To był trudny rok, choć mocno przełomowy i owocny. Najważniejsza sprawa - urodził się Jasio. Cóż, dwoje dzieci to jednak hardkor, biorąc pod uwagę, że pierwsze jest jeszcze całkiem małe, gdy rodzi się drugie. Po fantastycznym porodzie - godziny zmęczenia, niewyspania, bolących pleców, gdy trzeba było z energiczną trzylatką biegać po placu zabaw, a mały braciszek miał kolki i budził się po dziesięciu minutach spaceru. Gdyby nie chustowanie, byłoby z nami krucho. Tyle, że plecy mam zdruzgotane i już zacieram rączki, czytając newsy o egzoszkieletach. Zwłaszcza. że stary ciągle był na budowie. Tak bardzo chcieliśmy mieć to już z głowy, a tak bardzo nie było czasu na ukończenie domu, że prawie umarłam. Mimo wszystko - jestem z niego cholernie dumna. To znaczy bardziej ze starego, niż z domu, bo dom to nie moje dzieło, ja po prostu akceptowałam (albo nie) pomysły Kapitana. Ale z domu tez jestem dumna, bo całkiem ładna nam stodoła wyszła. Tym bardziej jestem dumna ze starego, bo jest naprawdę dzielnym, mądrym i twardym facetem, który potrafił połączyć pracę, kręcenie się po budowie i jeszcze stanowił realne wsparcie w domowym sajgonie. Taki chłop to skarb i jeśli kiedyś dojdę do wniosku, że jest inaczej, możecie mi nakopać. Mimo że czasem ja mam ochotę nakopać jemu (zapewne nie mniej niż on mi). Mimo wszystko - przetrwaliśmy to JAKOŚ i to jest wyczyn. No, ale nie chwalę dnia przed zachodem słońca, wczesne dzieciństwo naszych pociech nadal trwa i wyrwiemy jeszcze wiele włosów z głowy. To znaczy ja wyrwę z głowy, bo Kapitan to już tylko z brody może rwać.
Latem trochę oddechu, jak to zwykle latem. Przynajmniej nad morze pojechaliśmy, gdzie dwie kule u nogi ciągnęliśmy po równo we dwoje, dzięki czemu miałam jakąś namiastkę odpoczynku.
A jesienią przeprowadzka. Trochę spontanicznie wyszło, choć może się wydawać, że ostatnie, co można powiedzieć o długo wyczekiwanej przeprowadzce do domu budowanego przez półtora roku, to to, że była spontaniczna. A jednak.
No i nowego kompa sobie sprawiłam! Kocham go, jest taki fajny!
Wreszcie finał, jedyne możliwe ukoronowanie roku spod znaku Rodziny - rodzinne święta w nowym domu, gwarne, wypełnione głosami dzieciaków, którym załatwiliśmy nawet prawdziwego św. Mikołaja. Zdradzę, że został nim Sąsiad Disco Polo i naprawdę wspaniale wszedł w rolę. Jak na lewaków, mieliśmy naprawdę święta po bożemu.
Name:

Komentarze: