podsumowanie


Rok, który wczoraj łaskawie się skończył, był trochę nudny. Chyba dojrzałam, bo potrafię już docenić brak przełomowych wydarzeń i wielkich emocji. Umiem cieszyć się z faktu, że nie zdarzyła się żadna tragedia, jesteśmy w miarę zdrowi (moje ostatnie zdrowotne problemy to przecież pestka w porównaniu z tymi, z jakimi muszą się zmagać niektórzy ludzie), dziecko nam rośnie jak pączek na drożdżach. Kupiliśmy działkę, planujemy wiosną zacząć budować naszą chałupę. Jest dobrze.
Rozliczenie z postanowień zeszłorocznych:
- zrobić to cholerne prawko (jeśli mamy mieszkać na Zadupiu to nie ma innej opcji) - udało się!
- nie krzyczeć - nie udało się, chociaż jest coraz lepiej.
- zmieścić się z rachunkiem telefonicznym w 120 zł - cóż, kilka razy się nie udało, ale teraz w końcu mam ryczałt, więc jestem uratowana!
Udało mi się też zacząć to, co postanawiałam sobie już we wcześniejszych latach. Zaczęłam w końcu pisać. Mam za sobą nawet jeden mały sukcesik - trzecie miejsce w konkursie literackim pewnego miesięcznika. Pracuję nad kolejnymi tekstami. Przednia zabawa. I wiele pracy przede mną.

Postanowień na kolejny rok nie czynię, bo realizacja najważniejszych punktów planu na życie tylko częściowo będzie zależała ode mnie.
Szczęśliwego Nowego Roku!

by jaskrawa
01.01.2013; 11:03
komentuj(5)

a jednak szkoda


Koniec z cycko-karmieniem. Ponieważ jestem w trakcie diagnozowania Straszliwego Choróbska (nadal nie wiem, co mi, ale coś mi na pewno), wykorzystuję ten czas (przed rozpoczęciem brania dragów) na pożegnanie Marysi z cyckiem. Jeszcze dziś wieczorem lub nad ranem może ją nakarmię, zobaczymy. Pokarm nie zanika tak z dnia na dzień, to wszystko odbywa się stopniowo.
Kurde, nie mam sobie nic do zarzucenia. Dwadzieścia miesięcy (bez kilku dni). Chyba starczy, nie?
A jednak trochę mi smutno. Widok tej małej panieneczki, z błogą miną jedzącej mleczko prosto-od-matki, na zawsze pozostanie dla mnie bezcennym.
Coś się kończy, coś się zaczyna.
by jaskrawa
07.01.2013; 20:09
komentuj(3)

i po wszystkim


Poszło łatwiej, niż myślałam. Spodziewałam się jakiegoś hardkoru, dwóch tygodni wycia i błagania o "cici", ale nic takiego nie nastąpiło. Owszem, czasem próbuje się do mnie dobrać, ale łatwo jest odwrócić jej uwagę.
Teraz mogę iść się nawalić.
Oczywiście i tak nie mam na to specjalnej ochoty. Jednak świadomość, że ma się zezwolenie na towarzyskiego petka, kieliszek wina czy nawet trzy, jest doprawdy przyjemna. Muszę przyznać, że nawet się cieszę, że mam Straszliwe Choróbsko. Gdyby go nie było, być może już czekalibyśmy na narodziny kolejnego bachora. A tak mam przymusową przerwę w produkcji. Hulaj dusza!

Bylim wczoraj na Hobbicie. Fajne, chociaż dupy nie urywa. Miejscami nawet nudnawe. Może to dlatego, że bajkowy świat z głowy Petera J. już trochę się opatrzył po trzech częściach Władcy Pierdzieli i te nowozelandzkie krajobrazy, chwytane przez kamerę sposób przyprawiający o zawrót głowy, już nie są dla nas niczym (tak bardzo) niezwykłym.
Ogólnie - dobrze się ogląda i ten film chyba nie mógłby być lepszy.
by jaskrawa
10.01.2013; 13:55
komentuj(5)

blog zdycha


Marecki ostatnio uświadomił mi, że mój blog zdycha. A raczej powinnam powiedzieć - przypomniał.
Bo to prawda. Blog zdycha.
Nie wiem, czy mogę jeszcze cokolwiek dla niego zrobić. Resuscytacja nie powiodła się.
Albo samo toto się wyliże albo do uśpienia.
To trochę jak z kotem.

Apropos kotów - Diablo wkurwia mnie tak bardzo, że mam ochotę ją zabić siekierą. Nie wiem, może się starzeje. Wstaje o czwartej rano i drapie w szafę. Jak tu się cieszyć z pierwszych od ponad półtora roku przespanych w całości nocy? Cóż, nadal nie są przespane. Przez kota.
Zanim zasnę, mniej więcej ok. 23.30 też drapie. Zawsze wybiera ten moment, gdy już niemal odpływam. A potem stężenie gniewu w żyłach jest zbyt duże, bym mogła znowu zasnąć.
Macie na to jakiś sposób?
by jaskrawa
23.01.2013; 14:22
komentuj(8)

weekend


Ostatni weekend był wyjątkowy! Kapitan z Młodą wyjechali. Odstawienie od cyca zaczyna się opłacać.
Było wspaniale. Mogłam czytać, pisać, leżeć, spać, siedzieć. Wszystko.
W dodatku mogłam spokojnie zobaczyć się z Sorrym Gregorym i omówić rozmaite sprawy formalne. Nadal istnieje stowarzyszenie, do którego należę od tamtych pokręconych czasów. Co gorsza (lepsza?) spada na mnie większość jego papierowej części, bo Sorry Gregory wyjeżdża na dłużej. Na szczęście to tylko papiery i niemal zero pracy z nimi.
Ucieszyła mnie ta wiadomość o jego wyjeździe. Istnieje poważna szansa, że nie wróci. Już bardziej pozmiatane to wszystko być nie może. Zwłaszcza, że nasza ostatnia rozmowa pozwoliła postawić kropkę nad i. Obgadać jakieś wątpliwości, zmyć wyrzuty sumienia, które gdzieś w nas ciągle krążyły.

W pracy (do której nadal nie chodzę, od ponad dwóch lat) - totalna żenada. Szefowa pozbawiła mnie jakichkolwiek złudzeń, że bycie lojalną i uczciwą wobec niej ma jakikolwiek sens. Aż mi się przykro zrobiło. Szkoda.
by jaskrawa
28.01.2013; 16:19
komentuj(6)

luty


Marecki niedawno uświadomił mi, że już luty. A w lutym z reguły mam depresję.
W tym roku - nie mam. Luty na razie przebiega spokojnie. Może depresja pojawi się pod koniec miesiąca, kto wie?
Wyniki badań dwa tygodnie po rozpoczęciu leczenia Strasznego Choróbska są całkiem w porządku. Znaczy się - leczenie przebiega prawidłowo.Trochę kuriozalnie zabrzmi, gdy powiem, że nadal nie wiemy, co to za choroba, ale cóż. No nic, zobaczymy. Na razie życie, jak zwykle, w zawieszeniu. Postanowiliśmy z Kapitanem, że jeśli wyniki po kontrolnym kłuciu nie będą pozwalały na odwieszenie życia, wracam do roboty. Co gorsza, doszliśmy do wniosku, że najbardziej opłaca mi się wracać do Starej Roboty (niestety nie ma to nic wspólnego z tatrzańską Starą Robotą ani Starorobociańskim Wierchem). Pewnie umrę tam z wyczerpania; padnę pyskiem na klawiaturę albo dostanę wylewu, no ale trudno. Zawsze miałam przeczucie, że będę miała krótkie życie.
Tymczasem piekę pasztet z soczewicy. Ciekawe, czy wyjdzie. Karo mówiła, że im jakiś glut wyszedł. Cóż, jeśli wyjdzie glut, będzie mi smutno, bo sporo soczewicy wpakowałam do blachy. Mam nadzieję, że nie stanie się to zarzewiem lutowej depresji. Zwłaszcza, że boli mnie prawy bark. Cholera wie, od czego.
by jaskrawa
08.02.2013; 17:29
komentuj(6)

a takie tam


Luty się kończy, a depresji ni mo. Ale, jak mawiają starożytni górale, jak nie urok to sraczka. Katar dostałam taki, że siedzę pół dnia z nosem w misce zimnej wody. Obrzęk nie pozwala odetchnąć i tylko chłód pomaga chociaż na chwilę.
Już bym, kurwa, depresję wolała.
by jaskrawa
23.02.2013; 21:21
komentuj(2)

i chuj


Od kilku miesięcy wiem, że mam chorą tarczycę.
I nadal nie wiem na co.
Wszystkich konowałów powinni wysłać na Księżyc.
by jaskrawa
03.03.2013; 19:52
komentuj(5)

Habemus papam!


Nowy papież wygląda na fajnego gościa, nie? I jeszcze to imię!
by jaskrawa
15.03.2013; 17:56
komentuj(4)

hej, co się z tobą działo?


Kiedyś, gdy ktoś zaniedbywał bloga, było mi przykro. Myślałam sobie "cholera, nie ma notki już od miesiąca, jak tak w ogóle można?".
No, a teraz pora na mnie. Cóż, ognisko dogasa, a mnie brakuje drewek, by dorzucać do. Nic na to nie mogę poradzić. Podziwiam ludzi, którzy (jak np. Donpepego) potrafią utkać piękną notkę z szarej rzeczywistości. Puszystą i mięciutką. Ja, niestety, nie potrafię.
Mój blog zawsze był O CZYMŚ, chociaż o niczym. Obowiązkowe były emocje, łzy, zakochania, studenckie szaleństwa, potem rozmaite perypetie zawodowe, znowu zakochania, emocje, łzy.
A teraz? Teraz NIE MA, jak mawia bardzo często moje dziecko, gdy zauważa jakikolwiek brak czegokolwiek. Robi to bardzo pochopnie, wystarczy, że dany przedmiot zniknie jej na chwilę z pola widzenia. To chyba zresztą było jej pierwsze słowo (mimo że dwa słowa).
Spraw osobistych, jakie kiedyś się tu pojawiały w nadmiarze, teraz wywlekać nie mogę. Z dwóch powodów. Po pierwsze - kilka osób z tak zwanego "reala" czyta Całą Jaskrawość. Są to postacie, że tak ujmę, kluczowe w moim życiu, więc siłą rzeczy większość zdarzeń w moim życiu "kręci się wokół nich".
Poza tym - nie czuję potrzeby takiego "publicznego obnażania się". Kiedyś przynosiło to ulgę, wszak i tak pisałam jako anonim, więc było wolno. Potem, nawet gdy już anonimem być przestałam - sprawy osobiste zostały schowane gdzieś głębiej, pojawiały się między wierszami albo były opisywane tylko częściowo, z pominięciem tych szczegółów, których nie chciałam wyjawiać nikomu z najbliższego otoczenia. Więcej notek traktowało więc o życiu biurowym, wakacjach, marzeniach, planach, faktach z tak zwanego życia ogólnego. Inaczej mówiąc - skupiało się na innych, bezpiecznych tematach.
A teraz - w moim życiu tego życia jest nieco za mało. Nie pracuję, nie studiuję, nie zakochuję się. Nie uśmiecha mi się pisanina o tym, jak fajne mamy dziecko. I że wylało dziś sok na stół, ucząc się nalewać płyn do szklanki. Nie kręcą mnie takie tematy. Być może jeszcze przyjdzie na nie pora, gdy Młoda zacznie mówić porządnie. Uwielbiałam swojego czasu pamiętniki "mamusiek", notujących rodzinne, przezabawne dialogi, popisy dziecięcej elokwencji i inne takie. Ale na tego typu notki u nas jeszcze za wcześnie, bo te wywołujące uśmiech na twarzy scenki są u nas bardzo proste, humor sytuacyjny, nie do opisania prawdopodobnie.
Jednym słowem - nuda. Straszliwa nuda codzienności. Odnajduję się w tym, w pewien sposób, znalazłam sobie porządne i wciągające hobby... No właśnie. I dlatego najczęściej można mnie spotkać gdzie indziej. Niektórzy wiedzą, gdzie, a innym, może kiedyś powiem.
Pozdrawiam!

by jaskrawa
19.03.2013; 21:19
komentuj(3)

plac zabaw


1. Gdy twoja córka nie jest ubrana w sukienkę lub róż od stóp do głów, na sto procent zostanie przez większość mamusiek uznana za chłopca, mimo że niektóre elementy garderoby (np. bluza) ma różowe, do tego w serduszka. Zauważyłam, że część matek/babć nie patrzy na inne dzieci, prawdopodobnie te matki zbyt uważnie przyglądają się własnym. Reszta dzieci to po prostu "jacyś chłopcy".

2. Mimo że wiosna pełną gębą, dzieci muszą być ubrane ciepło. Wszak przeziębienia, grypy i inne świństwa czyhają na każdym kroku. Matek/babć takie problemy nie dotyczą, więc mogą założyć sobie na spacer zwykłą bluzkę i cienką kurtkę czy żakiet, by posiedzieć na ławce. A ich zadbane dzieci biegają po placu zabaw w zimowych kurtkach, spod których wystają kaptury od grubych bluz. Do tego oczywiście grube wełniane czapy. Mogę to skomentować tylko w jeden sposób: ja pierdolę.
by jaskrawa
16.04.2013; 15:00
komentuj(3)

...


Minęło już pół roku od momentu, gdy dowiedziałam się, że jestem chora. I nadal nie wiem na co. Śmiesznie, co? Za miesiąc biopsja.
Moja pani doktor powiedziała mi, że może się wszystko po kościach rozejdzie. Oby!
by jaskrawa
25.04.2013; 19:17
komentuj(4)

się wszystko zmienia, nie?


Ownlog padł i powstał, co za ulga! Już miałam wizję, że nigdy nie wróci. Ale z drugiej strony - nawet gdyby tak się stało, to co z tego?
Nic!

Wolny weekend. I, gdy mam tyle czasu, nie zjawia się nic, co by mnie uratowało przed obłędem.


Jedyne, co zauważyłam, to fakt, że dziczeję. I oddalam się od betonowej dżungli, która kiedyś była moim naturalnym środowiskiem. Ulica, przystanki, chodniki, pijaczkowie na ławkach, dziwacy, kolorowe jak papugi nastolatki z papierosami. Smród tłumu. A teraz? Teraz przemykam tylko, by się wydostać, wrócić pomiędzy białe ściany, zamknąć okno przed rykiem skurwieli motocyklistów, przytulić się do małego, pachnącego ciałka, poczuć na twarzy łaskoczące, cieniutkie włoski.

Albo wiać, w ogóle wiać z wiatrem i zwiać poza obręb strefy śmierci i ołowiu.

Jeszcze trochę.

Fundamenty zalane, lada moment pojawią się panowie od budowania-z-klocków. I będą ustawiać klocek na klocku, aż powstanie domek. Marysia już wie, że domek buduje dla niej tata. Chociaż zapewne nic z tego nie rozumie, bo dla niej domek jest tutaj, tu, kawałek budynku i klatka schodowa, na której ona sama zapala światło, jak się ją trochę do tego światła podsadzi.

A my nad morze. Bardzo niebawem!
by jaskrawa
04.05.2013; 21:56
komentuj(5)

oł je :D


Wcale się nie staraliśmy, a jakoś wyszło.
Urodzi się na początku stycznia. Fajnie, nie?

Mdłości dzisiaj trochę zelżały. Może nie będzie aż tak źle, jak poprzednio, kiedy trzy bite miesiące rzygałam jak kot.
Teraz to tak trochę, o, od niechcenia.
by jaskrawa
17.05.2013; 16:30
komentuj(8)

powtórka z rozrywki


Nie, nie jest lepiej niż poprzednio. Jest kiepsko. Znowu rzygam, mdli mnie, leżę, śpię, narzekam. Nogi mi się trzęsą, gdy wstaję, a w żołądku wszystko się buja jak przy chorobie morskiej.
W piątek wydawało mi się, że jest ciut lepiej, ale piątek szybko minął.
Musieliśmy wynająć nianię dla Maryśki, bo ze mną dzieciak siedziałby cały dzień przed kompem, oglądając tę jebaną Myszkę Miki.
Wiecie, że ona na Gooffy'ego mówi Gupi? Można umrzeć ze śmiechu!
Oczywiście pod warunkiem, że jesteśmy w stanie się śmiać. Mnie ogarnęła Straszliwa Depresja Przedporodowa, mimo że do porodu jeszcze daleko. Depresja, bo lato już leci, człowiek by na rower wsiadł, połaził po polach i podmuchał w dmuchawce, a tu chuj zajebany. Nie dość, że ta zima taka długa była, to teraz jeszcze to.
Dobra, spać idę.

by jaskrawa
20.05.2013; 20:23
komentuj(4)

...


Najgorzej z tym jedzeniem. Nic się nie chce, a jednak trzeba. Bez jedzenia jest jeszcze gorzej. Ciekawe, że można wymiotować z głodu.
Czasem przychodzą myśli, że muszę zjeść to czy tamto. A potem, gdy już jem, mdli i wcale nie smakuje. Totalna spożywcza paranoja i wymiotowanie herbatą z imbirem lub kawałkiem bułki. A potem mogę zjeść odsmażone ziemniaki i jakoś przechodzą.
Wszystko kręci się wokół jedzenia.
Czytam czasem w necie o rozmaitych celebrytkach, które "ukrywają brzuszki" i pracują prawie do porodu. No ja wiem, nie wszystkie kobiety przechodzą ciążę tak źle jak ja, ale kurde... Jak one to robią, że uśmiechają się, wyglądają, ubierają i czeszą? Ja mam ochotę tylko na sen, bo wtedy nic nie czuję.
Wszystko dookoła przestało mieć znaczenie.

Wczorajsze usg trochę mnie rozradowało, bo wszystko w porządku. To było pierwsze, więc okazja do przekonania się, że to się dzieje naprawdę. Mogłam przez chwilę zobaczyć jakieś dziwaczne stworzonko, przypominające trochę żabę czy raczej kijankę przekształcającą się w żabę. Dwanaście milimetrów nowego życia. Znowu się dziwię, jak to się wszystko dzieje, że w moim brzuchu nic nie ma poza wewnętrznymi narządami, że żyję sobie pojedyncza, a tu nagle - czary mary - i coś tam się zagnieżdża, rośnie.
Najważniejsze, że serduszko bije równiutko.

A resztę to jakoś przeżyję, tylko niech już ten pierwszy trymestr łaskawie minie.
by jaskrawa
25.05.2013; 23:09
komentuj(3)

jako tako


Wieczory gorsze niż poranki. Od piętnastej rzygam już mniej więcej wszystkim, co zjem.
Tak czy owak - mam wewnętrzne przeczucie, że to już z górki, że coś w rodzaju półmetka jest już za mną.
Dodaje otuchy myśl, że to ostatnie dziecko i więcej nie będę się tak męczyć. Dwoje starczy, nie?
Nie nadaję się do tego. Poród mnie nie przeraża, ale ciąża - sorry. Mam poczucie, że za dużo to jednak mnie kosztuje. Ludzie dookoła na jakieś wakacje jeżdżą, żyją, chodzą na koncerty. Nowy Star Trek już w kinach. A ja - uziemiona, zapleśniała, zaspana. Eee...
Poza tym - TAKA ciąża, gdy już będę miała dwoje dzieci, to byłby już horror.

by jaskrawa
04.06.2013; 12:21
komentuj(4)

brejkin nius


Jakby coś drgnęło.
Ale nie wierzę, nie wierzę, bo już z tydzień temu drgnęło, a potem zdechło.
Nie przyzwyczajam się.
Zresztą, wczoraj wyrzygałam nawet kisiel i bułkę, więc sorry, ale poprawą jeszcze tego nie można nazwać.

Enyłej, powoli szykuję się do odlotu z krainy rzygania.

Z serii - inne sprawy - brak innych spraw.
A, zapomniałabym - dom rośnie. Jest już duży, ma piętro. Byłam tam! Ciekawe, czy Marysia wybierze pokój wschodni czy południowy. Będzie miała wybór. Drugie Danie będzie musiało zaakceptować to, co ona odrzuci. Takie prawo starszej siostry. W ogóle zaczynam się ekscytować, że kupimy jej mebelki, łóżko, że będzie miała swoje miejsce, a nie tylko kąt pokoju. Tak, tak, wiem, że za chwilę ktoś napisze "Ta, a potem się zaczną awantury, że pokój nie posprzątany".
W dupie mam to! I tak się ekscytuję. Co ja się będę przejmować problemami, których jeszcze nie ma?
by jaskrawa
13.06.2013; 13:52
komentuj(4)

...


Żyję, ale co to za życie?
Strasznie chce mi się jeść - najchętniej jakieś chrupki typu cheetos (czy jak to się tam pisze) serowo-cebulowe. Nigdy nie lubiłam takich gówien (poza zwykłymi chipsami), a teraz to kurde nie wiem, co się dzieje.
Do tego powróciło widmo chorej tarczycy i znowu biorę, chociaż tym razem coś działającego zupełnie przeciwnie. Generalnie - NADAL nie wiadomo, co to za choroba.

Ogólnie - byle do sierpnia, wtedy Kapitan ma urlop i jedziemy nad morze.
Dom rośnie - jest już... szkielet dachu.
Czekam, jak zwykle.
Przypominają mi się te czasy, gdy Dominik pisał na swoim starym blogu "czekam" na końcu każdej notki.
Ja wprawdzie czekam na coś zupełnie innego niż Dominik, ale też czekam, mimo że rzeczy, na które czekam, zmieniają się stale, zawsze jest ten punkt, który świeci jak światełko w tunelu.

Zatem: czekam.

by jaskrawa
30.06.2013; 12:24
komentuj(4)

nad morzem


Dość niespodziewanie trafił nam się krótki wyjazd nad morze. Ponieważ emocje kłębią się we mnie jak żmije, nie będę już sobie nimi zawracać głowy, tylko napiszę w punktach (uwielbiam punkty, tabelki i wykresy), jakie mam wnioski z tego wyjazdu:

1. Polskie morze robi się coraz cieplejsze i wcale nie trzeba jeździć na południe.
2. Nigdy więcej nie pojadę na urlop w miejsce, gdzie będzie też moja "teściowa". Nie i już. Nie da się dojść do porozumienia z człowiekiem, do którego nie dociera, że inni dorośli ludzie mają prawo do samodzielnego decydowania o sobie i swoim dziecku (oczywiście ci dorośli mają prawo pod warunkiem, że nie łamią prawa - i nie robią dziecku oczywistej krzywdy). Znany i powszechny problem, wiem. Staram się być zen, ale w pewnym momencie wkurw, że ktoś psuje mi wakacje, jest po prostu zbyt wielki jak na moje siły.
3. Należy unikać krótkich wyjazdów samochodem w miejsca, które znajdują się daleko. Człowiek wraca umęczony, z poczuciem, że po prostu spędził kilka dni w samochodzie*. A morze? Jakie morze?


*Bardzo lubię jeździć daleko samochodem, a niedawno doszła jeszcze przyjemność prowadzenia go, ale - zupełnie inaczej widzę to wszystko jako matka podróżująca z dzieckiem, które przyjemności z jeżdżenia jeszcze najwyraźniej nie docenia tak bardzo, jak bym chciała.


by jaskrawa
11.07.2013; 13:48
komentuj(1)

na upalne lato dobre są mroźne góry


Ponieważ nie mogę, to chociaż czytam. Górfankę (GórFankę?) ostatnio. Świetna kobita z tej Czerwińskiej. Bez pretensji, zadęcia i nadęcia. A jednocześnie bez kompleksów i fałszywej skromności.
Nie rozumiem ludzi (nie licząc starszych czy chorych) narzekających na upały. Upały są cudowne, ja dopiero wtedy czuję, że żyję. Może to dlatego, że urodziłam się w upalnym lipcu i od kołyski wiedziałam, że taka właśnie powinna być temperatura na zewnątrz...

by jaskrawa
29.07.2013; 18:01
komentuj(1)

wierci się


Wczoraj pierwszy raz wyraźnie poczułam, że Się Wierci.
Akurat w rocznicę Powstania...
by jaskrawa
02.08.2013; 16:04
komentuj(4)

nad morzem


Wróciliśmy znad morza. Tym razem to już naprawdę koniec wakacji. Trudno.
Mam trochę depresję.
Młoda często bywa nie do zniesienia. Zbuntowana, zła, złośliwa, agresywna, uparta jak osioł.
Wczoraj bardzo dzielnie zniosła podróż, więc wypada mi powiedzieć, że mamy super dziecko, ale dzisiejszym dniem przekreśliła wszystko. Koszmar jakiś.

Tyle dobrego, że wyjazd był całkiem udany. Zwłaszcza pierwsza połowa, kiedy to wylegiwaliśmy się do znudzenia na plaży, słońce porządnie spiekło nam skórę, więc trzeba było chłodzić ją kąpielami w chłodnym morzu. Chłodnym, nie zimnym, podkreślam. Bałtyk ostatnimi czasy jakoś złagodniał. Gdy się wejdzie do wody, już nie dostaje się odmrożeń.
Poza tym mamy tak rewelacyjną miejscówę, że klękajcie narody. Zawsze trochę nabijałam się z ludzi, którzy przez całe lata jeżdżą co roku w to samo miejsce, ale teraz obawiam się, że zaczynamy powoli zadomawiać się w tym klubie. Bo wiele wskazuje na to, że za rok znowu tam pojedziemy, a to będzie już trzeci raz. I tak pewnie będziemy jeździć do czasu, gdy dzieci nie dorosną do łażenia po górach (gdyby komuś przyszło do głowy pisanie w komentarzach coś na temat tego, że małe dzieci też można zabierać w góry, bo są chusty i nosidła, to od razu ostrzegam - zakurwię z laczka i poprawię z kopyta, gdyż mój dzieć żadnej z tych nosidłowych przyjemności nigdy do końca nie zaakceptował i nasz zeszłoroczny wyjazd w Taterki należy uznać w najlepszym przypadku za nieco męczący i irytujący, koniec tematu).

Druga połowa pobytu była słaba, bo deszczowa. Próbując być hardkorami, pojechaliśmy do Gniewina i wleźliśmy na wieżę widokową. To był dzień całkowicie listopadowej pogody. Piździło jak w kieleckim, zacinało deszczem i w ogóle groza. Strasznie nas wydymało, bo schody na górę są mocno odkryte, ale przetrwaliśmy. Trzeba podkreślić fakt, że Maryś wdrapała się na samą górę o własnych siłach. Tak czy owak - z wieży w Gniewinie zapamiętam jedno - wycie wiatru. Czy były jakieś widoki to za bardzo nie pamiętam, bo marzyłam tylko o tym, by SIĘ SCHOWAĆ.
I tak o.
by jaskrawa
16.08.2013; 19:08
komentuj(6)

po usb


Wygląda na to, że tym razem mężczyzna. Miała być dziewucha, ale trudno ;). Chłop też dobra rzecz, słoik odkręci i w ogóle.
No to mamy już komplet.
Znaczy się - chyba ;)


Mietek? Czesiek? Marian? Macie jakieś pomysły?
Wiesiek już zajęty.
by jaskrawa
22.08.2013; 11:48
komentuj(14)

kupa, siki - notka tylko dla rodziców!


Siedzę i doszkalam się w pieluszkach wielorazowych. Fajna opcja, bo teraz jest masa rozmaitych rozwiązań, otulaczy, systemów itd., ale trochę sceptycznie jestem nastawiona. Pampy to jednak pampy - wywalasz i po kłopocie. Tylko że kłopot przychodzi później - dziecku nie chce się odpieluchowywać. Dupa sucha, więc ma gdzieś matkę zalecającą się z nocnikiem. A ja mam już dość smrodu kup w domu. Dwulatka to nie noworodek, robiący mleczne, nieśmierdzące kupeczki. Nie wchodzę w dalsze szczegóły - po prostu muszę powiedzieć jedno - mam już dość pieluch i chcę aby Nowe Dziecko wyrosło z nich szybciej niż Stare.
Maryś wie już, że kupę i siku robi się na nocnik - i korzysta z niego wtedy, kiedy nie ma na tyłku jednorazówki - ani w ogóle nic. Tylko że nie może biegać z gołym tyłkiem non stop, bo upały się skończyły, poza tym nie siedzimy przecież ciągle w domu. A wystarczy założyć jej cokolwiek na tyłek - leje w to i nawet o nocniku nie pomyśli. Pytanie co dziesięć minut, czy nie chce siusiu, u nas nie sprawdza się, bo ona jest dzieckiem straszliwie zbuntowanym i skrajnie samodzielnym - gdy ją zapytam, zawsze powie NIE. Po prostu sama musi podjąć decyzję o tym, że jej się chce i siada na nocniku. A jak ma na sobie spodenki czy majtki, nie wspomnę już o pampersie - nie ma opcji, by o siku pamiętała.
I tak kręcimy się w kółko.

Dlatego młodemu nie będę przegrzewać jajek pampersem, tylko od razu wpakuję go w opcję eko. Może pomoże.

Chyba powoli przyzwyczajam się do myśli, że to chłopczyk i jakoś tak powoli, powolutku, zaczynam się przywiązywać.
Imię nadal nie postanowione.
by jaskrawa
25.08.2013; 12:21
komentuj(8)

chłopczyk i dziewczynka


Jeśli jeszcze raz po tym jak powiem, że będziemy mieć chłopca, ktoś powie z wielkim bananem na ryju "O, to będziecie mieli PARKĘ", to normalnie jebnę jakąś ciętą ripostą.
Jaka, kurwa, parka? Czy dzieci to papużki faliste? Króliczki? Kanarki?
Czy wy, posiadający rodzeństwo płci odmiennej, czuliście kiedykolwiek, że stanowicie "parkę"? Nie wiem, kto to wymyślił, ale pewnie ten sam idiota, który mawia do swojej córki "grzeczne dziewczynki tak się nie zachowują", a do synka "ej, no przestań, tylko baby płaczą".
by jaskrawa
02.09.2013; 18:27
komentuj(10)

idzie jesień, kup se prozac


Dziecko mnie katarem zaraziło. Jej pewnie przejdzie najdalej jutro, bo po niej takie choroby to jak po kaczce, a mnie, nie ma się już raczej co łudzić, będzie trzymać przez następne dziesięć dni.
Jak już wielokrotnie się skarżyłam, katar oznacza u mnie stan całkowitej klęski żywiołowej. Prawie nie słyszę, ledwo widzę, oddychać nie mogę, skóra wokół nosa schodzi z żywego mięsa i nie pomagają żadne kremy ani mazidła. Tak jakby ktoś włożył mi na dwa tygodnie głowę w wielki, ciężki worek z glutem, pochodną kwasu solnego, wyżerającym mi pół twarzy, duszącym mnie i odcinającą od świata mglistą, plazmatyczną, półprzezroczystą barierą bakteryjno-wirusowej toksycznej masy. Wszystko to prawdopodobnie wżera się również do mózgu, gdyż jestem w trakcie kataru całkowicie pozbawiona zdolności logicznego myślenia. Niewyraźne kształty i kolory przesuwają się gdzieś dookoła, nie obchodząc mnie zupełnie. Może to jacyś ludzie, a może nie. Istnieje tylko jeden wielki bezkształtny BÓL, spod którego zaczynam się wydobywać dopiero po jakimś tygodniu.
I właśnie TO dzisiaj się zaczyna. Jeszcze rano miałam nadzieję, że ucieknę, że wyleżę, wygrzeję stopy, przepiję herbatą... Niestety, powoli rzeczywistość zaczyna się oddalać, coraz bardziej przysłonięta przez chorobę.
Koniec.

Tym razem będzie w dodatku Jeszcze Gorzej, bo ciągle mam mdłości i w ogóle jestem w nieformie.

EDIT: Obejrzałam sobie zdjęcia, bo Kapitan był na działce dziś i sfotografował domek już z oknami wstawionymi przedwczoraj. Wyszło lepiej, niż myślałam, a bałam się, że może być słabo. A jednak słabo nie jest. W dodatku na zdjęciach dom tonie w słońcu, więc z radością i ekscytacją sobie go wyobrażam tonącego nie tylko w słońcu, ale również w bieli tynku (okna są ciemnoszare) i winorośli. Obsadzenie go zielskiem taniej wyjdzie niż te wszystkie w chuj drogie elewacyje drewniane, więc będzie się nam doskonale i niedrogo komponowała nasza stodoła z leśnym charakterem reszty wiochy - zwanej przez nas Raciborzem - chociaż oczywiście nie jest to prawdziwy Racibórz (Raciborz? A nie, podkreśla mi...).
Okna są, dach jest, woda w domu też. Za chwilę pojawi się też Pan Prąd, który zamieszka w gniazdku, a potem tynkarze ojebią ściany na biało. To wszystko dzieje się szybciej niż sądziłam, że się zadzieje. Myślałam, że ta budowa potrwa co najmniej ze dwa eony. Mam w głowie pełno niezbyt konkretnych, ale zupełnie realnych opowieści ludzi, którzy "się budują" i zawsze wlecze się to jak kawałek starej szmaty, której koniec wyciągamy z ziemi, a drugiego końca jakoś nie możemy zobaczyć.
A my prawdopodobnie już na wiosnę będziemy mogli się przeprowadzić.
W sumie to dość przerażające. Znikną wszystkie obecnie drogie mi rzeczy - plac zabaw, jordanek, sklep z dobrym pieczywem przy Filtrowej... Kurwa no, zmiany, zmiany.
by jaskrawa
08.09.2013; 20:15
komentuj(1)

u nas na wsi


Byłam dziś "u nas na wsi". Pociągiem.
Wysiadam na stacyjce, cisza jak makiem prawie. Tylko ten charakterystyczny psów wiejski szczek, gdzieś w oddali.
Nasza wieś nie jest taka specjalnie wiejska, bardziej podmiejska - krów ni mo ani obór, kury gdzieś z rzadka, jeśli w ogóle. Raczej to taka wieś z gatunku "trawniczek, tuje, skalny ogródek". Wszędzie sosny i brzozy. Lekki zapach dymu.
Jakoś tak błogo mi się szło ze stacyjki do nas, bliziutko mamy, dosłownie kilka minut piechotą. Przez chwilę słońce wyjrzało zza chmur, psy się zamknęły, nie było wiatru, drzewa przy torach jeszcze nie takie żółte... Całą jaskrawość zobaczyłam, a dawno jej nie widziałam, powiadam Wam.

Myślicie, że przyjmą się maliny na dość piaszczystej glebie, takiej, co to sosny?
by jaskrawa
14.09.2013; 22:46
komentuj(5)

bleh


Znowu boli mnie ząb. Cholery zawsze się muszą w ciąży posypać.
Serce szaleje.
Poza tym mogłabym spać non stop (może to przez to, że w nocy nie śpię, bo mnie ząb boli).
Mam dosyć, ogólnie.

Jeszcze trzy miesiące.
by jaskrawa
02.10.2013; 10:53
komentuj(1)

przetrwaliśmy


Za nami trudny czas. Przez tydzień siedzieliśmy z młodą w szpitalu. Któregoś dnia zemdlała. Spanikowałam i zadzwoniłam po karetkę, wciągając nas tym samym w spiralę badań, wenflonów, kanapek z tanią szynką podanych na talerzach z logiem "społem", mierzenia temperatury i pytań o stolec. Badanie krwi pokazało, że nasze nic nie jedzące (nic niejedzące? nicniejedzące? eee...) dziecko jest świetnie odżywione i zupełnie zdrowe. Badanie głowy niestety zrodziło podejrzenia o epilepsję i rozmaite twory, które powstały w mózgu, w związku z tym sama prawie umarłam ze zmartwienia, jedynie ze względu na Nowe Dziecko w brzuchu starając się nie rozlecieć na kawałki. Udało się.
Raz tylko porządnie się rozpłakałam, po powrocie któregoś wieczoru do pustego domu (to Kapitan spał z małą w szpitalu, bo na mnie z bębnem krzywo patrzono - z czystej troski - koczowanie w polskim szpitalu z dzieckiem oznacza spanie na mega ciasnej polówce tudzież karimacie; gdy się jest skazanym na pozycję boczną, z poduszką pod udem, takie warunki uniemożliwiają spanie w ogóle, bo zgięte nogi nie mieszczą się na posłaniu, a stelaż leżanki wbija się w uda, więc litościwie wyganiano mnie z oddziału wieczorem). Płakałam może przez 15 sekund, po czym powiedziałam na głos do siebie "weź no się w garść" i poszłam spać. No bo po co mi to płakanie? Syn w brzuchu sobie śpi, nie trzeba go martwić, nie trzeba.
Na koniec całej przygody zrobili rezonans Marysiowej głowy, który wykazał, że w gruncie rzeczy wszystko w porządku. Nieprawidłowy wynik EEG to mogło być wszystko i nic (podobnie jak omdlenie - być może młoda ma takie skłonności po matce, która w dzieciństwie mdlała regularnie), więc powiedzieli, żeby się nie martwić i wypisali nas do domu. Tak w skrócie.
Zostało nam na pamiątkę tyle: płytka z obrazem mózgu Marysi "pokrojonego" na plasterki, świadomość, że nasze dziecko bez protestów potrafi zasnąć w łóżku, w którym nie śpi poza nią mama ani tata, krzepiący wynik badania krwi i skierowanie do poradni neurologicznej, do której mamy się na wszelki wypadek zapisać. Chociaż nie wiem po co, bo i tak, gdyby coś się działo, musimy jechać do szpitala. A jeśli nic nie będzie się już działo, to nic mamy nie robić. No tak, to niewiele ma sensu, ale dobra, rozumiem, że takie są procedury.
I jeszcze jedno - szpital na Działdowskiej jest naprawdę w pytę. Super życzliwi lekarze, fajne pielęgniary (przynajmniej ogromna większość) i pracownicy wykonujący badania, elastyczne i zdroworozsądkowe podejście do diagnostyki i leczenia, jakaś ogólnie dobra atmosfera... Byliśmy mile zaskoczeni, bo przecież mało kto ma dobre skojarzenia z polską służbą zdrowia i raczej staramy się trzymać od niej z daleka.
Tylko w kiblach było skandalicznie brudno, no ale niech tam...
Weekend spędzam bardzo miło, Maryś z Kapitanem u babci, a ja wczoraj na świetnym obiadku u Mareckich, a dzisiaj śpię, obijam się i robię porządki w szafie. Powoli włącza mi się potrzeba wicia gniazda, spakowałam połowę ciuchów w wielkie pudło, które wyjedzie w stosownym czasie na naszą wiochę, abyśmy mogli zdemontować jedną z moich szaf i zrobić miejsce na łóżeczko Nowego Dziecka.
Wniosek mam jeden - większość moich ciuchów to szmaty, które powinnam wywalić, ale to bez sensu, bo następne, które kupię, też będą szmatami. Nigdy nie umiałam się ubrać i chuj.
Ale trudno. Nadrabiam osobowością.
Wiem, wiem, kiepski żart.
by jaskrawa
20.10.2013; 18:33
komentuj(5)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl