Zepsuł mi się ten beznadziejny telefon, który dostałam od Ti Mobjl, gdy podpisywałam z nimi cyrograf. Zatem dzisiaj jestem nieosiągalna telefoniczne. Jeśli ktoś ma sprawę, niech dzwoni do Kapitana. Jutro pewnie pójdę do ich bazy, może mi dadzą jakiś zastępczy telefon albo co.
Ti Mobajl to najgorsza sieć ever. Przez kilka miesięcy naliczali mi za usługę sieć rodzinna 25 zł zamiast 9. Ponieważ jestem uzależniona od rozmów telefonicznych i dzwonię dużo, nie zauważyłam tego. Poza tym bez mojej zgody i wiedzy kontynuowali usługę połączeń wewnątrz sieci, którą miałam kiedyś za darmo, a od jakiego czasu mam za 39,9999999999 zł. Co za fiuty. A oczywiście w salonie obiecywali, że jak się promocja skończy to poinformują smsem. Taa.... Oczywiście w regulaminie jest, że wcale nie, więc teraz mogę ich pocałować w czubek. Usługi obie częściowo pokrywają się, zatem płaciłam podwójnie.
Inna sprawa, że ze dwa miesiące temu zadzwoniła do mnie jakaś laska z ich biura obsługi klientów (czytaj - frajerów) i zaproponowała mi inną usługę - wieczory i weekendy do Ti Mobajl i na stacjonarne. Za darmo oczywiście, przez miesiąc. Obiecywała, że gdy usługa skończy się, poinformują mnie telefonicznie i/lub smsowo. Dobra. Miałam to nagrane, więc nie obawiałam się. I rzeczywiście, poinformowali smsem. Ktoś zapyta - po co mi ta usługa, skoro mam już sieć rodzinną i do tego w ogóle darmowe rozmowy? Ano - sieć rodzinna nie obejmuje telefonu mojej siostry, który milion lat temu był firmowy. Oczywiście, jeszcze zanim zawarłam z nimi umowę (niech będzie przeklęty ten dzień), pytałam w ich kanciapie w centrum handlowym, czy firmowe telefony też wchodzą w sieć rodzinną. Tak, tak - odpedział mi jakiś młokos - wszystkie numery w sieci! Po podpisaniu umowy, gdy próbowałam sobie numer siostry podpiąć do sieci - gówno. Do sieci podpięłam zatem tylko mamę i ciocię, z którą co prawda nie gadam zbyt często, ale gada z nią matka, więc niech se gadają do woli.
Tak więc - gdy zaoferowali mi wieczory i weekendy za darmo, pomyślałam, że może to pozwoli mi na darmowe rozmowy z sio, przez miesiąc. Ciekawe jest to, że z usługi tej wcale nie korzystałam, myśląc, że korzystam. Priorytet w naliczaniu i tak miała usługa dzwonienia bez ograniczeń wewnątrz sieci (za którą płaciłam te cztery dychy). Dziwne, że laska, proponując mi kolejną, w znacznym stopniu pokrywającą się usługę, nie wspomniała o tym.
Mniejsza. Minął miesiąc i dostałam smsa, że wieczory i weekendy się skończyły i teraz kosztuje mnie to 9 zybla. Myślę se - spoko. Za rozmowy w sieci rodzinnej - czyli moje z mamą i mamy z ciocią płacę 9 zł, za rozmowy z sio też mogę płacić 9. Razem 18 zł za naprawdę miliony minut, które z nimi przegadam. Nie tak źle.
Jednak gdy przyszedł kolejny, wysoki rachunek telefoniczny, wkurzyłam się i zadzwoniłam, bo pomyślałam, że być może usługa wieczory i weekendy jednak wygasła i wyłączyła się automatycznie po miesiącu promocji? I wcale nie płacę za nią 9 zł, tylko podliczyli mnie za wszystkie rozmowy z sio?
Co się okazało?
Okazało się, co następuje:
- Usługa free wieczory i weekendy jest włączona i wykorzystałam w niej jedna minutę.
- Mam włączoną usługę z cztery dychy, o której nie wiedziałam, że w ogóle jest.
- Mój telefon na bieżąco aktualizuje strony internetowe, na które wchodziłam, co znacznie zwiększa ilość danych - oczywiście każde 100mb czy czegoś tam zżera mi moje abonamentowe minuty. O tym nie wiedziałam, ale to mea culpa. Myślałam, że to się liczy tak, że za każde 100 mb jest 10 groszy, a ja wcale tak często nie korzystam. Jak sobie kiedyś przekalkulowałam, wyszło na to, że faktycznie nabijam sobie może z 5 zł za net. Okazało się, że znacznie więcej, bo te jebane telefony znacznie więcej ściągają, robiąc to nawet po wyjściu z przeglądarki.
- Każdy sms zżera mi jedną minutę na rozmowy. Kurwa! Jak to możliwe? Przyzwyczaiłam się do orangowego naliczania, gdzie miałam smsy za grosza czy jakoś tam, a może miałam osobny pakiet... Nie wiem, dość powiedzieć, że tam mogłam wysłać w chuj smsów i nie miało to większego znaczenia.
- Za rodzinę płacę 25, a nie 9.
Miła pani wyłączyła mi usługę dzwonienia do wszystkich w Ti za cztery dychy. Dzięki czemu moje płacenie 9 zł za wieczory i weekendy ma teraz sens. Dała mi jakiś tam pakiet smsów za parę złotych, net za 9 (tu mnie chuj strzela, bo ja wcale nie musiałabym tego netu używać za aż tyle, no ale okazuje się, że automatycznego ściągania danych w telefonie nie wyłączę... co za skandal!). A z tą przepłacaną rodziną to była ich pomyłka i jestem teraz stówę do przodu za kilka miesięcy, co wyrównają mi w następnej fakturze.
Gdy za półtora roku zaczną do mnie dzwonić i pytać, czy chcę przedłużyć umowę, to powiem im, żeby spierdalali.
by jaskrawa
02.01.2012; 23:05
komentuj(9)

wojna znowu


Od czasu do czasu śni mi się wojna. Zawsze jestem po stronie ludności uciskanej przez germańskiego oprawcę. Ostatnio zostaliśmy przesiedleni i musieliśmy sobie radzić w jakichś zrujnowanych domach, które nam przydzielono.

Ja chyba naprawdę wierzę w reinkarnację i to, że naprawdę to przeżyłam. To się śni zbyt często!
by jaskrawa
04.01.2012; 16:47
komentuj(1)


Nad morzem. Idziemy sobie z kumpelą z roboty, Kamilą. Dobra koleżanka, równa taka, konie można by z nią kraść. Spotykamy znajomą mi dziewczynę.
- Cześć! - mówię serdecznym tonem.
- Cześć... - dziewczyna odpowiada mi nieco zaskoczona.
Kamila odwraca się w moją stronę z dezaprobatą.
- Zadajesz się z Wodnymi Ludźmi?! - pyta z niesmakiem - Przecież oni śmierdzą! Zobacz, co ona ma na sobie! - Kamila krzywi się wyraźnie oburzona.
- Tak, zadaję się, oczywiście! To, co mówisz, to nieprawda! Jak możesz być tak nietolerancyjna? - odpowiadam spokojnie. Podchodzę do dziewczyny, zagaduję demonstrując swoją sympatię do niej, żeby utrzeć Kamili nosa.
- Co słychać? Dawno się nie widziałyśmy. Może spotkamy się jutro?
Dziewczyna jest wyraźnie zaskoczona. Ledwo się znamy, nie pamiętam nawet jej imienia.
- Chcesz się ze mną spotkać? - pyta nieśmiało.
- Jasne, czemu nie? Może jutro? Bardzo lubię Wodnych Ludzi, nie mam nic przeciwko wam! Nie wierzę w te mity o was.
Kamila odchodzi nie czekając na mnie, wyraźnie zdegustowana.

Tu sen się kończy.

Skąd się to, kurde, bierze w moim mózgu?
by jaskrawa
09.01.2012; 21:24
komentuj(12)

SBBW


Śniło mi się, że w pracy awansowałam na Szefa Biura Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
by jaskrawa
12.01.2012; 10:09
komentuj(4)

coś


Coś mi się chce. Malować? Pisać? Rysować? Niestety muszę powiedzieć, że wszystko mi jedno, co jest dowodem na to, że żadna z tych czynności nie jest moją pasją, chociaż chciałabym, aby chociaż jedna była. No trudno. Nie mam czasu, a gdy już mam trochę, to leżę bykiem, bo jestem przewałkowana przez dziecko. Gdyby jeszcze można było się z tym dzieckiem jakoś sensownie bawić. Lalkami, klockami. Rysować, malować, robić ludziki z kasztanów, urządzać teatrzyk, iść do kina na Króla Lwa Dwieście Drugiego, lepić bałwana, oglądać ptaki w parku, wymyślać imiona drzewom, bawić się w chowanego, czytać książeczki, piec ciasteczka, robić wycinanki, wymyślać bajki, pluć i łapać... Ale nie można. Za wcześnie. Teraz jest w koło Macieju - zabawka - grzechotka - grzechotka - zabawka - nudzi się? nosimy - gadamy do siebie - stoimy przy oknie - jemy - czworakujemy - spacer - ubieranie - rozbieranie - pieluszka - zabawka - grzechotka - gra? przekręca się? ojej... No nic, nie mogę narzekać. I tak jest dobrze, bo dziecko mam raczej grzeczne. Śpi tylko cholernie mało.
Postanawiam sobie, że gdy tylko będzie na tyle duża, by tatuś mógł zabrać ją gdzieś na cały dzień, to wyciągnę te farby, co je byłam od Mareckiego dostałam i namaluję to, co mi chodzi po głowie od jakiegoś czasu.
A potem napiszę z pięć stron mojej książki!
Albo nawet dziesięć. Może nawet dziesięć...

by jaskrawa
14.01.2012; 22:27
komentuj(10)

katarek w małym nosku


Maleństwo ma katar. Siorbie nosem, nic wyciągnąć sobie z niego nie pozwala. Dziś spałam może godzinę, może nie.
Wiele bym oddała, by ten katar przeszedł na mnie, a ją zostawił w spokoju. Katar jest straszny, nienawidzę go. Ale teraz wzięłabym nawet najcięższy, dwutygodniowy katar, taki z lejącą się z nosa toksyczną wodą, która rani skórę pod nosem, aż ta zaczyna pękać, mimo smarowania kremem. Byle tylko Maryś mogła sobie spać spokojnie, oddychać spokojnie... Najgorsze jest to, że ona nic nie rozumie, nie wie, czemu jej nosek nie działa tak, jak powinien, patrzy na mnie smutno, z wyrzutem.
No ale nic, parę dni i przejdzie. Przetrwać.
by jaskrawa
18.01.2012; 12:11
komentuj(1)

imiona


Agatka szuka (chociaż chyba znalazła...) imienia dla córeczki. Dlatego znów zainteresowała mnie ta tematyka.
Na stronie gorny.edu.pl można znaleźć listę imion nadawanych warszawskim dzieciom od lipca 2004.
I co?
W ubiegłym roku ktoś dał córeczce na imię Mrówka. Była malutka jak Mrówka? Synkowi - Elvis...
W 2010 również jeden Elvis... Cóż, Elvis wiecznie żywy.
2009 przyniósł wyczekanego przez rodziców Belzebuba, a 2008 Barabasza. Jacyś rodzice postanowili unieszczęśliwić swoją córkę imieniem Niunia. Milusio. W tym samym roku na świat przyszło też dziecię płci żeńskiej o imieniu Guantanamera. Spoko. Jak to zdrobnić? Guania? Gusia? Ja mówiłabym Gośka i już. 2007 kompletna nuda.
2006. Jak bardzo trzeba kochać komiksy, aby nazwać syna Thorgal? Może w 2012 będzie wysyp Nergalów... Sądzę, że brzmi równie uroczo.
2005 znowu Elvis. Kurczę, ciekawe czy ta trójka się spotka w szkole. Mogliby założyć zespół punkowy - Elvis Is Not Dead albo coś w tym rodzaju. Nie wiem, czy powinnam o tym imieniu w ogóle wspominać, bo niedługo będzie uchodziło za popularne i nikt nie będzie zszokowany.
Nie wspominam o Dżesikach i Brajanach, bo szkoda słów.
O dziwnych imionach w stylu Torkil (2004) również nie, bo może ich rodzice są z zagramanicy i to imię wcale nie jest ich głupim pomysłem.
by jaskrawa
19.01.2012; 15:11
komentuj(13)

siada


Siedzi już od dwóch miesięcy, a dzisiaj nauczyła się siadać! Teraz trenuje w łóżeczku i już wychodzi jej raz za razem.
Chyba też dziś odkryła, jak świetną zabawą może być zrzucanie grzechotki na podłogę. Wcześniej upuszczała je świadomie, owszem, gdy chciała wziąć jakąś inną, ale dziś wyraźnie zaczęła bawić się w upuszczanie i słuchanie, jak grzechotka głośno hałasuje, spadając. I śmieje się z tego głośno.
I uwielbia tę piosenkę. Za każdym razem, gdy słyszy początek, banan na ryjku.

Nancy Sinatra - Two Shots Of Happy, One Shot Of Sad

by jaskrawa
21.01.2012; 22:06
komentuj(7)

taka mała dziewczynka...


Cały dzień myślę o tej porwanej dziewczynce. Nie mogę przestać, nie mogę wyobrazić sobie, jak ogromne cierpienie przeżywa jej mama. Łzy napływają mi pod powieki...
Wrócić do pustego domu, oglądać puste łóżeczko, patrzeć na ubranka suszące się gdzieś może w łazience... To niewiarygodne. Jak można być tak podłym człowiekiem i zrobić coś takiego? Straszne, straszne, straszne. Chce mi się płakać, modlić, ale nie wiem do kogo.
by jaskrawa
25.01.2012; 21:56
komentuj(0)

carrot cake


Już drugi raz upiekłam ciasto (poprzednio było z jabłkami, teraz marchewkowe) w związku z tym, że zaprosiłam do nas mojego dawno nie widzianego kuzyna z rodziną. I już drugi raz kuzynek się odwołał, bo coś tam. Chciał wpaść w weekend, ale z kolei nas nie ma i tak się usiłujemy spotkać od miesiąca.
Trudno, całe zajebiste ciasto marchewkowe z cream cheese na wierzchu jest dla nas! Jakoś to zniesiemy...
by jaskrawa
27.01.2012; 09:59
komentuj(3)


Ciasto zjedzone. Dziś rano wciągnęłam ostatni kawałek. Sprytnie pozbyłam się też resztek dwóch innych ciast, które w weekend spakowała nam "teściowa" - zaprosiłam sąsiadkę. Niestety sąsiadka była jeszcze sprytniejsza i w podzięce za opiekę nad jej synkiem przyniosła mi pudełko merci. Szlag by to! Jeśli nie uczynię jakiegoś twardego i nieugiętego, jak skała i granit, i zimne żelazo, postanowienia poprawy, to cukier mnie wykończy. To idiotyczne. Słodzę, kurwa, herbatę z pokrzywy melasą, po to, by za chwilę zeżreć pół pudełka czekoladek z lidla.
Nie! Nie! Nie! Jutro ANI GRAMA cukru. Nażrę się daktyli.
by jaskrawa
30.01.2012; 22:43
komentuj(12)


Strasznie mi szkoda tej małej. Niemowlak potrzebuje mamy, przytulenia, z mamą czuje się bezpiecznie. A mama...
Przejęłam się.
Kamyk słusznie zauważyła, że nie ma co się przejmować jednym dzieckiem bardziej niż tysiącami umierającymi z głodu w Afryce. Ma rację.
Peter Singer pisze o obowiązku niesienia pomocy krajom najuboższym. Ma rację.
Chyba przez to wszystko jeszcze bardziej kocham moje dziecko.
by jaskrawa
04.02.2012; 11:38
komentuj(10)

jeden procent


Ja w tym roku tu:

http://sonyxperia.pl/kacperek/

Jeśli jeszcze nie masz pomysłu gdzie, to może właśnie dla Kacperka?
To siostrzeniec "znajomej" z ulubionego forum.
by jaskrawa
05.02.2012; 23:47
komentuj(4)

nie ma lekko


Marysia jakoś nie może zacząć raczkować. Potrafi już stanąć na czworakach, siada z czworaków, pełza. Jednak nie potrafi wykonać tego naprzemiennego ruchu nóżkami, skoordynować tego z rączkami. Biedna. W końcu się nauczy.
Rosną jej za to piękne górne jedynki i ma już cztery ząbki. Zajada chrupki kukurydziane i wafle ryżowe. Mam już duże dziecko.
Szukamy wakacji. W tym roku wakacje trochę wcześniej, bo Kapitan musi wykorzystać urlop ojcowski, zanim mała skończy roczek. Ponieważ mała jest mała, szukam ciepłego miejsca, gdzie będzie mogła "latać" bosymi stópkami (nawet jeśli nie będzie jeszcze chodziła, latać może, nie?) gdzie nie będzie trzeba nigdzie daleko chodzić z dzieciem etc.. Już się nie mogę doczekać. Kupię sobie kilka letnich sukieneczek, wezmę obciachowy kapelusz, który kupiłam nad morzem w zeszłym roku. Ach, biały piasek Fuerteventury już na nas czeka!
Właśnie patrzę, co wyprawia. Udało jej się przed chwilą wykonać ten naprzemienny ruch nóżkami, ale w miejscu! Nie dołączyła do tego rączek. Prześmieszne. A teraz czyta metkę pluszowego Prosiaczka.

Edycja wieczorna: Raczkuje. Raczkuje, a potem nie pamięta, jak to było. Kurna, moje dziecko jest mobilne!
by jaskrawa
10.02.2012; 12:07
komentuj(6)


Zaczęło się. Zasuwa do szafy, otwiera dolną szafkę i wywala ciuchy na podłogę. Wszystko musi obejrzeć, dotknąć, wsadzić sobie do dzioba. Życie takiego maluszka musi być fascynujące. Odkryła, że sama może dotrzeć w obszary dotychczas nieznane.
Dobrze mieć przyjaciół, którzy nas często odwiedzają. Zawsze jest pretekst, by kupić coś słodkiego.
Rewelacyjny film wczoraj obejrzelim. Wonder Boys. Jak nie zapomnę, to jebnę jutro notkę na rzutniku.blogu.plu. Film już dość stary i może trochę obciach teraz o nim pisać, ale co tam. To w końcu nie jest blog o filmowych nowościach.
Ciągle mi się jeść chce. Nie rozumiem, przecież już minął półmetek zimy. Obżeram się wieczorem, a budzę się w nocy z żołądkiem ściśniętym z głodu.

by jaskrawa
13.02.2012; 23:32
komentuj(9)

słomiana wdowa


Znowu słomiana wdowa. Od jutra do piątku. Ból, bo to oznacza opiekę nad dzieciem 24h na dobę, ale jednocześnie spoko, bo można:
1. Zostawić okruszki na blacie.
2. Nie ścielić łóżka.
3. Zostawić na wieczór porozwalane zabawki, ciuchy, szklanki, wszystko.
4. Olewać fakt, że jest niepozmywane, zamiast przejmować się, że się nie zdążyło, a może komuś przeszkadza burdel w kuchni.
5. Swobodnie przeglądać pudelka, bez obaw, że ktoś zajrzy nam przez ramię i zobaczy.
Szkoda, że nie mogę jarać petków i pić wina. No ale trudno, jeszcze trochę.
A Wy co robicie, gdy zostajecie sami w domu?
by jaskrawa
21.02.2012; 23:17
komentuj(9)

wiosna


Zaraz będzie! Już zabukowała bilet, zarezerwowała pokój, pakuje zielone walizki. Jej ekipa rozmraża już śniegi, zlewa obficie deszczem psie kupy, aby spłynęły do kanałów, zanim szefowa przybędzie.
A mnie coś rozkłada, katar jakiś się przyplątał, ale jak to te ostatnie katary, nie atakuje z pełną siłą, tylko jakby lżej. Mogę oddychać, nie mam obrzęku w nosie.
Podoba Wam się ta piosenka, co to jest na pierwszym miejscu na liście trójkowej? Jak dla mnie to trochę słabo, że taki zwyczajny, przeciętny kawałek jest na topie. W porównaniu z tym całym genialnym Gotye i Adele - dno.
by jaskrawa
24.02.2012; 14:38
komentuj(35)


Ponieważ poprzednia notka już się zdezaktualizowała, czas na kolejną.
Zrobiłam dziś tahini na słodko z dodatkiem kakao i masła orzechowego. Bez cukru! Prawie jak nutella... No, może niezupełnie, ale i tak pyszne.
Dziś byłam na poczcie, odebrać awizowany list. Okazał się być pitem. Pitu pitu. Strasznie późno mi to firma wysyła i potem się wszyscy dziwią, że ja na ostatnią chwilę wypełniam.
Pączek się właśnie obudził, a spał trzy godziny. Prawie zapomniałam, że mam jakieś dziecko.
Na wakacje na Kanary jednak nie polecim. Za drogo kurde, sorry, ale lepiej jednak poczekać do czerwca i lecieć do jakiejś tam Grecji, gdzie w czerwcu będzie już całkiem przyzwoicie. Skoro i tak mamy lecieć w miejsce, gdzie nuda basenu i plaży, to lepiej taniej. A na urlop kwietniowy jedziemy chyba nad nasze morze. Ale nas wydyma!
Z lektur obowiązkowych: Nowoczesne zasady odżywiania T. Colina Campbella. Zajebiste! To przerażające, jak bardzo jesteśmy zmanipulowani przez producentów żywności, reklamy, mleczarskie i mięsne lobby. A jeśli ktoś ośmieli się iść im na przekór, to reszta nazywa to "eksperymentowaniem" na sobie (i dzieciach co gorsza!). Nikt nie zauważa, że jedna trzecia z nas zachoruje na raka (że nie wspomnę o chorobach układu krążenia, tu statystyki wyglądają jeszcze gorzej).
by jaskrawa
05.03.2012; 18:46
komentuj(13)

papu papu


Mała w końcu zaczęła się rozkręcać z jedzeniem. Bierze ode mnie łyżkę "zupki" i sama wkłada sobie do dzioba. Zazwyczaj w połowie posiłku zgłasza chęć samodzielnego zamaczania łyżeczki w miseczce celem nabrania strawy. Dni, kiedy pozwalała się nakarmić łyżeczką, można policzyć na palcach jednej ręki, a zresztą już minęły chyba bezpowrotnie. Krótko mówiąc - moje dziecko nie pozwoli wmusić w siebie jedzenia wtedy, kiedy nie ma na jedzenie ochoty. Sama dzierży łyżkę, gdy jest głodna, a dziś zjadła mi pół pajdki chleba (z masłem). Sama, sama, sama. Nie wiem, jak robią to inni rodzice, że ich dzieci tak chętnie otwierają dziobki i pozwalają wtłaczać w siebie jedzenie. Poza zupką warzywno - kaszową, z łyżeczki, zjada trochę chlebka, chrupki kukurydziane, wafle ryżowe (raz czy dwa zjadła nawet trochę ze smarowidłem z awokado i masła orzechowego), ssie kiszone ogórki, a codziennie rano wcina kaszkę jaglaną z jabłkiem, bakaliami, zmielonymi pestkami i odrobinką siemienia. I tę kaszkę wcina najchętniej. Niestety nie przepada za jabłkiem solo, więc ucieram jej go trochę do tej porannej kaszki. Czasem wchłonie kawałek banana. Muszę zacząć jej więcej owoców dawać, może znowu powinny się w domu pojawić gruszki, do niedawna nie chciała ich jeść. No i może kiwi, ma dużo witaminy C. Kiwi też poprzednio nie chciała i tym sposobem żywimy się jabłkami.
Raczkuje zawzięcie całe dnie po domu, tylko słychać klapanie małych łapek po parkiecie. Próbuje już trochę wstawać na nóżki, ale jeszcze nie umie. Mało mamy w domu sprzętów odpowiedniej wysokości, by mogła się złapać i podciągnąć. Wersalka i fotele troszkę za wysokie, w łóżeczku zbyt długo nie chce być, nasze łóżko ma z boku taką dechę, jednak chyba to zbyt śliskie dla małych rączek. Zatem kiedy tylko przysiądę przy niej na dywanie, próbuje wspiąć się na mnie. Staje na nóżki, ale tylko w pozycji pochylonej, nie umie się przy tym wyprostować.
Taka notka - niezapominajka, żeby za jakiś rok móc porównać, jak się nam dziecię zmienia.
I tak o. Jakoś żyjemy. Nawet dobrze.
W ostatni weekend nałaziliśmy się po okolicy z małą na plecach. Zawiązałam ją w naszą piękną chustę i tak sobie szliśmy. Jednak sama nie mam jakoś odwagi z nią wyjść zachustowaną. Boję się, że jej uszy z czapki powyłażą alboco, a ja nawet nie będę mogła jej jakoś poprawić, sięgnąć, zobaczyć, co się z nią dzieje tam z tyłu. Wiązanie z przodu to zupełnie co innego, ale Maryś już za ciężka do takiej zabawy.
by jaskrawa
09.03.2012; 19:04
komentuj(3)


Spędziliśmy przemiły weekend. W sobotę byliśmy w Twierdzy Modlin. Urochomilim Kluskę, a na miejscu ochustowaliśmy Marysię i zrobiliśmy sobie spacer. Zdążyliśmy przed deszczem wrócić na parking i wstąpić do tamtejszej restauracji, gdzie zeżarliśmy se obiadek. Pani kelnerka milutka. Marysia grzeczna, jeno zrzuciła łapką obrazek ze ściany. Na szczęście się nie uszkodził.
W niedzielę zaś byliśmy u Kapitanowej babci. Babcia, jak to babcia. Zachwycona prawnusią. Prawnusia zachwycona babcią.
A w tacierzyński urlop Kapitana jedziemy jednak nad morze. Już czuję zew przygody. Uwielbiam stacje benzynowe, drogi przez las, pola, łąki i mosty, przydrożne zajazdy, parkingi. Jedzenie kanapek, śpiewanie piosenek, gapienie się w okno. Tak. To jest jedna z najbardziej ulubionych rzeczy na świecie.
by jaskrawa
12.03.2012; 14:42
komentuj(7)

...


Codziennie przychodzi mi do głowy coś, co chciałabym napisać, jednak gdy siadam przed komputerem, wszystko gdzieś umyka. W ogóle ostatnio wiele rzeczy tradycyjnie odkładam na później. Mityczne później nigdy nie nadchodzi. Żyję z dnia na dzień, z reguły niewyspana. Codziennie zbiera się góra garów do zmywania. Gdy już mam chwilę dla siebie, marnuję ją przed kompem, czytając bzdury albo czytam książkę czy gazetę.
Rutyna domowa męczy, nie ma co. To samo dzień w dzień. Ścielenie łóżka, gotowanie kaszki dla siebie i Mani (dziś nie zjadła, bo zrobiłam paskudną - niepotrzebnie dodałam do niej zmielonych orzechów nerkowca, które owszem, są pyszne, ale zdecydowanie nie pasują do jabłka i rodzynek), czyszczenie Mani po kaszce, wycieranie podłogi z kaszki. Potem obiad, spacer w kółko po tych samych alejkach i uliczkach. Wieczorem siedzimy w trójkę albo przychodzą ludzie i opowiadają, co się dzieje na świecie.
Wszystko, co na zewnątrz, stało się jakieś odległe, bez znaczenia. To nie tak, że liczy się tylko dziecko. Liczy się nadal wszystko to, co liczyło się wcześniej. Ale gdy człowiek zobaczy, że można się bez tego obejść, zmienia się podejście.
A jednak nie mogę się doczekać wyjazdu na wakacje, odetchnięcia morskim powietrzem, chodzenia po piasku. Proste przyjemności.
Nie wiem, kiedy wrócę do pracy i w ogóle jak to się odbędzie. Żłobek państwowy - niewielkie szanse, prywatny pożarłby większość mojej pensji, tak samo wynagrodzenie dla niani. Zastanawiamy się, jak to wszystko w ogóle urządzić.
Chciałam coś jeszcze, ale nie mogę, bo Marysia przyszła i skubie mnie tu po nogach...
by jaskrawa
16.03.2012; 12:06
komentuj(21)

robi się grubo


Jeśli chcecie mieć dziecko z głowy - dajcie mu kawałek pomarańczy.
Tak, cytrusy zaleca się podawać dopiero po ukończeniu roku.
Tak, Marysia je uwielbia. Tak jak i kiszone ogórki.
Tak, dajemy jej kiszone ogórki.
Tak, potrzebujemy chwili spokoju, a jest ich coraz mniej. Raczkuje, wstaje, coraz bardziej głośno i stanowczo domaga się dostępu do niedostępnych dla niej rzeczy.
Tak, trochę się obawiam, czy nie będę bohaterką kolejnego odcinka "Superniani".
Na razie dajemy radę i nasze dziecko może uchodzić za małego aniołka, ale nie wiem, jak to będzie dalej.
(Ku pamięci: Od jakiegoś tygodnia zaczęła wstawać przy meblach!)

Tak, nadal chcę drugie dziecko.
I tak o.

Ej, widzieliście te gwiazdy w pasażu Wiecha? Tam jest m.in. gwiazda Nicolasa Cage'a. Z cytatem. Nicolas Cage powiedział "Nie trać najlepszych rzeczy w życiu, tylko dlatego, że nie jesteś ich pewny". Filozof z tego Nicolasa, co nie?

by jaskrawa
25.03.2012; 21:08
komentuj(10)


Obudziłam się na nowo. Może to zabrzmi śmiesznie. Może to zabrzmi tragicznie. Jednak muszę o tym napisać. W sobotę, wieczorem (a jakże!), byłam W KNAJPIE (i) NA KONCERCIE!
Wchodząc do środka, czułam się jak dzikus z lasu. Po porodzie moje jedyne wyjścia to pobliskie kawiarnie lub wyskoki z dzieckiem, na żarcie. A tu piwo, wylansowana młodzież, głośna muzyka, ho ho ho...

http://moja-anatomia.blogspot.com/p/lewinska-affair-songs.html

Nie można jeszcze ich znaleźć na jutjubie (ja nie znalazłam), ale z pewnością to tylko kwestia czasu. Niestety byłam tylko na pierwszej części koncertu, potem przyjechał Kapitan z dzidziolem na pokładzie i musiałam spadać, celem nakarmienia dzidziola i położenia go spać.
Mimo że byłam tylko na kawałku koncertu, zdążyłam usłyszeć kilka naprawdę dobrych kawałków, w tym jeden absolutnie przepiękny. A mnie naprawdę mało co rusza, jeśli chodzi o muzykę. Zatem czekam na możliwość usłyszenia ich ponownie.

A przed koncertem spotkanie z Mama-mią. Dobrze jest odnawiać stare dobre kontakty ze starych dobrych czasów. Czasów picia wódki, łażenia po Pradze, papierosów na śniadanie, rozlazłych imprez. Trochę tęsknię, ale nie tak bardzo. Nie zawsze było różowo. Permanentny brak forsy, doły, depresje, bezsensowne zakochania i takie tam. Wszystko ma swoją cenę.
by jaskrawa
02.04.2012; 10:03
komentuj(12)

święto wiosny


Okna umyte, można świętować. Sałatka z fasoli się robi, płaczę po cebuli.
Udało nam się w końcu znaleźć tę naszą działkę. Czekała na nas i pewnie miała sporo obaw, że jednak wybierzemy inną. Te inne zachwalali rozmaici agenci, dwoili się i troili, przekonywali, kłamali, zachęcali, łasili się do nas. Jednak nie daliśmy się nabrać. Wiedzieliśmy, że nikt nie pokazał nam naszej działki. Sami ją znaleźliśmy, była, o, tam!
Zatem za jakiś czas będziemy mieszkać na Zadupiu. Cudownym.


by jaskrawa
07.04.2012; 14:21
komentuj(3)

coś mnie bierze


Pobolewa gardło, a ciało ogólnie rozbite jak namiot. Zjadłam makaron z makiem, a teraz żrę zimnego ogórka kiszonego, popijając gorącą herbatą. Zauważyłam, że po zeżarciu czegoś zimnego prosto z lodówki przechodzi ból gardła. Przynajmniej na jakiś czas, a potem trzeba zjeść kolejną zimną rzecz. Minęły już czasy łykania cholinexów (pamiętacie? "cholinex chuj!"). Modlę się teraz do Światowida, aby nie zjawił się katar. Wszystko zniosę, ale nie katar. Ja na katar umieram! Może nie będzie tak źle? Tej zimy choroba kilka razy próbowała sforsować twierdzę mojego układu odpornościowego, ale póki co niewiele jej się udało zdobyć. Raz katar, raz czy dwa ból gardła, który minął po kilku godzinach.
Za niecały tydzień nad morze. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Wydyma nas tylko i wrócimy jak niepyszni na ciepłe niziny. Ale może nie?
Dobra, idę se poczytać Donosy na Kisiela, lekturę przerwaną niedawno na rzecz Nowoczesnych metod odżywiania, niejakiego T. Colina Campbella. Donosy polecam, Campbella też, ale tego drugiego na pewno prawie nikt nie chciałby czytać. Właśnie na tym polega paradoks dobrych, ale niewygodnych rad. Nikt nie chce ich słuchać, więc powinny tracić rację bytu. A jednak poradniki ktoś kupuje... Może to dlatego, że wciąż szukamy rad, ale takich, które potwierdzą, że robimy dobrze i nic nie musimy zmieniać?
by jaskrawa
12.04.2012; 20:09
komentuj(3)

sezon biegowy rozpoczęty


Po raz trzeci w tym sezonie rozpoczęłam sezon biegowy. Zawsze rozpoczynam, a potem gówno z tego wychodzi, bo jakoś nie wychodzi. Rano się nie da, bo z Marysią wstajemy zazwyczaj wtedy, gdy tata już idzie do roboty, po południu jestem zazwyczaj jakaś rozwalona i zmęczona po całym dniu z bachorem, wieczorem jest cimno i trochę nieswojo mi biegać po niedoświetlonym parku. Głupie takie tłumaczenia, bo jednak mogłabym chociaż co drugi dzień, po południu, przełamać się na pół, założyć buty i wyczłapać chociaż te pięć kilometrów.
Cienki Bolek jestem, dzisiaj miałam po prostu zapaść, zawał i udar czaszki już po dwudziestu minutach, ale to pewnie dlatego, że pierwszy raz w tym sezonie biegałam bez śniadanka, bo od samego srańca. Gdy ostatnio zdarzyło mi się biegać, ale po południu, biegałam sobie swobodnie jak wyżeł, przez pół godziny i bez wyplucia płuc. Mogłam nawet dłużej, ale nuda popędziła mnie do domu. Trzeba reaktywować empetrójkę, nawet nie pamiętam, gdzie ją wsadziłam, mam nadzieję, że jeszcze gdzieś jest.
Ja mam takie fazy na empetrójkę. Przez kilka miesięcy słucham non stop, a potem rzucam w kąt i długa przerwa. Ostatnio słuchałam jej jakiś rok temu, a może nawet jeszcze dawniej. Może to wynika z tego, że dla mnie muzyka jest przyjemnością okazyjną, wymagającą jakiejś oprawy? Gdy przemierzaliśmy Islandię, nie wyobrażałam sobie tych wielu godzin w autobusie spędzonych bez muzyki w uszach. Na zapętlenie słuchałam wtedy Tiny Vipers, bo głos Jessy i gitara komponowały się z kilometrami pustki, gór, niekończących się wodospadów. A w Warszawie, w tramwaju, na zapętlenie Magda Umer i piosenki Osieckiej. Piosenki o zwykłych ludziach, o szpetnych czterdziestoletnich, a ja widziałam ich w tramwajach. Dom i samotna wolność, słomiane wdowieństwo, wymagały zawsze oprawy młodzieńczej i buntowniczej. Zatem grunge z Seattle i takie tam. A teraz, przy dziecku, jakoś nie mam nastroju i tylko Trójka leci z cicha.
Nigdy nie byłam prawdziwym fanem muzyki, mimo że czasem obsesyjnie słucham jednej płyty lub utworu. A rzadko zjawia się coś, co wywołuje obsesję. Gdyby ktoś zapytał - muzyka czy książki, to ja książki.
by jaskrawa
15.04.2012; 10:24
komentuj(1)

jak co roku - o rozliczeniu pita


Rozliczyłam się ELEKTRONICZNIE. Love internet! Love Ministerstwo Finansów! Love wszyscy!
Nie stałam na poczcie, nie stałam w skarbówce, normalnie nic się nie stało!
Dlaczego dopiero teraz? Jakieś trzy lata temu (trzy? może dwa, może cztery, nie pamiętam), gdy po raz pierwszy można było rozliczać się ELEKTRONICZNIE (love elektronicznie, po wsze czasy!), próbowałam to zrobić i jeden wielki chuj z tego wyszedł. Dokument utknął gdzieś w odmętach kabli i diabli wiedzieli, czy go w ogóle wysłałam, czy też nie, nie dostałam numeru referencyjnego czy jakiegoś tam, i tak musiałam w końcu zasuwać na pocztę. Zatem w następnych latach programowo olewałam wszelkie namowy, by rozliczać się przez net. Karnie dreptałam do skarbówki (mam blisko).
A jednak. Brat Kapitana mnie przekonał. I rzeczywiście - wszystko poszło jak po maśle. Ekstra, nie?
by jaskrawa
16.04.2012; 21:34
komentuj(1)

dżurata


Od trzech dni w Juracie. Pogoda w kratkę, ale i tak cieszymy się jak małe pieski, że w ogóle wyjechaliśmy! Pozdrawiamy.
by jaskrawa
21.04.2012; 08:24
komentuj(11)

i po


Byłam na Helu już dwa lub trzy razy, ale zawsze jakoś się do tej Jastarni trafiało. W Jastarni jest trochę interesujących stareńkich rybackich chatynek, ale tak poza tym obrosła w klocki-pensjonaty. Brzydkie, niespójne to wszystko, rozlane jakieś.
Zaś Jurata to piękny kurort pełną gębą. Stare wille otoczone nowymi, modne drewniane elewacje, duże przeszklenia, widoki na zatokę, apartamenta... A wszystko porośnięte lasem, pięknymi sosnami i nie tylko. Całość trochę psuje paskudny wojskowy ośrodek wypoczynkowy dla starych ubeków, ale i tak wszystkie brzydactwa neutralizują drzewa, więc może być.
Przed sezonem warto jechać! Pusta plaża, dziewiczy biały piasek nietknięty ludzką stopą, nocleg za pół ceny.
Co robić nad morzem, gdy na kąpiele i opalanie za zimno?
Spacerować; budować zamki z piasku; biegać po plaży w słońcu, rozgrzewając się tak, że wydaje się, że to lato i aż chcieć ochłodzić się w morzu; łazić po molo; żreć gofry i lody; jeździć do Helu na całkiem niezłą pizzę; stawiać stopy na czystym piasku, pokrywając jego gładką, niezmąconą powierzchnię śladami stóp; wychodzić na plażę, ciesząc się tym niepowtarzalnym widokiem, gdy się jest jeszcze w lasku, na wydmach, a morze już widać, błękitne jak na Malediwach; po raz kolejny dziwić się tym cudem natury, jakim jest mierzeja, że tu zatoka, a tu morze, tak blisko; biegać po lesie; wbiegać bosymi stopami do morza, by za chwilę wybiec, z krzykiem, bo aż bolą od zimna; siedzieć na plaży i gapić się przed siebie; spotykać się z Ynez; robić zdjęcia; w deszczowy i zimny dzień gapić się na Discovery Chanel...
A co robiła Marysia? Marysia raczkowała po piasku, jadła piasek, niszczyła zamek niczym Godzilla, stała przy wielkim oknie w naszym pokoju i nawalała łapkami w szybę, ściągała nam z nosów okulary przeciwsłoneczne, śmiała się, gdy jej tata zanurzał na chwilę jej nóżki w morzu, włączała i wyłączała telewizor...
Co do telewizora - doszłam do jednego wniosku: dobrze, że go nie mamy. Straszna nuda. Discovery fajne. Program o gościach, którzy kupują stare samochody, trochę je naprawiają, pucują i sprzedają za kilkaset funtów więcej. Albo program o pewnym młodym iluzjoniście. Dobrze się to ogląda, ale ile można? Tydzień nam wystarczył.
Jasne, gdyby mieć jakieś HBO albo Canal+ i dostawę dobrych filmów, może miałoby to sens. To jednak za mało, by ryzykować zdrowie psychiczne swoje i swojego dziecka. Każdy wie, jak to się kończy. Nie kończy się. Najpierw jest dobry film, a potem shit, ale i tak pudło włączone. Over my dead body!
by jaskrawa
04.05.2012; 12:33
komentuj(3)

Z D A Ł A M !!!!!!!!!!1


Przyszedł ten dzień.
Dzisiaj, to znaczy wczoraj. Jedenastego znaczy się. Ale jeszcze spać nie poszłam, więc dzisiaj.
Podejście numer pięć.
Tak, byłam ponad miesiąc temu po raz czwarty (a pierwszy po urodzeniu Marysi), ale już nie chciało mi się o tym pisać, mówić nikomu, opowiadać potem, dlaczego znowu się nie udało, narzekać, że egzaminator chuj, piesi chuje, bo chodzą, samochody chuje, bo jeżdżą. I tramwaje. I autobusy czerwone.
A dzisiaj się udało!!!!!!!!!!!!1 Matko, jakie szczęście, mieć to z głowy, dożywotnio, bezterminowo, koniec, ja pierdolę!
Sama nie wiem, jakim cudem.
W dodatku totalna kompromitacja na samym początku. Pomyliłam wlew płynu hamulcowego z jakimś innym. Potem światło stopu sprawdzałam, zamiast cofania. Zupełna wtopa, porażka, plama, facepalm do kwadratu. Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, zawsze placyk i te wszystkie przygotowania do jazdy to była jakaś formalność, a tylko miasto było problemem.
Może dlatego wszystko mi się pojebało, bo egzaminator od początku wyglądał na całkowitego dupka. Nie uśmiechnął się ani razu, nieprzyjemny, opryskliwy. Buc przez wielkie B. "Już oblałam", myślę sobie. Popieprzyłam te wlewy, wszystko. Źle, chciałam już do domu, żeby koniec, ręce drżące, nogi, pot z czoła. Dlaczego ja się tak denerwuję na tych egzaminach? Bez sensu, bez kredensu, bez szafy nawet. Jeszcze raz kazał mi pokazać, zastanowić się.
Se myślę "Oja, musi mieć mnie za kompletną wariatkę". Bo co? Dziewczyna nad sobą nie panuje, bredzi, niepoczytalna jakaś. Byłam na sto dwadzieścia procent pewna, że już po wszystkim, że teraz tylko poczeka, aż popełnię jakiś głupi błąd i uwali mnie za ogólny imidż. No ale co? Nie miałam odwagi się wycofać, robiłam, co mi kazano. No więc jakoś się ogarnęłam, wlew strzeliłam zupełnie na oślep, trafiłam. Przećwiczone to przecież, proste, banalne, wystarczy zapamiętać cztery wlewy. Dlaczego zapomniałam? Ech, machnąć ręką Z tym światłem nagle też mnie oświeciło! Jak to! Przecież koleś kazał mi COFANIA, więc dlaczego ja mu stop? Nie, no nie, nie mogę. Jestem największą pierdołą w tym sektorze galaktyki. Dobra, przygotować się do jazdy, włączyć silnik. Uf! Trafiłam z wlewem. Łuczek i górka, algorytm wyuczonych ruchów, masło i bułka. Dalej - znowu facepalm, double tym razem. Zgasł mi silnik tuż za placykiem. Nie czuję sprzęgła, nie umiem skręcić. Nogi trzęsą mi się na pedałach, to dlatego. Co się ze mną dzieje?
Facet pewnie myśli, że zaraz w coś wjadę albo zacznę krzyczeć albo śpiewać albo co. Jadę. Wyjeżdżam z ośrodka, w prawo, w Radarową, dalej w lewo w Lechicką, przepuszczam jakieś autko na lewoskręcie, gładko biegi, wszystko. Nie myślę o niczym. Przypominam sobie tylko postanowienie z kiedyś tam, że trzeba sobie wkręcić, że to nie jest egzamin, tylko podwożę kogoś, kto mi wskazuje drogę, bo ja jej nie znam.
Z Lechickiej oczywiście w lewo w Al. Krakowską. Przepuszczam jedno auto, które jechało prosto, ale nawet nie muszę się zatrzymywać, bo gościu przejeżdża, zanim ja dotrę do miejsca, gdzie miałabym czekać. Zwalniam tylko, wrzucam dwójkę i dzida na prawy pas. A egzaminejtor mi mówi, że na następnym skrzyżowaniu zawracamy. Gładko przebijam się w lewo, książkowo wszystko, jakiś miły kierowca wyraźnie mnie wpuszcza. Na rondzie Krakowska/Hynka jadę idealnie. Kurwa, jak można tam źle pojechać, skoro się to ćwiczy i ćwiczy, again and again, te same miejsca? Paranoja.
Zawracam i znowu Krakowska. Jedziemy, jedziemy i jedziemy, prosto. Staram się nawet czerpać przyjemność z jazdy, ruszam gładko, redukuję biegi ślicznie, hamując silnikiem. Dobrze. Cały czas zastanawiam się, na czym obleję.
Skręcamy w prawo gdzieś, W Racławicką? Nie pamiętam. Kręcimy się w rejonie Pruszkowskiej, Mołdawskiej. Zatrzymanie w wyznaczonym miejscu - książkowe. Nigdy chyba mi tak dobrze to nie wyszło. Na Pruszkowskiej parkuję. Idealnie, ale potem wyjeżdżam z miejsca jak ostatnia pierdoła, grzebiąc się z tym niemożebnie. Gościu mnie opierdala za to. Kulę się w sobie, czując jak pot spływa mi po czole. Przepraszam, bąkam coś bez sensu, silę się na uprzejmość, mimo że mnie biją, upokarzają.
Zawracanie w jakiejś bramie - dobrze, ale potem znowu trochę się grzebię z wyjechaniem. W wąskiej uliczce przepuszcza mnie jakiś "uprzejmy". Informuję o tym egzaminatora, że "korzystając z uprzejmości kierowcy, jadę" Żeby nie było, że wymuszam pierwszeństwo włączając się do ruchu. Znowu opierdol, że za wolno. A ja się chciałam zasekurować tą gadką, normalnie przecież już dawno by mnie tam nie było. Koleś nie pojął.
Dobra tam, jadę dalej, już nic nie myślę, pocę się, raz przypadkiem dotykam swojego czoła dłonią. Panta rei.
Mołdawska - książkowy wyjazd z jednokierunkowej.
Znak stop w tamtym rejonie, przepuszczam przed nim pieszych, grzecznie, wszystko cacy.
W końcu jedziemy stamtąd w stronę Żwirek. Żwirkami w stronę Hynka. Jeszcze jakiś jebany rowerzysta, którego muszę dwa razy wyprzedzać. Pierwszy raz gładko, a potem my stoimy na czerwonym, a on nas wyprzedza, nie zatrzymuje się, dopiero potem stoi na środku skrzyżowania i czeka na zmianę świateł, dureń. Egzaminejtor pulta się, że głupi ten rowerzysta, że co on robi. O! Punkt porozumienia mamy! Bo ja też nienawidzę tego rowerzysty! Też się pultam, że dureń, że co on robi, że w ogóle psia jucha! Razem się pultamy, wespół zespół, przyjaźń i ogólne porozumienie bez barier.
Dobra, znowu trzeba wyprzedzić rowerzystę, tym razem ciężko, bo ten se jedzie mi prawie przed maską, a po lewej wszyscy zapierdalają setką, w odstępach trzycentymetrowych. Jadę więc jak dupa wołowa za rowerzystą, ten w końcu gdzieś w prawo odbija, do widzenia, baranie. Dalej tragedia się zdarza. Kończy się prawy pas, którym oczywiście przepisowo jadę. O matko! A po lewej nadal tak samo gęsto i szybko. Co robić, co robić? Wgapiam się w lewe lusterko, zwalniam maksymalnie. Nic. I co? Wyrżnęłam w krawężnik! Bo nie zauważam, że ten pas już się kończy, tak bardzo skupiam się na tym, by go opuścić. Jezus Maria! Egzaminator hamuje i ostro mnie ochrzania. Na szczęście jechałam już dwa na godzinę, więc nie ma żadnego wypadku śmiertelnego ani też końca świata. Ae egzaminejtor wściekły jak dzik.
Co pani? Jak pani? Nie mieści się pani w pasie ruchu???!!!!"
Zamieram jak trusia. Ruszam, aut po lewej już nie ma. Spodziewam się mocnego ciosu pięści egzaminejtora, w prawy policzek, ale nic się nie dzieje. Ruszamy. Jedziemy. Nic się nie dzieje. Jak to?
Dobra, jedziemy dalej. Żwirkami w Hynka. Czyżby koniec? No dobra, widać gościu stwierdził, że ma mnie dosyć i chce do domu. Zbliżamy się do Radarowej. Yyyyy? Każe skręcić w prawo. Wyobrażam sobie, że w Radarową dopiero, a jeszcze jest do niej z 200 metrów, więc nie włączam kierunkowskazu chwilowo.
"W PRAWO!" ponagla mnie egzaminejtor. Myśli, że zapomniałam o kierunkowskazie.
"A, już tutaj?" - tłumaczę swoje gapiostwo.
Przede mną już tylko brama ośrodka...
Jadę wolno jak tylko mogę, bo boję się własnego cienia. Nogi jak z waty, ja rozpuszczona jak lody, które komuś wypadły z wafelka na rozgrzany asfalt.
Podjeżdżam do otwierającej się bramy.
Wtem z ciemności wychynął Pieszy!
Egzaminejtor hamuje przede mną. Widzę pieszego i też hamuję, bez żadnych problemów zahamowałabym i nie wjechała w kolesia, bo jadę bardzo wolno, ale fakt jest faktem, że egzaminejtor był pierwszy.
O nie! Nie! Nie! Koniec! Tu mnie obleje, przed samą bramą! Kuuurrrwaaa, mamusiu!
Nic się nie dzieje. Brama ośrodka otworzyła się, pieszy przeszedł. Ja stoję. Stupor. Ciosu w policzek nie ma. Ułamek sekundy, ruszam. Jeszcze paskudnie wjeżdżam, bo znowu mi telepie się auto, bo już prawie stanęłam, a sprzęgła nie wcisnęłam. Inaczej to działa, niż samochód instruktorki, tam by nie telepało jeszcze. To w ogóle dziwne, bo na mieście nie mam żadnych problemów z samochodem, sprzęgłem, biegami. Już od dawna nie mam takich problemów, kurwa, wyjeździłam już ze dwa miliony godzin!
Gościu nadal zły jak osa i wkurzony, każe mi parkować gdzieś tam prostopadle. Parkuję, wyłączam światła, robię, co mi każe.
Egzamin zakończony, wynik pozytywny.
Nie wiem, co on jeszcze mówi, coś tam mówi, formułki jakieś po prostu, wypełnia tę kartkę, ptaszki wstawia.
Żadnego komentarza, nic.
Dziękuję mu dwa razy i jeszcze się jak ta głupia pinda tłumaczę, że stres mnie zeżarł trochę, ale dziękuję, dziękuję.
I co? Jednak bardzo porządny człowiek z tego egzaminejtora, niech mu się dobrze wiedzie, dużo zdrowia!
Moja instraktorka powiedziała, że z tym krawężnikiem to zależy od ich humoru. Bo jedna jej kursantka też wjechała i egzaminator tylko się uśmiechnął i sobie zażartował. A inną przez to oblano. Tak to się zdaje egzaminy w Polsce.
Ale dobra, mam, udało się. Chociaż to upokarzająca procedura, relacja jak pan i niewolnik. Ale zasłużyłam na to, by zdać, naprawdę jeżdżę jakoś tam w miarę, nie stwarzam zagrożenia raczej.
I tak o. Spać idę, może w końcu zasnę.
by jaskrawa
12.05.2012; 01:11
komentuj(6)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl