dzieci nie zamierzamy, to jest nadzieja, że teraz to już z górki w kwestii regularnego sportu.
by jaskrawa
13.01.2015; 13:28
komentuj(9)

o nowościach


A dziś uszyłam pierwszą w życiu RZECZ. Mama trochę pomogła, ale generalnie ZROBIŁAM TO! Pękam z dumy, mimo że efekt nie jest specjalnie porywający, ale to raczej wina materiału. Bo szyłam torbę z czegoś, co zdecydowanie się na nią nie nadaje, to znaczy ze starych apaszek. Ale chciałam pokazać Marysi zasadę działania maszyny (zastanawiała się wcześniej, do czego służy ta tajemnicza maszyna, którą mamie przyniósł św. Mikołaj), a przy okazji przekonać się, czy dam radę szyć mniej więcej prosto. Mam wprawdzie kilka rzeczy, które nadałyby się lepiej, ale zachowuję je na później, gdy nabędę trochę wprawy. No i źle nie jest, jest nawet lepiej niż myślałam. Myślałam, że będzie tragicznie, dym, jeb, przeszyte wszystkie palce, ogromne dziury w materiale, poplątane nici na głowie duszą mnie, a ręka noga i mózg na ścianie. Jednak nie. Młoda nosi teraz to torbiszcze w stylu "podróba sklepu india" i chowa doń jakieś swoje skarby. Fantastycznie!
Nie zamierzam teraz zakładać firmy "krawiectwo artystyczne", raczej chcę móc tanio naprodukować poduszek dla dzieciorów, może zasłony odważę się podszyć... Kto wie. Wish me luck!
by jaskrawa
21.01.2015; 18:12
komentuj(10)

o lataniu


To se, kurwa, polatałam.
Gardło mnie boli i kaszlę.

Zjebany tydzień tak w ogóle, ale szkoda gadać. Spać trzeba iść, bo mam suche oko i ono źle reaguje na kompa.
Życie jest głupie, bo człowiek nic nie wie na początku, właśnie wtedy, gdy powinien podjąć mnóstwo kluczowych decyzji. Zaczyna cokolwiek kapować, gdy na wiele rzeczy jest już za późno (proszę, nie mówcie, że nigdy nie jest za późno bo to największa ściema jaką słyszałam). I wtedy, nie dość, że jest za późno, to jesteśmy tego doskonale świadomi, jako doświadczeni już zawodnicy. A gdy już zbliżamy się do kresu, dochodzimy do punktu, gdy, nie mogąc już pomóc sobie, staramy się pomóc innym (czytaj żółtodziobom), co jest kompletnie bez sensu, bo żółtodzioby mają w dupie nasze złote rady i tylko zatruwamy im życie (które oni mają całe przed sobą, w odróżnieniu od nas, może właśnie dlatego staramy się je zatruć). Zwłaszcza, że to, co wiemy, już się i tak zdezaktualizowało, gdyż świat zmienia się z prędkością światła. A zmienność owa, żeby jeszcze nam dowalić, tym bardziej podważa sens podjętych przez nas decyzji i - na domiar złego - trwania w nich.
Jeśli cokolwiek z tego bełkotu rozumiecie, to znaczy, że z Wami tak samo źle jak ze mną. Chociaż ze mną w sumie nie jest tak źle. Dobrą stroną upływającego czasu jest fakt, że coraz łatwiej godzę się z rzeczywistością. Innymi słowy - życie to najlepszy nauczyciel zen.

Dobranoc!
by jaskrawa
31.01.2015; 00:39
komentuj(10)

o robocie


Copywriting przypomina mi nieco ten brodaty dowcip, w którym zadają ludziom pytanie, ile potrzebują czasu, by nauczyć się chińskiego. Przedstawiciele kilku zawodów w odpowiedzi podają różne okresy. A student pyta kiedy egzamin.
No to tak mniej więcej.
Wczoraj krótki tekst o największej legendzie rocka, dziś maszyny budowlane.
by jaskrawa
06.02.2015; 00:36
komentuj(5)

o-h shit


Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie. Mam katar. Wersja hard.
Ponieważ nie chcę się skarżyć, to już koniec notki.
by jaskrawa
14.02.2015; 11:39
komentuj(7)

o cudownym ozdrowieniu


Serdecznie dziękuję za życzenia zdrowia, współ-smarki i inne kaszlnięcia.
Opowiem Wam teraz, jak wyleczyłam się z mega kataru w ciągu jednej doby.
Trzeba mieć zajebiście ciepłe nogi. Gorące stopy. Najlepiej załóżcie dwie pary wełnianych skarpet i do tego jeszcze ciepłe kapcie. Dwie pary gaci (spodni w sensie, nie majtek). Na szyję jakiś cienki szalik. Oczywiście, wiem, wiem, wszystko to przy założeniu, że nie trzeba iść do roboty. Ale może akurat macie weekend albo możecie pozwolić sobie choćby na jeden dzionek L4...?
Wieczorem kładziemy się pod kołderkę też w skarpetach.
I cały dzień jedziemy na gorącej herbacie i ciepłym żarciu.
I katar poszedł w cholerę.

Niestety, pojawiło się coś chyba gorszego - obezwładniający ból gardła, promieniujący w rejon ucha środkowego. Szlag by to. Poddałam się. Po dwóch dobach męczarni (ale za to bez kataru!) zapodałam sobie amoxycylinę (na szczęście miałam toto w domu, lekarz-samouk nie może przecież wypisywać sobie recept) i chuj. Dziś już prawie nie boli.
Minęłam się z powołaniem. Powinnam była zostać lekarzem. Umiem wyleczyć katar. Umiem wyleczyć zapalenie gardła. Umiem wyleczyć nadczynność tarczycy. Bu, chlip.

A, tylko oka nie umiem sobie wyleczyć od dwóch lat, ale przecież jestem nie-internistą, a nie okulistą :D:D
by jaskrawa
16.02.2015; 22:59
komentuj(1)

nowy bloguś


Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad odrębnym blogusiem dotyczącym spraw dzieciorów. Nie chcę tu tego wszystkiego wrzucać, chociaż to trochę bez sensu, ale muszę być konsekwentna. A postanowiłam sobie, że calajaskrawosc.ownlog.com nie stanie się nigdy blogiem-o-dzieciach, ale przede wszystkim ma pozostać moim blogiem. Moim i już.
Oczywiście, nie da się rozdzielić mojego życia na dwie części. Prawie wszystko, co teraz się dzieje, jest z dzieciorami związane.
Ale mimo wszystko. Wiecie co, dobra, kurde, nie chce mi się nawet tego tłumaczyć.
Z innej strony, prościej mówiąc - macierzyństwo jako wycinek mojego życia zasłużyło na odrębnego blogusia, coby nie zapomnieć. Czas pędzi, a ja łapię się na tym, że nie pamiętam już, jak to było, gdy Marysia... itd.. Wiele z tego wszystkiego jest już nie do odzyskania, więc lepiej późno niż wcale. Chociaż, przede wszystkim, jako rasowa egocentryczka, czuję raczej potrzebę pisania nadal o sobie samej, tyle że jako matce. Z większym polem manewru, jeśli chodzi o przeniesienie uwagi na dzieci.
No więc założyłam.

dzieciory.wordpress.com



Czemu nie ownlog? Bo chciałam spróbować czegoś nowego. Wordpress trochę mnie wkurza, nie wykluczam, że za chwilę będę jeszcze blogspot testować, na razie notek jest mało i w razie czego mogę się gdzieś przenieść. Póki co - to.

Aha, od razu zapowiadam, że dzieciory nie będą raczej słodkim pierdzeniem o pachnących kupkach. Więc się nie bójcie. To nie będzie blog dla dzieci, tylko bardziej o nich. Zatem nadal będę, tradycyjnie, rzucać mięsem i nie przebierać w słowach. Gdzieś sobie trzeba ulżyć, skoro nie można we własnym salonie.
Enjoy!
by jaskrawa
17.02.2015; 22:43
komentuj(6)

wiosna, panie sierżancie


No. Luty. Wiosna w końcu.
Za chwilę będzie ten zapach w powietrzu... Bałwan na tarasie ostatecznie zniknął. Jeszcze dwa dni temu był małą grudką brudnego śniegu.
Depresja lutowa nie przyszła, może jakieś przebłyski, nie większe niż w każdym standardowym miesiącu typu np. maj czy wrzesień.
Chyba już nie przyjdzie. Trzeba sobie pomóc, pobiegać. Przeziębienia minęły. Tylko czasu ciągle nie ma, dziś znów dzień z dzieciorami. Stary sobie zawsze znajdzie powód ważniejszy niż mój, by się wykręcić. Cóż, tak to jest, a te wszystkie bałagany i inne resztki, zalegające w kącie podwórka nie posprzątają się same.

Tęsknię za książkami. Ostatnio tylko sobie na gazetę mogę pozwolić i czytam po raz siedemset osiemdziesiąty jakieś pierdy o odnajdywaniu wewnętrznego spokoju, samego siebie i innych niby-ważnych rzeczy. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego miesięczniki, te powiedzmy-że-wyższych lotów, wypełnione są po brzegi wywiadami z aktorami. Fajnie, bo w Zwierciadle interesujące gadki z Szaflarską i Fronczewskim, ale z drugiej strony - ja bym chciała czasem przeczytać wywiad ze Zwykłym Człowiekiem, posiadającym nie mniej interesujące myśli, doświadczenia czy anegdotki do opowiedzenia. Dlaczego artystów stawia się na piedestale? Osobiście znam pewnego technologa betonu, który potrafi wypowiedzieć się na każdy temat w sposób bez wątpienia zajmujący. Znam też dziennikarki, faceta, który zajmował się rozmaitymi ciekawymi sprawami, choćby drwalowaniem ;), copywritingiem, redaktorzeniem i cholera wie, czym jeszcze. Ten to może długo nadawać. Tyle że wszystko już sam wyłożył wielokrotnie na własnym poletku... Tak czy owak - może zacznę robić wywiady ze Zwykłymi Ludźmi i zamieszczać je na blogu? Kto chętny?
Ale pomysł, kurwa. Idę na plac zabaw.

Dopisek - rozwinięcie myśli. Jasna sprawa, że chodzi o sprzedaż, a aktorzy to najbardziej znane nazwiska. Dlatego muszę rozwinąć - zastanawiam się raczej, nie dlaczego to z aktorami gadają, ale dlaczego ludzie chcą właśnie aktorów kupować. Dlaczego interesuje nas, co powiedział Fronczewski, a nie na przykład pan Jakiś Tam Czesław, reżyser dźwięku. Ja osobiście chętniej czytałabym takie pismo, gdzie byłby pan Czesław. A jakiś aktor na przykład jeden na dwustu stronach (rozumiem prawa rynku, więc niech będzie), a nie pięciu aktorów i najwyżej pisarz na dokładkę.
by jaskrawa
21.02.2015; 10:52
komentuj(2)

dzieciory.pl


Ponieważ wordpress wkurzał mnie trochę, przeniosłam dzieciory na blogspot.
Ponieważ na blogspocie adres "dzieciory" był już zajęty, a ja się przywiązałam, postanowiłam kupić sobie domenę. Ale ze mnie snob i lanser. Cóż, trudno, innego wyjścia nie było.
Zatem dzieciory to teraz dzieciory.pl. Po prostu.

Tarczyca chyba mi się znów odzywa. Eh kurwa, jak się już człowiek zacznie sypać, to koniec.
Znowu czeka mnie łażenie po endokrynologach, chociaż mam cichą nadzieję, że internista wypisze mi receptę na thyrosan i nie będę musiała.
Czy wśród odwiedzających bloga jest jakiś lekarz? Potrzebuję receptę na thyrosan (i tak nic innego nie mogę brać!) i skiero na FT3 i 4 (i TSH), najlepiej od razu do Luxmedu :D. Ostatnia próba leczenia, jeśli nie poskutkuje, łoperacja. Chyba, że jednak podejmę próbę z Siergiejem Bezglutenovem, z której ostatecznie zrezygnowałam w związku z dobrostanem na jesieni.

by jaskrawa
28.02.2015; 17:37
komentuj(5)

dzień kobiet


Dzień kobiet, kurna. Pogoda ładna, dzieciory zabrał stary, a ja, zamiast się byczyć i żreć bitą śmietanę z sosem czekoladowym, w wannie z pianą, papierosem, szampanem, gazetką, książką, maseczką z owoców i błota na twarzy, laptopem, telefonem, muzą, świecami i wszystkimi świętymi, PRACUJĘ.
Doobra, koniec. Miała być godzina pracy dziennie. Idę sprzątać, potem nie będzie okazji.

Na dzieciorach.pl konkurs!!! Jeśli mnie lubicie, weźcie udział, na Boga, nikt nie jest chętny? Dobra, może tylko ja siedzę dziś przed kompem...
Jeśli przez najbliższe trzy dni nikt więcej nie weźmie udziału, Eli dostanie książkę, a ja wrzucam ten konkurs na naszą nową stronę Fakapy Tygodnia na fejsie (założoną testowo, bo potrzebuję być - do roboty - mistrzem świata w obsłudze fejsbunia, a nie jestem, ale tak nas wciągnęło, że nadal się bawimy).
by jaskrawa
08.03.2015; 13:59
komentuj(2)

sława, chwała i okręt widmo


O, widzę, że wskoczyłam na 22 miejsce w rankingu najpopularniejszych blogusiów. Po piętach depcze mi niejaki Donpepego.
Najzabawniejsze jest (a może to wcale nie jest zabawne), że ownlog.pl to chyba portal-widmo, jak słusznie zauważyła Eli. Zobaczcie, na głównej stronie ostatnia aktualizacja - z 2013 roku. A jednak wszystko gra, może na zasadzie jakiegoś samograja. Silnik działa, paliwo nie jest potrzebne, ludzie zakładają nowe blogi. Wygląda na to, że płyniemy łodzią bez kapitana przez bezkresne morza internetu!
A za oknem prawie-wiosna, niedługo zasadzimy krzaczory i założymy trawnik, a gdy będzie już nieco cieplej, zrobimy w końcu to ognisko. Wiem wiem, każdy teraz powie - miało być na jesieni. No miało, przepraszam, teraz naprawię wyrządzone Wam krzywdy.

by jaskrawa
15.03.2015; 11:33
komentuj(13)

o gadaniu


Od 4:50 na nogach.
W czasie przeznaczonym na sen gadałam przez telefon z koleżanką (dobrą, najlepszą z możliwych w tej robocie, chociaż bez skazy też nie jest) z roboty (tej roboty, w której pracowałam zanim te małe śmierdziele się wykluły, a to już ładne parę lat, uwierzycie?). Kumpela nie wraca po wychowawczym do naszej roboty, a o przyczynach jej niepowrotu i mojego pragnienia niepowrotu dałyśmy radę rozmawiać mniej więcej godzinę. Więc se wyobraźcie, jak nam się bardzo pracować nie chce. I to w potrójnym sensie, bo jeszcze do tego, przez gadkę, olałam obowiązki domowe i służbowe (tak je nazwijmy umownie i dumnie, chociaż nieadekwatnie).


by jaskrawa
25.03.2015; 23:39
komentuj(6)

dzień witariański


Zawsze jarały mnie hardkorowe diety. Jak doskonale wiecie, gorzej z ich utrzymaniem (do weganizmu wracałam chyba z dwieście razy), ale co tam, próbować zawsze można. Stary dobry wegetarianizm od dawna jest już passe, więc warto czasem szarpnąć się na coś mocniejszego.
To się szarpnęłam - na jeden dzień witariański czyli raw vegan, po polsku - surowe rośliny. Czyli - sama trawa, zero pieczonego kotleta z kaszy ani nawet leczo z dyni. Chujnia i sałatki.
Rano - kawa... Wróć! Nie kawa. Koktajl z owoców. Dobre! Wypijam całą szklankę. Potem przegryzłam jeszcze bananem. Potem jabłkiem. Potem orzechy nerkowca. Niestety nadal byłam wykurwiście głodna. Ale zawzięłam się.
Przypomniałam sobie, że widziałam niedawno na jakimś blogu przepis na masło kokosowe - zrobione z wiórek kokosowych. Chyba założę blog pod nazwą "obalmy kulinarne ściemy". Masło z wiórek nie chciało się za cholerę zrobić. Dobrze chociaż, że blendera szlag nie trafił. No ale mam porządny, z karfura. Mocna maszyna. Tak czy owak zmieliła wiórki na suchą kupkę mniejszych wiórek, prawie pył, ale kleić się to nie chciało. Zgodnie z przepisem - w którym były same wiórki, blendowałam je w blenderze, blendowałam, blendowałam, kurwa, i blendowałam. I nic. Wiórki stały się już prawie pyłem, ale nadal były suche i nie przypominały masła. Dolałam trochę ciepłej wody, zgodnie z sugestią kogoś komentującego notkę z przepisem. Nie poprawiło to sytuacji. Wiórki przytulał się do siebie, ale nie udało mi się z nich wydoić ani grama tłuszczu koko. Dobra, chuj tam z masłem, trudno.
Na obiad zrobiłam sobie sałatkę z orzechami, pestkami, wszystkim co było pod ręką. Bardzo dobra. Po zjedzeniu byłam nadal głodna i to bardzo. I coraz bardziej wkurwiona.
Trzasnęłam sobie więc owocową sałatkę, dodając do niej te zmiksowane wiórki. Wyszła całkiem niezła.
I tak dalej.
Po całym dniu jedzenia surowych warzyw i owoców, popijania wody i pogryzania bananów i orzechów, muszę powiedzieć jedno - raczej NIE.
Mdli mnie z głodu. Spać nie mogę. Znowu boli mnie głowa. Na fejsie piszą, że to efekt detoksu. No może, ale ja już dziękuję. Nie marzę o niczym innym, tylko o śniadaniu złożonym z pachnącego, chrupiącego chlebka. Może być z masłem orzechowym i kiszonym ogórkiem, ale niech to będzie CHLEEEEB.

by jaskrawa
02.04.2015; 22:31
komentuj(8)

żywoplot


Żadne tam endomondo, biegi, kalorie czy inne miejskie zabawy.
My tu robotę mamy.
W weekend pięćdziesiąt konewek wody do nowych i pięknych krzaczorów.
Dziś wichura, krzaczory się obluzowaly, znowu woda, podsypałam im ziemi, biegając jak pijany zając i usiłując ratować upadający żywopłot.
Łapy pokłute igłami, pot płynie po twarzy.
Ciekawe czy szlag wszystkiego nie trafi. Ot, życie ogrodników z bożej łaski.


by jaskrawa
13.04.2015; 14:20
komentuj(3)

Homeland


Oglądacie Homeland?
Kurwa, ale się wkręciłam. Przedwczoraj obejrzałam ciurkiem chyba z pięć odcinków, siedząc do trzeciej w nocy.
Głupia ja.
Nie ogarniam tego. Dlaczego nieźle zrobione seriale tak wkręcają?
U mnie zapewne działa kilka czynników, które powodują, że włączam odcinek za odcinkiem, kosztem snu oczywiście.
Po pierwsze - wieloletnie wyposzczenie telewizyjne. I gdy akurat miałam nieco więcej czasu pewnego wieczoru i włączyłam sobie pierwszy odcinek, tkwiący od dobrych dwóch lat na dysku, nie mogłam oderwać się od kompa. Zapomniałam już, jak bosko jest pożyć przez jakiś czas cudzym życiem. No właśnie - to po drugie. Kocham ucieczki. One zawsze są totalne. Wszystko jedno - książka, serial, film. Jeśli historia trafia w moją wrażliwość i toczy się w tempie, które mi odpowiada, pochłania mnie na tyle, że wszystko dookoła przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Do dziś pamiętam, jak czytałam po raz pierwszy Władcę pierścieni. Dopadłam go po południu, wiedząc, że wieczorem powinnam przeznaczyć jeszcze dwie godziny na naukę fizyki, przed klasówką, którą miałam mieć następnego dnia. Cóż, słusznie się domyślacie, jak to się skończyło. Fizyki w ogóle nie ruszyłam, czytałam chyba całą noc albo co najmniej pół. Następnego dnia w ogóle nie poszłam do szkoły, po przespaniu kilku godzin, czytałam dalej. Zresztą, to tylko jeden z przykładów.
Książkowo ostatnio przepadłam w XVI-wiecznej Szkocji, czytając historię królowej Marii Stuart. Dwa szalone dni i książka zjedzona. Zapewne gdyby nie dzieci, wystarczyłaby doba (trochę snu, trochę jedzenia, reszta czytanie). Zamiast smakować powoli, zamiast się delektować, dawkować sobie... Nie potrafię.
Cytując orła z dowcipu - Ale jestem pojebana!

Ale Kapitan też jest pojebany. Ja siedziałam do trzeciej, a on wstał o piątej rano, by oglądać Homeland!
by jaskrawa
18.04.2015; 08:45
komentuj(3)

koniec z tym


Obejrzałam dwa sezony i na razie koniec. Nie mogę tego oglądać, za bardzo się przejmuję!
Mniejsza o to. Zamiast oglądać, posadziłam wczoraj bukszpany, a dzisiaj pieliłam mlecze.
Tak czy owak i tak mam doła. Nie, nie przez Homeland. Tak w ogóle, jakoś.
Boję się otworzyć jakąkolwiek książkę, bo emocje mnie zabijają. Chyba powinnam znowu zacząć medytować czy co. Tylko że mi się nie chce. Boję się, że w nodze zrobią mi się zakrzepy i umrę na zator płucny.

by jaskrawa
20.04.2015; 20:50
komentuj(5)

żarcie, żarcie, żarcie


Nadal chodzi mi po głowie ZMIANA. Diety najlepiej.
Dziś drugi dzień bez glutenu (a chyba trzeci miesiąc bez soi). I na czymś w rodzaju rawtill4, czyli na surowo do czwartej, a potem obiadek z kaszą, pyrami czy czym tam chcę.
I to, kurde, działa. Dobrze się czuję, lekko, świeżo, zajebiście. Bez głodu. Gdy poprzednio zrobiłam sobie czysto witariański dzień, właśnie po południu przyszedł kryzys i ogromna potrzeba zjedzenia normalnego obiadu. I potem było tylko gorzej, bo zaczęłam się zapychać orzechami, zmieszanymi z owocami i tak dalej, a przez mnóstwo niewłaściwych połączeń, przez co zwyczajnie zachciało mi się rzygać.
A dziś koktajl na śniadanie, potem surówka w połowie drogi do obiadu, po drodze jakieś jabłka. I jest ok. Świadomość, że po czwartej ZJEM, pomogła mi nie napychać się tak desperacko orzechami.
Zamówiłam sobie na spróbowanie bezglutenowy makaron (dzisiaj też taki zjadłam na obiad).
Ostatnia szansa ucieczki przed Gravesem i Basedowem, którzy niedawno znów pojawili się w moim życiu.
Trzymajcie kciuki!
by jaskrawa
25.04.2015; 21:51
komentuj(0)

dzień czwarty


Przed chwilą spojrzałam na Marysiową kanapkę i poczułam ogromną dojmującą tęsknotę za chlebem.
Ale nie złamałam się. Niedługo (mam nadzieję, że jutro) przyjdzie paczka z rozmaitymi b-g mąkami i będę mogła zrobić sobie własny chlebek.
Na kolację pomidorówka z obiadu. Tyle dobrego, że dobra.
Po co się tak katuję? Ano zobaczymy. Albo tarczyca odpuści albo nie odpuści. Jeśli za trzy miesiące nadal będzie szaleć, zamówię wielką pizzę i zapiszę się na operację wycięcia tarczycy w cholerę - razem z Gravesem i Basedowem.

by jaskrawa
27.04.2015; 20:05
komentuj(12)

hej, kurde jadę!


Jest coś niezwykle przyjemnego w ruszaniu samochodem, rozpędzaniu się, naciskaniu gazu coraz mocniej, mocniej...
Cóż, najzabawniej jest między naszą miejscowością na najbliższym miasteczkiem, gdzie tablice - pierwsza oznaczająca koniec terenu zabudowanego, druga - początek - są ustawione w odległości może dwustu metrów. Widząc tę z końcem, rozpędzam się jak najszybciej mogę (już za pasami dla pieszych oczywiście), a następnie puszczam pedał gazu i czekam aż samochód sam naturalnie zwolni, osiągając, na terenie zabudowanym prędkość dozwoloną (+ dziesięć). Można się w ten sposób bawić - ile maksymalnie mogę się rozpędzić, by potem, nie hamując, udało się zwolnić bez hamowania (w tym hamowania silnikiem) tak, by nie przekroczyć prędkości? Pobocza tam pustawe, dobrze widoczne, więc...
Z kilku rzeczy, których "dokonałam" jestem zadowolona czy może nawet dumna w pewien sposób. I jednym z nich jest to cholerne prawko, okupione wieloma litrami potu, hormonów stresu i nawet łez.

by jaskrawa
30.04.2015; 21:38
komentuj(8)

maj, dokoła maj


Już maj, a tu żadnej notki.
Z istotniejszych zdarzeń - część jałowców nieco zbrązowiała, ale to podobno częste, że chorują po przesadzeniu. Prognozy są takie, że albo się wyliżą, albo nie. Wlewamy im tyle wody, ile się da. Za to bukszpanki na razie całkiem dobrze się mają, tylko jedna gałązka mocniej choruje, reszta zielona i ładna. Zobaczymy, co będzie dalej.
Pomidory na parapecie wyrosły tak, że zaraz będą stanowić żywą roletę na całe okno. Za tydzień powinny iść do gruntu, a nie mamy pomysłu, gdzie je wsadzić, wszędzie przez większość dnia jest cień. Eh, te sadzonki to był taki dar (od kolegi) z gatunku - lubię was, więc kupię zafunduję Wam jakiś nowy problem.
Trawa, na razie na kawałku działki, powolutku zaczyna kiełkować.
Ściana świeżej zieloności lasku, widzianego od nas, nieustannie mnie zachwyca.

by jaskrawa
11.05.2015; 10:38
komentuj(0)

...


Dziś znów nudna notka.
Mówiłam Wam, jak uwielbiam wiosnę? Krzaczory przy torach, puste działki porośnięte lasem, wszędzie pełno chwastów, ziół, pokrzyw, drzewek-samosiejek, żółtych mleczy, przypadkowych kwiatów, które rozsiały się z okolicznych ogrodów. Wszystko oszalało, kwitnie, rośnie jak zwariowane, a dzika walka o światło i przestrzeń trwa w najlepsze. Bzy w różnych bzowych kolorach, wybuchające kwiatami zza siatek i płotów, są jak wisienka na tym zielonym torcie...
Nic, tylko położyć się gdzieś na łące i obserwować obłoczki. I słuchać, jak dziesiątki ptaków drą ryje.
Kocham ten czas. Najlepszy czas w roku. Warto było przetrwać zimę.

by jaskrawa
12.05.2015; 12:06
komentuj(6)

fuck


Pozdro wszystkim z izby przyjęć. Coś mi jeblo w kręgosłupie i boli coraz bardziej. Ketonal chuj, tramalu nie mogę. Eh... Jak nie urok to sraczka.
Matki ciężkich dzieci, uważajcie na siebie.
Zainteresowani mogą dostać selfie z wózkiem inwalidzkim :D

No to już wszystko jasne, rwa kulszowa. Wczoraj młody był wyjątkowo marudny i podnioslam go tysiąc razy.

Przyznam się. Marzyłam, by mieć usprawiedliwienie do leżenia plackiem przez kilka dni, ale, do cholery, nie o to chodziło. Boli nawet gdy leżę.

by jaskrawa
18.05.2015; 21:56
komentuj(7)

słabo


Rwa minęła.
Teraz znowu zasrana tarczyca. Objawy niewielkie, ale tarczyca powiększyła się, co gorsza do wewnątrz, i uciska przełyk, co jest nie do zniesienia.

Pewne głosy mówią - wyciąć to i mieć spokój.
Inny głos - ratuj, ratuj, bez tarczycy nie zawsze jest różowo. Walcz, kombinuj, wydawaj forsę na badania, diety i takie tam. Cóż, walczę. Gdy już wszelkie możliwe sposoby leczenia wykorzystam i nadal nic, to se wytnę, co trzeba.

Nie wytrwałam na b-g z powodu problemów organizacyjnych, źle się do tego zabrałam, na hurra, bez przygotowań.
Mam zamiar znowu próbować, ale najpierw, konkretnie jutro, muszę oznaczyć poziom przeciwciał, żeby sprawdzić, czy po trzech miesiąca na b-g przeciwciała klapną.
W związku z tym od wczoraj znów jestem na b-g. I cokolwiek by się nie działo, trzy miesiące to mur beton muszę być.
W piecyku chleb z różnych mąk. Na surowo smakuje okropnie, ciekawe czy po upieczeniu też będzie taki paskudny.
Nie ten, to zrobię następny.

Rany, gdybym wierzyła w Boga, powiedziałabym - Boże, dzięki, że to tylko tarczyca. Ale tak czy owak wypchaj się, musiałeś mi zesłać takie gówno, z którym nie mogę w spokoju zająć się macierzyństwem?

Jednocześnie blokując etat. Pewni (nota bene bezdzietni) chłopcy napisali mi wczoraj, podczas dyskusji na fejsbuniu, że w zasadzie urlop macierzyński czy wychowawczy to też blokowanie etatu, jak w przypadku posłów na urlopach bezpłatnych w swoich firmach, porzuconych na rzecz kariery poselskiej... No prawie z krzesła spadłam. Kochani czytelnicy, też tak uważacie, czy ja jestem jakąś nienormalną świętą krową, która uważa inaczej?

To ten, spadam już, bo muszę blokować nadal mój etat, a to niemały wysiłek.

Poprawka: po dyskusji w komentarzach, ze względu na protest Marka, który stwierdził, że nic takiego o blokowaniu etatu nie mówił, stwierdzam, że błędnie odczytałam (moim zdaniem błąd mój wynikał z nie dość jasnej wypowiedzi Dominika, zatem nie czynię sobie z tego powodu wyrzutów) na fejsbuniu posty Dominika, a tym samym i Marka, który wydawał się być z Dominikiem w pełni zgodny. W związku z tym, gwoli formalności, wprowadzam sprostowanie - Marek, ani prawdopodobnie Dominik, nie uważają poslowania przy zachowaniu etatu w poprzednim miejscu pracy - ani też urlopu macierzyńskiego za blokowanie etatu. Dominik widzi analogię między sytuacja matki a sytuacja posła, a Marek przyznał, że to słuszna analogia. W związku z tym moje pytanie w notce powinno brzmieć - czy rzeczywiście jest to sytuacja w jakikolwiek sposób podobna i czy Waszym zdaniem gwarancja zachowania etatu jest w obu przypadkach jednakowo czy analogicznie uprawniona. Bez względu na to czy nazwiemy to blokowaniem czy nie.
Jednocześnie chcę podkreślić, że pisząc powyższą notkę nie miałam na celu manipulowania czymkolwiek słowami, a moje pytanie miało na celu ustalenie, czy rzeczywiście słuszne jest porównanie tych sytuacji (matki i posła), a nie dyskredytowanie kogokolwiek. Po twierdza to choćby fakt, iż nie ujawnilam tożsamości interlokutorow (jeden z nich, jak widzicie, sam ujawnił o kogo chodziło), ich poglądów itp.
Mam nadzieję, że to wystarczająca odpowiedz na zarzut, iż moja notka miała jakiekolwiek cele poza dyskusją, czy sytuacje opisane powyżej są analogiczne. Tyle gwoli wyjaśnienia.
by jaskrawa
21.05.2015; 15:17
komentuj(17)

K-Pax


Nie wiem, który już raz obejrzałam K-Pax.
Jeśli czuję, że pacjent (czyli ja) jest stabilny, to zawsze muszę mu wkopać (czyli sobie) i sobie włączam coś, co pacjenta wpędza w stan jakiegoś odrętwienia pomieszanego ze smutkiem, melancholią, jakąś duchową tęsknotą, ale też spokojem i cholera wie, czym jeszcze.
Częściowo dlatego, że współczucie, które we mnie mieszka, obejmuje nawet fikcję. Może to dlatego, że współczucie odczuwane wobec tych, którym naprawdę przydarzają się tragedie, w krótkim czasie zabiłoby mnie. Więc zastępuję jej współczuciem dla bohaterów, których nie ma. A o tych realnych nie chcę słyszeć, zamykam uszy. Robię to, co mogę, czasem jakiś przelew, sms idzie tam, gdzie wojna, gdzie ból... Nie ma o czym mówić, bo to jest nic. Nie umiem być bliżej i nie wiem, czy mam się tego wstydzić.
Jednak o wiele poważniejsza jest sprawa dystansu. Różnic. K-Pax - Ziemia. Wybrałam Ziemię, a mogłam lecieć na K-Pax. Nie wiedziałam jednak, jak to zrobić i nie wiedziałam czy chcę, zatem zostałam.
No i mam rodzinę.
Zabija mnie to wszystko, powoli. Co nie znaczy, że jestem nieszczęśliwa. Po prostu lęk mnie zabija. Zabija mnie dokładnie to, o czym wiedziałam, że mnie będzie zabijało, ale weszłam w to jak w fale ciepłego morza.
Cóż, może w następnym życiu.
by jaskrawa
23.05.2015; 20:24
komentuj(6)

policia


Ej, słuchajcie, jadę sobie dziś z badań i zatrzymała mnie policia!
Kazali dmuchnąć w alkomat i pojechałam sobie dalej, wraz z życzeniami miłego dnia od pana policjanta.
Uf - bo nadal jeżdżę ze starym adresem w prawie jazdy. Jakoś nie było okazji...
Uf - bo Kapitan mnie potem zapytał - A nie czepiali się, że nie masz jednego światła z tyłu? Ja - A nie mam?
I tak o.
Ja się tak ekscytuję, bo jeszcze nigdy mnie nie zatrzymali! Kapitana też tylko raz, w tym samym celu. Mimo że czynnie jeździ od czterech lat.
W tym kraju w sumie chyba można bez prawka jeździć, tak rzadko są kontrole.
Zresztą, moja sio opowiadała mi kiedyś o pewnym gościu, z niewielkiego miasta na Pomorzu (a raczej ze wsi pod niewielkim miastem). Facet jeździł ponad dwadzieścia lat bez prawka, nigdy go nie zrobił. Jeździł tylko po okolicy, pewnie panowie władza go znali, wiedzieli, że jeździ normalnie, więc po co. Rzeczywistość.

A teraz ogłoszenie - Robię szajkowe ognisko. Termin do ustalenia, oczywiście nie będzie łatwo, jak się okazuje, ale może jakoś się uda.

by jaskrawa
25.05.2015; 11:51
komentuj(7)

sezon


Po ile u Was truskawki? U nas już po 6 zł. Rewelacja. W Warszawie dwa złote więcej. Opłaca się mieszkać na wsi.
I jeszcze zapach świeżo skoszonej trawy. Nasza nowa kosiareczka jeździ sama i jest super.

Pamiętacie tę historyjkę o facecie, który przeprowadził się w Bieszczady (tę m.in. o śniegu i łosiach)?
To my jesteśmy na razie na etapie, gdy śniegu jest coraz więcej, ale wciąż mamy sporo radości.

Za kilka lat zapewne będzie:
W tym kwartale ty kosisz tę jebaną trawę!

by jaskrawa
29.05.2015; 15:28
komentuj(9)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl