noworoczne postanowienia


Wiecie co? Po przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że mam w dupie noworoczne postanowienia. Przecież to i tak nie działa. Zapominam o nich najpóźniej 3 stycznia.
Albo nie. Mam jedno postanowienie: Robić swoje.
Czeka mnie rok inny niż jakikolwiek do tej pory, więc co ja w ogóle mogę postanowić?
Na pewno mam jeszcze parę miesięcy na dokończenie rozgrzebanych spraw typu prawko i obrona, a później to już będzie rockandrollowa jazda bez trzymanki.

A hasłem minionego roku ogłaszam tekst "przypuszczam, że wątpię", zaczerpnięty z przeróbki pt. Moda na suknie.

by jaskrawa
01.01.2011; 22:03
komentuj(11)

guzik prawda, że "lubię to"


Kilogramy mandarynek zjadam.
Fantastyczny wieczór wczoraj spędziliśmy. O ile spotkanie się na żywo w przytulnej knajpce jest lepsze, niż jakiś fejs-zbuk!
Najbardziej irytuje mnie to wszędobylskie "bądź pierwszym znajomym (tu pytanie - czyim?), który to lubi". Albo "20 znajomych to lubi".
Ręce opadają. Kto to tłumaczył?
Jakoś można tego fejs-zbuka przełknąć pod artykułami z dziedziny rozrywki, ale pod newsem o, dajmy na to, katastrofie lotniczej? Bądź pierwszym znajomym, który lubi katastrofy? Najbardziej zadziwiające jest to, że TO pojawia się dosłownie wszędzie (nawet na całkiem poważnych portalach), a nikt nie pomyślał, żeby to jakoś skorygować, dostosować do języka polskiego, cokolwiek. 
Rozumiem, że fejs-zbuk może być dobrą rozrywką, sposobem na przekazanie informacji, ale... nie chcę się w to pakować, nie chcę spędzać więcej czasu w wirtualnym świecie. Trochę się boję, że za kilka lat e-mail nie wystarczy, będzie trzeba mieć konto na portalu społecznościowym, żeby nie być wykluczonym poza nawias społeczeństwa. Jak teraz ludzie bez telefonów komórkowych. W ten sposób wmawiają nam, że pewne rzeczy są mi potrzebne, podczas, gdy wcale nie są. Jeśli ktoś chce mi przekazać info o ciekawym artykule czy wydarzeniu, może wysłać mi link mailem, czy to takie czasochłonne?
To trochę tak jak z manicure'em. Słyszałam kiedyś, że absolutnie niedopuszczalne jest obcinanie paznokci cążkami, bo to powoduje ich pękanie i osłabienie. Paznokcie należy piłować lub przycinać, najlepiej, jeśli zrobi to profesjonalista. Cóż, ja całe życie obcinam paznokcie na krótko cążkami, jakoś nie czuję się z tego powodu nieszczęśliwa. Wprost przeciwnie, rzekłabym. Parę złotych oszczędzonych na kosmetyczce wolę wydać na coś innego, na przykład kilo mandarynek (nie chodzi mi o to, że powinniśmy się ubrać w worki po ziemniakach i mieć w dupie to jak wyglądamy).
Postanowiłam (noworocznie, ma się rozumieć) spędzać mniej czasu w necie. Przed kompem - owszem. Mam w końcu kilka rzeczy do napisania. Net? Kilka ulubionych blogów, wiadomości, poczta i klik, zamykamy okienko. A ja wpadłam w jakąś czarną dziurę nadmiaru czasu, jakby był dobrem nieskończonym. A przecież nie jest.

by jaskrawa
04.01.2011; 15:28
komentuj(11)

po usb


Dziewczynka!
Popłakałam się. Ze szczęścia.
Teraz można lecieć z imionami! Ma być krótkie, w miarę międzynarodowe (czyli np. Zdzisława odpada), uniwersalne, ładne, nie za słodkie, nie za gorzkie.

Edit: Zapomniałam dodać, że ma być polskie. Polskie, ale takie, które w innym języku da się też wymówić w miarę łatwo.
Kto wygra konkurs i znajdzie imię, które zaakceptujemy, będzie w nagrodę dostawał dziecko co roku na dwa tygodnie wakacji! Ha ha ha! 

by jaskrawa
07.01.2011; 20:26
komentuj(41)

już mnie niech nikt nie pyta, kiedy...


Poszłam se wczoraj do BN (między Świętami a Sylwestrem była zamknięta, potem musiałam w końcu jechać do Łodzi i tak się o, zeszło), dźwigając na plecach cholerny komputer. Po odbyciu przeprawy przez odprawę, foliowe torebki i wyciąganie całej intymności z plecaka, dobrnęłam wreszcie do katalogów.
To jest ostatnia potrzebna mi książka, z której mam koniecznie dopisać jeden rozdział Gniota.
Nie mogąc nic znaleźć (w necie było), zapytałam pani w informacji, gdzie moja książka. Okazało się, że wcale nie jest dostępna, jeno mają mikrofilm.
Myślałam, że się przewrócę.
Pani jednak była bardzo miła i pedziała, że książkę można wypożyczyć do domu w wypożyczalni w Ursusie (na Ursusie?) lub na Bielanach. Ekstra.
Dzwonię dzisiaj do Ursusa, owszem, książka jest, ale ino w czytelni. Do domu można ją wypożyczyć jeno na weekend, czyli najwcześniej w piątek. Dziś wtorek. Znowu nic nie zrobię do weekendu, a weekend mam częściowo zajęty przez kolejne chrzciny. Czyli raczej też nie zdążę i sprawa przeciągnie się do kolejnego weekendu.
Jeżdżenie codziennie z laptopem do Ursusa odpada, bo za ciężko mi obecnie. Wczoraj miałam próbkę.
Na Bielanach książki już nie ma, pojechała do Mediateki. Pojawi się tam za miesiąc...
Zatem do piątkowej wyprawy do Ursusa mogę sobie bimbać dalej, płacz i zgrzytanie zębów. Nie pytajcie mnie proszę, dlaczego tego jeszcze nie napisałam.
Książki kupić też się nie da nigdzie, przynajmniej nigdzie w necie nie ma żadnej informacji. Może leży zagrzebana w jakimś off-line antykwariacie gdzieś w Gorzowie Wielkopolskim, o czym nigdy się nie dowiem.
Aha, jeśli ktoś z Was ma możliwość wypożyczania do domu książek w BUW, to byłabym bardzo wdzięczna i proszę o kontakt.

by jaskrawa
11.01.2011; 10:56
komentuj(15)

hobby


Mam taką słabość. Uwielbiam oglądać słabe filmy z Nicholasem Cage'em! Wczoraj znowu kolejny i nie zawiodłam się! Nicholas Cage znowu grał samego siebie. Są aktorzy, którzy grają różne role i za każdym razem posługują się innymi środkami wyrazu, adekwatnymi do scenariusza i charakteru postaci. A Nicholas należy do tej samej grupy co Chuck Norris. Chuck Norris zawsze może grać tylko Chucka Norrisa. Bruce Willis zawsze gra Bruce'a Willisa (z małymi wyjątkami). Nikt nie jest rozczarowany.

Wczoraj musiałam na moment do roboty zajrzeć. W robocie ta sama stara bida. Ktoś mi mówi, że nie wyrabia już psychicznie, ktoś inny, że nie wie, czy doczeka mojego powrotu. Gdy wchodzę do pokoju, w którym pracuję (pracowałam), widzę biurka dosłownie zawalone papierami i chaosem. Czas na ogarnięcie tego wszystkiego został stamtąd jakoś próżniowo wyssany. Czy jakoś.

Dziś po obiadku jadę zapisać się na egzamin, a teraz, korzystając z tego, że do jutra mam wolne, wracam do pisania.

by jaskrawa
13.01.2011; 09:25
komentuj(21)

szybka notka


Spać nie mogę po nocach. Znowu mi przyszedł gigantyczny rachunek telefoniczny. Chyba go, kurwa, nie zapłacę. Niech mi telefon odetną. Jak przez miesiąc nie będę mogła dzwonić, to może się odkuję.
Jestem Jaskrawa i jestem uzależniona od rozmawiania przez telefon.

Dzisiaj zdaję teorię. Nie zdać praktyki to żaden dyshonor, nie zdać teorii to chyba obciach i smród.

Na chrzcinach byliśmy w weekend. Kolejnych. Dobre jedzenie, rodzinnie dość było. Jednego jestem pewna - nie.

A w sobotę koncert, na który wpadliśmy i wypadliśmy. To niesamowite, że ta szajka jeszcze się zbiera przy takich okazjach.

Dobrze jest być w ciąży. Jakby ktoś się zastanawiał - ciąża jest przyjemna. Fizycznie może mniej, ale czuję, że mój umysł jest bardzo zadowolony. Intymne wyznanie: budzę się rano i gdy czuję ruch Młodej w środku, to ogarnia mnie błogość. Coś trochę podobnego do uczucia, które nas ogarnia w te poranki, gdy wiemy, że tego samego dnia czeka nas coś przyjemnego. Na przykład wycieczka szkolna. Albo wyjazd na wakacje. Albo to jest trochę jak w te poranki, gdy się człowiek poprzedniego dnia dowiedział, że się zakochał z wzajemnością i Wszystko Będzie Dobrze. Podobnie czułam się też, gdy byłam dzieckiem i nadchodziły Święta. Wszystkie prezenty otrzymane w Wigilię ustawiałam sobie blisko łóżka, by je zobaczyć po przebudzeniu.
Albo gdy mama zgodziła się, abyśmy sprawili sobie psa! Budziłam się rano, a obok mnie spała taka mała, czarna, śliczna pieska, którą można było przytulać w nieskończoność.
No to teraz to samo, mniej więcej. Wiercące się gdzieś blisko, we mnie (!) szczęście, które przyszło nie wiadomo skąd.
Tylko, że takie poranki zdarzają się tak rzadko, a ja mam je przez kilka miesięcy codziennie. Warto żyć dla tych chwil.
Oczywiście doskonale wiem, że za kilka miesięcy poranki zamienią się w koszmar niedospania, ale przecież to jeszcze nie nadeszło.
To tyle, chciałam to opisać, bo we mnie siedzi.

Wracam do testów.

Edit: Zdałam teorię, bezbłędnie. Cóż, pikuś, niespodzianek nie ma, skoro ma się skończoną ilość pytań do opanowania. Praktyka trzeciego lu.
To dopiero będzie Jazda.

Edit 2: Przyszła właśnie pocztą książka. A wypożyczyła ją specjalnie dla mnie Dobra, Piękna i Mądra Ri. Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!
Przy okazji jeszcze raz dziękuję też Zosi za próbę wypożyczenia jej w BUW (zwłaszcza gdy wiem, jakie przygody straszliwe miała po drodze).

by jaskrawa
18.01.2011; 11:18
komentuj(4)

boli cię kręgosłup?


Posiedź se trochę w pozycji lotosu, od razu ulga.
Ciekawe, co powie w środę ortopeda. Może to samo.

by jaskrawa
20.01.2011; 19:31
komentuj(30)


Czy ja mogę w góry jechać? Zastanawiam się dlaczegóż by nie? Gdzieś za miesiąc.
Wczoraj tak ładnie napadało. Dzisiaj zobaczyłam ten puszysty śnieg i się mi zamarzyło. Wszystko gra, brzuch rośnie dość powoli (mimo że Młoda rośnie zupełnie w normie), nie mam żadnych skurczów. Na wsiach kobity w polu robiły aż do porodu!
Tym razem wyjazd byłby Naprawdę całkowicie wypoczynkowy i bez Zawratu.

by jaskrawa
23.01.2011; 13:02
komentuj(12)

dzień zły


Zły dzień. Zaczął się już wczoraj w nocy, bo nie mogłam zasnąć.
Wstałam niewyspana. Jazdy szły źle. Nie umiem parkować, nie umiem myśleć. Jestem głupia jak cholewka od buta z lewej nogi. Tej bardziej lewej.
Wróciłam, po obiedzie poczułam się też źle. Jakoś słabo.
Po obiedzie próbowałam odespać noc. Nie wyszło. Nie mogłam zasnąć.
Próbowałam pisać. Też nie wyszło, bo byłam niewyspana.
Potem pojechałam do lekarza orto. Lekarz popatrzył, pokręcił moimi nogami we wszystkie strony, powiedział, że nie może mnie skierować na rtg bo wiadomo (wiadomo nawet od dawna), zalecił basen i skierował na "instruktażowe spotkanie" z rehabilitantem. Tak czy owak powiedział, że skoro boli mnie dopiero teraz (w trakcie), to pewnie tak samo przejdzie, jak już będzie po. Też tak myślę.
Tak między Bogiem a prawdą (czyli cholera wie gdzie), to kilka dni temu już mi prawie przeszło (od lotosu chyba, bo od czego?). Ale tego mu nie powiedziałam. Jakoś było mi głupio powiedzieć "panie doktorze, tak naprawdę to już prawie w ogóle mnie nie boli, ale przyszłam, bo zawsze może zacząć, nie?".
Poza tym poszłam, bo miałam wyrzuty sumienia wobec siebie. Tydzień czy dwa temu bolało naprawdę bardzo. Zwłaszcza rano. Wstawanie z krzesła czy łóżka. Nie mogłam dłużej tego zaniedbywać i nie jest moją winą, że prawie przeszło.
No, ale na spotkanie z rehabilitacją to pójdę, bo i tak jednorazowe, pokażą mi przynajmniej jakieś ćwiczenia, będę miała na wszelki wypadek, gdyby wróciło.
Po powrocie czekałam na Mojego Cholernego Najlepszego Przyjaciela, więc już nic nie zrobiłam. A ten w końcu nie przyjechał, bo tak się jakoś poukładało.
Do szkoły rodzenia znowu się nie dodzwoniłam! Muszę się zapisać do szkoły rodzenia, bo przecież bez tego nie urodzę. I co wtedy z nami będzie? Lepiej jutro pójdę tam własnoręcznie.
Bleeee, jakiś głupi dzień.

by jaskrawa
26.01.2011; 22:29
komentuj(6)

nie śpię, czuwam


Dziecko się wierci i spać nie mogę. Najwspanialsze jest jednak to, że nie potrafię się na nią gniewać, irytować. Już teraz, mimo, że przecież jeszcze jej nie widziałam. Nie myślę sobie mimowolnie "co za dziecko, mogłoby zasnąć". Czuję raczej jakąś wdzięczność, że daje znać o sobie, że nie muszę się martwić, czy nic jej nie jest. Czuję coś, co wywołuje potrzebę objęcia tego brzucha, przytulenia go do siebie i zapytania "czemu nie śpisz, kochana, może ci niewygodnie, może powinnam zmienić pozycję?".
Będę musiała być w tym wszystkim bardzo przytomna, żeby samej sobie nie pozwolić się zepchnąć do roli Matki-Polki, która poświęca całe życie dziecku. Czytałam niedawno taką wypowiedź na jakimś tam forum. Kobieta pisze, że dziecko jest dla niej takim skarbem, że wszystko inne przestało być ważne. Nawet małżonek już się dla niej nie liczy. W zasadzie to mógłby odejść, a ona nawet by się tym nie przejęła, bo dziecko jest całym światem.
Zgroza. Tak się chyba rodzą toksyczne matki.
Śmiać mi się chce z siebie. Ze wzruszania się byle czym. Poza tym czuję się taka niedorosła. A tu trzeba będzie dorosnąć w ciągu kilku dni. No dobra, jakoś to będzie. Jestem niewiarygodnie szczęśliwa, że tak to się wszystko poukładało. Zawsze byłam zdania, że to, co wychodzi samo, spontanicznie, niezaplanowane, wychodzi najlepiej.

by jaskrawa
28.01.2011; 11:18
komentuj(5)

two days left


Są takie dni, kiedy idzie dobrze, a są takie, kiedy nie idzie dobrze. Dzisiaj był ten drugi. Co za frustracja! Jakoś nie umiem, nie wiem, co się ze mną dzieje. Jeden błąd powoduje lawinę, a gdy już wiem, że jadę źle, to jadę jeszcze gorzej. Jak małe dziecko, które maluje farbami obrazek. Nie wychodzi mu drzewko. Poprawia, poprawia, drzewko coraz mniej wygląda na drzewko, a w końcu mały malarz się wkurza i zamazuje wszystko czarną farbą. Wrrr!
Tak chciałoby się czasem zacząć wszystko od początku.
Egzamin w czwartek, a ja mam nadzieję, że trafię na egzaminatora, który po prostu mi powie, że nie zdałam, a nie zacznie się na mnie wydzierać.
Dobra, chuj. Trzeba włączyć tryb hippisa, nic innego mi w tej chwili nie pozostało. No i wyspać się.

by jaskrawa
01.02.2011; 13:11
komentuj(5)

bu


No i pierwszy oblany. Przez własną głupotę, bo przy skręcaniu w lewo. Nie wchodząc w szczegóły - mimo, że na kursie przerabiałam sto razy to miejsce i szło mi w większości przypadków w miarę sprawnie (chociaż nie zawsze, przyznaję), tym razem pojechałam całkowicie źle. Przerwanie egzaminu i powrót w pełnej hańbie na miejscu pasażera.
Nie byłam zestresowana, na stres nie mogę winy zrzucić.
Samochodzik był ekstra, o wiele płynniejsze sprzęgło, biegi itd., niż w tych szkolnych. Nie musiałam się bać, że mi silnik zgaśnie albo coś nie wskoczy. Na samochodzik też nie mogę zrzucić.
Egzaminator - mamroczący pod nosem stary buc, nie rozumiałam, co do mnie mówił. Nie spodobał mi się od początku, ale nie wyprowadziło mnie to z równowagi. Pełna zimna krew. Zimna jak zimna wódka. To zatem nie wina egzaminatora-chuja.
Placyk i miasto (na mieście jakieś 10-15 minut może zdążyłam poszaleć) do momentu oblania szło gładko. Na stresowanie się drobnymi pomyłkami też nie mogę zatem zrzucić winy, bo nie popełniłam takowych (co potwierdził egzaminator).
Kluczowy, ostateczny i druzgocący błąd, który popełniłam, wynikał zatem bez wątpienia z moich niskich umiejętności. Tak to jest, jeśli niektóre sytuacje na drodze nadal są dla nas zagadką i nie wychodzą nam w stu procentach.
Nie wiem, ile godzin muszę wyjeździć, żeby ogarnąć WSZYSTKO. Doskonale orientować się na każdym rondzie, skrzyżowaniu, na skrzyżowaniach równorzędnych za każdym razem w ciągu ułamku sekundy wiedzieć, kogo przepuścić, a kogo nie i tak dalej.
Dobra, następna próba za 3 tygodnie. Mam teraz dylemat - wywalić resztę pensji na mnóstwo jazd, by za trzy tygodnie jeździć jak miszcz-kierownicy-ucieka, czy walnąć se oszczędnie ze dwie godziny przed samym egzaminem dla przypomnienia i liczyć na to, że mi się JAKOŚ uda.
Spać mi się chce.

by jaskrawa
03.02.2011; 15:24
komentuj(6)

wersja alternatywna dnia wczorajszego


Śnieg za oknem brzmi jak deszcz. A może to już deszcz? Oby to był deszcz. Ja wiem, że jest zima i powinno być biało, ale tak już mi się strasznie nie chce czekać na wiosnę. Chciałabym móc wyjść z domu, nie owijając się w te wszystkie bety...
Robię ostatnie szlify, jutro muszę oddać Gniota. Trochę posiedzę, idzie jak krew z nosa, ale do przodu. Muszę jeszcze wypluć z siebie zakończenie, skleić pęknięcie w przedostatnim rozdziale i dodać jakiś akapit psychologii w pierwszym.
Tak se rozmyślam dzisiaj o tym wczorajszym egzaminie i muszę przyznać, że zadowolona jestem z siebie. Oczywiście pojechałam w pewnym momencie bardzo źle i muszę się jeszcze trochę pouczyć, ale cieszę się, że wiele się we mnie zmieniło w kwestii emocji w takich sytuacjach. Jestem z siebie dumna, że nie rzuciło mną to o ścianę. Gdybym zdawała ten egzamin kilka lat temu, pewnie umarłabym już podczas wsiadania do samochodu. Potem uruchomiłabym silnik i próbowała ruszyć na ręcznym, bez włączenia świateł. A zamiast wstecznego wrzuciłabym jedynkę. W końcu przypomniałabym sobie o ręcznym i rzuciłoby mnie do przodu, zahamowałabym i zgasiła silnik. Kolejnym krokiem byłby nerwowy chichot. Potem wjechałabym na łuk i przewróciła wszystkie słupki, mimo, że manewr ten niewątpliwie miałabym opanowany. Po podpisaniu kartki z negatywnym wynikiem z płaczem opuściłabym ośrodek ruchu drogowego. Idąc z rozwianym włosem i petem w zębach, zadzwoniłabym do jakiejś bliskiej duszy i rzucając kurwami wygłosiłabym długie przemówienie, że do niczego się nie nadaję, że jestem do dupy i idę się zabić (moi najmilsi, widzicie to doskonale oczami wyobraźni, nie?). Wróciłabym do domu, usiadła w kuchni i wypaliła resztę fajek z paczki, a następnie owinęła się kołdrą i zasnęła.
Nic takiego nie miało miejsca! Dokonałam konstruktywnej analizy tego, co zaszło, zadzwoniłam do Pana Instraktora i z uśmiechem na ustach dokładnie opowiedziałam mu, jak było i jak moim zdaniem muszę to poprawić. Pan Instraktor się ze mną zgodził, przedstawił plan działania i powiedział, że cieszy się, że mam takie nastawienie do sprawy.
Jakie to nudne, oczywiste i logiczne.
Z drugiej strony - przyznaję - ciąża pomaga. Człowiek nie może się pogrążyć. Nie wolno mu. Może to jest jedyny sposób na dojrzałość i emocjonalną równowagę. Cóż, nie oszukujmy się, przede mną jeszcze długa droga. I upadki.
Idę sobie zrobić herbatki i wracam do Gniotusia. Doprawdy, życie bez niego będzie jakieś puste, może dlatego piszę go od tak wielu miesięcy...

by jaskrawa
04.02.2011; 17:40
komentuj(6)

sprawy wszelakie


Zapisałam się już do szkoły rodzenia, więc jest szansa, że jednak uda mi się urodzić. Ciekawe, czy szkoła przewiduje egzamin i co się dzieje, gdy się go nie zda. Może nie jest się dopuszczonym do porodu? Zobaczymy. Zawsze chciałam się pokiwać na tych wszystkich wielkich piłkach i workach, więc już nie mogę się doczekać pierwszych zajęć. 
Gniot czeka na przeczytanie i opinię. Biedny. Musi się bardzo denerwować. A ja nie mogę go nawet wesprzeć.
Byłam w Łodzi. Syn mojej siostry jest wspaniały i rozwija się szybko, ale może nawet za. Oczywiście mam plan i doskonale wiem, że ja własnego dziecka tak nie rozpuszczę. Moje dziecko będzie nierozpuszczalne. Ja podobno byłam bardzo grzeczna w dzieciństwie (przynajmniej do czasu gdy zaczęłam mówić), więc jest szansa.
Wymeldowałam się z Boat City i jestem obecnie człowiekiem bez adresu. Aż do jutra. Fajnie jest być bez adresu. Gdyby teraz ktoś zapytał mnie o adres zameldowania, mogłabym z triumfem odpowiedzieć "Nie mam!"

Przedwczoraj w nocy przyleciały Czarne Myśli. Wyjątkowo racjonalnie do nich podeszłam i nie przestraszyłam się. Pod ich naporem wymyśliłam, że muszę przed porodem napisać testament. Wiem, że w dzisiejszych czasach kobiety z reguły przeżywają porody, ale statystycznie rzecz biorąc szanse zejścia kobiety rosną w te dni, gdy średnio trzy i pół kilo dziecka wychodzi z jej środka.
Testament nie jest aż tak bardzo potrzebny, bo mam tyle, co kot napłakał (wliczając w to samego kota, który nie jest już aż taki mój, bardziej jest to kot Kapitana; jak to wczoraj sam Kapitan określił - kot kocha go do szaleństwa), ale jednak warto by go napisać. Chociaż znacznie ważniejsze jest dobre ubezpieczenie na życie...

Znowu dziś nie kupiliśmy samochodu, bo ktoś inny go kupił.
Może znacie kogoś, kto chce sprzedać duży, rodzinny samochód? Kilkuletni, benzynowy, bezwypadkowy. Może być drogo, nie będziemy negocjować.

by jaskrawa
08.02.2011; 16:14
komentuj(16)

nikt nie mówił, że będzie łatwo


Mętlik. Do czego to doszło. Biegam dookoła samochodu w komisie i mierzę grubość lakieru, robię zdjęcia różnych rys i zadrapań, przeglądam spis napraw. I zastanawiam się, dlaczego trzy razy w jednym miesiącu robiono "dolewkę oleju". Czy to znaczy, że coś ciekło pod spodem i dlatego robili dolewki?
Dlaczego szyny pod siedzeniami są skorodowane? "Nasz ekspert" twierdzi, że musiała się gdzieś wilgoć przedostawać do środka. Takie szyny są we wszystkich trzech ostatnich samochodach. Tylko co w związku z tym? Czy wystarczy wymiana lub czyszczenie szyn i po sprawie, czy też gdzieś pod spodem tej rdzy będzie więcej i zniszczy nam w niedalekiej przyszłości życie? Mamy zrezygnować z zakupu z tego powodu? Czy to jest dobry powód
rezygnacji? Czy jeśli kupimy samochód z takimi szynami to frajerzy z
nas? Czy raczej nie kupując nimi jesteśmy?
Szyny to tylko Jeden z Detali, przykładzik malutki.
Nad progiem też dzisiaj widziałam korozję. W jednym miejscu. No i co?
Wiem, że kilkuletni samochód niemieckiej marki nie ma prawa być
zardzewiały, ale jeśli to jest tylko jedno miejsce? No bo na przykład
odprysnął lakier i niezabezpieczona dziura trochę się już zażółciła?
Żeby to wszystko stwierdzić, trzeba jechać do komisu/salonu sprzedaży używanych samochodów, położonego najczęściej na zadupiu, zmarznąć na przystankach, potem poczekać, aż sprzedający otworzy auto. W domu przy herbatce usiłujesz zebrać do kupy dane o różnych egzemplarzach, a rano okazuje się, że któryś z nich i tak jest już sprzedany.
Kupowanie używanego samochodu, jeśli chce się go sprawdzić w maksymalnym stopniu (tzn. na tyle, na ile to jest w ogóle możliwe przed kupieniem i wypróbowaniem, jak się zachowa po praniu) to ciężka robota. Zwłaszcza, jeśli nie mamy o tym zielonego pojęcia. Możemy też nic nie sprawdzić i wylosować sobie ten samochód, ot, wybrać taki, powiedzmy, ładny, a za dwa miesiące wydać kilka kafli na nowy lakier, skorodowane coś tam i sto milionów części, które akurat się zepsuły.
Zaczyna mi być wszystko jedno. W zasadzie to ja wcale nie chcę samochodu, no ale dziecku się przyda.
Z okazji dziecka musieliśmy też kupić komodę. Musimy kupić łóżeczko i sto tysięcy potrzebnych drobiazgów. Skoro już i tak co chwilę jeździmy do ikei, to przy okazji kupimy też stół, bo od dawna o nim myśleliśmy, zatem zróbmy to teraz.
Dwoje dorosłych ludzi żyło sobie do tej pory ze swoją szafą i łóżkiem. Bez samochodu, bez własnego mieszkania, bez zobowiązań. Jeździliśmy na wakacje, kupowaliśmy książki, jedliśmy w nepalskiej knajpce.
Jakby to ująć... Razem ważymy ok. 140 kg. Dziecko będzie ważyło pewnie ze 3,5 kg. Z powodu przybycia nam 3,5 kg pojawiają się u nas nowe meble, które razem będą ważyć pewnie z 120 kg i samochód, który będzie ważył ok. 1100-1500 kg.
Nie mamy mieszkania, mieszkamy w służbowym. Z powodu dodatkowych 3,5 kg za kilka lat będziemy musieli nabyć własny lokal za jakieś 400 tysięcy.
Ja pierdolę.*


*nie narzekam, dawno nie byłam tak daleka od depresji, mimo, że mamy przecież luty.

by jaskrawa
11.02.2011; 19:30
komentuj(8)


Chyba znaleźliśmy, ale nie mamy maksymalnej pewności czy to ten. Jest granatowy i ma takie ładne opływowe kształty. Jak wyciućkana landrynka.  

Poukładałam równiutko w kosteczkę ciuszki w szufladzie i czekam. Mała też czeka, chyba jej coraz ciaśniej. 

Bylim wczoraj na "piwie" i trochę zatęskniłam za starymi, praskimi czasami (mam na myśli oczywiście prawy brzeg rzeki, a nie miasto w Czechach). Za tysiącem papierosów, gadaniną, polowaniem na stolik i krzesła. To wszystko wcale nie wydaje mi się stracone, odległe, wprost przeciwnie. Czuję się, jakbym zrobiła sobie małą przerwę w moim młodym życiu. Poza tym tęsknię tylko troszkę, tak jak się tęskni w dobrych czasach za starymi dobrymi czasami. 

Zakochana jestem coraz bardziej. Gdybyście go widzieli, jak z poważną miną wybiera w sklepie malutkie kolorowe skarpeteczki... Mam wrażenie, że bycie razem dopiero teraz naprawdę się zaczyna.


by jaskrawa
17.02.2011; 10:13
komentuj(4)

bilet


Dodatkowe jazdy nie idą. Jednak dobrze myślałam. Nie nadaję się do tego. Tam gdzie wiadomo co robić, to wiadomo (np., że na czerwonym można jechać, a na zielonym trzeba i takie tam). A tam gdzie nie wiadomo, to ja już nie wiem, a inni wiedzą, chociaż nie mam zielonego pojęcia skąd oni to wiedzą. Oczywiście powiedzieliby, że z doświadczenia. Jak mam się dowiedzieć z doświadczenia, gdy za każdą porcję owego muszę bulić forsę?  

Gniot mimo, że skończony, to bardzo chciałby być powiększony "dla poprawienia pewnych proporcji między rozdziałami"...  Mogę to rzucić w pizdu i iść drukować, ale jakoś nie potrafię. 

Wróciłam do domu po jazdach i rozpłakałam się serdecznie. Tylko, że głodna byłam jak cholera, więc nie mogłam się schować w ciemni, tylko musiałam sobie obiad zrobić. A jak już zaczęłam wstawiać obiad, to zdjęłam też pranie, a potem usiadłam przed kompem i kupiłam se następną książkę potrzebną Gniotowi. Mam nadzieję, że przyjdzie maksymalnie w czwartek i na sobotę będę już miała następne parę zdań dla promotora O Bardzo Znanym Filozoficznym Nazwisku. Tak czy owak - zrobiłam wszystko, by wyrobić się przed sobotą, bo książkę nabyłam natychmiast po powrocie do domu. Biblioteki/czytelnie odpadają, bo jak już pisałam wcześniej, brzuch i jego rośnięcie uniemożliwiają już snucie się z laptopem po mieście. I tak o, nawet mojego dzisiejszego doła chuj strzelił, bo po obiedzie już mi się nie chciało płakać. 

W ogóle dzisiaj musiał być zły dzień, skoro nawet depresja nie wyszła. Źle się też zaczął, bo w autobusie, gdy jechałam na uczelnię, kasownik nie chciał mi przyjąć biletu. Że "nieczytelny". W Warszawicach wiedzą o co chodzi. Kupujesz bilet, cieszysz się, że masz, wsiadasz, kasujesz, a okazuje się, że nie masz, bo coś spieprzyli w fabryce biletów. Na (nie)szczęście w moim autobusie był taki automat, w którym można sobie nowy bilet nabyć. Jedynym warunkiem jest posiadanie bilonu. Papierków maszyna nie chce chapnąć. Wrzuciłam piątaka, wybrałam bilet na ekraniku i... nic się nie wydarzyło. Ani biletu ani monety back. Zgłosiłam problem kierowcy i usiadłam sobie zrelaksowana, zastanawiając się, co powiem kanarom, jeśli się zjawią. Oczywiście prawo jest po ich stronie, a biednemu zawsze wiatr w oczy. "Brak możliwości nabycia biletu nie zwalnia z obowiązku skasowania go" czy jakoś tak to idzie. No ale pomyślałam, że grzecznie im opowiem, jak było, że jadę na ważne spotkanie z promotorem (prawda), że miałam przygotowany bilet (okazał się nieczytelny, też nie moja wina, a sprawdzić przed skasowaniem się tego nie da) i na wszelki wypadek drobne na następny. Powołam kierowcę na świadka. W ostateczności powiem im, że jestem w siódmym miesiącu ciąży i mogą mnie pocałować właśnie tam, dokładnie tam, albo wezwać policię, bo ztm ukradło mi piątaka (na automacie nie było żadnego numeru telefonu w razie reklamacji ani też ostrzeżenia, że automat nie działa). Przecież żaden zdrowy na umyśle kanar nie bawiłby się w to dalej. 


by jaskrawa
19.02.2011; 19:39
komentuj(3)

bu po raz drugi


Egzamin uwalony, jak poprzednio na mieście. Tym razem dwa raczej
"niegroźne" błędy. Ten drugi powiedziałabym, że mógł mi odpuścić, bo
to naprawdę było dyskusyjne...


Noc miałam dzisiaj koszmarną - śnił mi się egzamin, że ma być, ale nie
wiadomo kiedy i gdzie. Sen wracał kilkakrotnie, w wielu wersjach, pomiędzy nimi
przebudzenia, męczące, w ciemnościach i zadawanie sobie pytania, która godzina. Jak w gorączce. 


Wstałam o czwartej (egzamin był o szóstej - teoretycznie dobra pora - ruch
jeszcze niezbyt wielki), bo i tak spać nie mogłam. Stres pożarł mnie całą i wypluł
resztki. Resztki wypiły słabą kawę i powlekły się na tramwaj przez ciemne
ulice. 


Wywołali mnie na szczęście od razu. Noga mi się trzęsła (jedna), gdy
wyjechałam z ośrodka i prawie zapomniałam o włączeniu świateł.

Nie mogłam się włączyć do ruchu (taka idiotyczna sytuacja, gdy jedzie ich w
zasadzie niewiele, a jadą w dużych dość odstępach i pewny siebie kierowca bez
trudu wyjedzie, na kursie na to miejsce nawet nie zwracałam szczególnej uwagi,
czekałam, a potem wjeżdżałam JAKOŚ, ale nigdy nie stałam tak długo). Stałam tam
i czułam, że chce mi się płakać. Miałam szczerą ochotę powiedzieć
egzaminatorowi "wie pan co, nie wiem, jak mam się tu zachować i boję się
tylu aut jadących z lewej, może od razu wrócimy do ośrodka?". 


W dodatku zgasł mi silnik (noga na sprzęgle nadal mi się trzęsła), gdy w końcu
chciałam ruszyć. Jednak jakoś szybko się ogarnęłam i wyprułam stamtąd póki się
dało.


Potem byłam tak zdenerwowana tym wyjazdem (a w głowie świdrowała myśl, że
egzaminator ma mnie za spanikowaną cipowatą idiotkę), że prawie wjechałam na
wiadukt, zamiast prosto na pas dla zawracających. Gościu pewnie pomyślał, że
zapomniałam włączyć mózgu wraz ze światłami. 


Ukochane rondo mnie trochę uspokoiło, bo gładko poszło i czułam się znowu dobrze, jak
dawniej, gdy myślałam, że mniej więcej potrafię jeździć.


Jeździliśmy i jeździliśmy, długo. Noga mi się przestała trząść, przyrosłam w
końcu do samochodu, czułam, że wiem, co robię i jaśniej pod czaszką. Zresztą było już grubo po szóstej, zatem jasno zrobiło się też na niebie. To jednak zauważyłam dopiero po egzaminie. Patrzyłam na zegar i zastanawiałam się, ile to już trwa.
Skrętów w lewo sto milionów (w tym takie na światłach), ale jakieś wszystkie łatwe. 


Potem popełniłam błąd, który życzliwszy egzaminator chyba w ogóle by olał...
A po nim dwa razy dałam się złapać w dobrze mi znaną pułapkę, w którą nie
dawałam się już złapać od dawna. A jednak. Zemściło się na mnie ignorowanie pozornie banalnych rzeczy. 


Jak zbity pies z podkulonym ogonem wróciłam do ośrodka, wkurzona na cały świat, że muszę nadal
prowadzić, chociaż nie jestem kierowcą, a egzamin i tak już w zasadzie należy do
przeszłości. 


Wkurzenie nie minęło, bo teraz jestem w kropce. Z jednej strony rozsądek
podpowiada mi, żeby jeszcze pojeździć, popróbować, że beznadziejnie nie jest i
dzisiaj naprawdę mogłam zdać. Z drugiej - żeby rzucić to na razie w pizdu i nie
narażać małej w brzuchu na takie stresy jak dziś w nocy i rano. 


by jaskrawa
21.02.2011; 14:39
komentuj(7)

a może czasem lepiej z babą?


Zapisałam się na doszkalanie u dziewczyny. Numer do niej wczoraj dostałam od kobiety, która zdawała wczoraj - zaczynała egzamin w tym samym czasie co ja i jednocześnie skończyłyśmy. Wynik pozytywny, trzecie podejście. Powiedziała, że też czuła się niepewnie przy lewoskrętach m.in. i ta babeczką ją świetnie doszkoliła.
Może baba babie niektóre rzeczy lepiej potrafi wyjaśnić?
Zobaczymy.
Jakaś nowa nadzieja we mnie wstąpiła i czarny dół trwający od soboty do wczoraj został wypędzony. Wyspałam się porządnie. Do cna.
by jaskrawa
22.02.2011; 11:55
komentuj(5)

o niczym notka, bo dawno nie było


Wzorem Blue napiszę notkę o byle czym.
Nocami napierdala mnie ząb numer osiem. Jeszcze go nie ma, dopiero rośnie. Mam sentyment do ósemek. Wiele lat temu urosła mi jedna, wepchnęła się pod siódemkę. A że siódemka była trochę popsuta, to pani doktor zamiast ją leczyć - usunęła, korzystając z tego, że się napatoczyło dla niej zastępstwo. Ósemka wyrosła równiutko w miejsce siódemki. Nowy ząb zupełnie gratis.
Teraz rośnie kolejna, po drugiej stronie. Nie gniewam się na nią.
Jeszcze nie jeżdżę. Egzamin dopiero za trzy tygodnie, a teraz czekam, aż moja nowa instraktorka kupi sobie nowy samochód, co ma się stać w ciągu kilku dni.
Luty, najgorszy miesiąc świata, wreszcie się skończył. Jeszcze marzec, kwiecień i kawał maja... Powoli rozglądamy się za Całym Tym Majdanem. Wanienka, miękka szczotka do włosków, ręczniczki z kapturkiem i inne potrzebne drobiazgi.
Wczoraj koleżanka z roboty ochrzaniła mnie, że nie kupujemy różowych ciuszków dla córeczki.
...
Chyba zacznę kupować kaftaniki z Nergalem.
...
Poza tym żyjemy sobie niczym przykładni emeryci. W sobotę przeszliśmy kawał lasu, potem poleźlim do kina. I tak o. Nuda, kompletny brak akcji.
Jeśli w ciągu najbliższego miesiąca nie wyrwiemy się chociaż na dwa dni ze stolycy, oszaleję i zacznę kłaść się spać w papilotach, a do sklepu po bułki będę chodzić w szlafroku.
by jaskrawa
01.03.2011; 11:18
komentuj(11)

wiosna z gór do morza szła


Gdy myślę o wiośnie, to z radości szybciej mi bije serce. Myśl o wiośnie jest jak orgazm, przyjemny skurcz, nieopisanie cudowny. Wyjścia z domu bez czapki, w trampkach, niemarznięcie na przystanku, słońce, długie dni, zapach w powietrzu niepowtarzalny, poczucie, że może nic nie ma sensu, ale za to jak przyjemnie!
Często myślę, że wolałabym mieszkać w jakimś ciepłym kraju, ale z drugiej strony - czy oni nie są biedni, nie mogąc przeżywać tej wiosennej radości?
by jaskrawa
05.03.2011; 10:50
komentuj(7)

10 weeks left


Trudno mi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Do niedawna wszystko było jakieś nierealne, ale ostatnio dociera do mnie, że nadchodzi czas, gdy musimy się zacząć sprężać z zakupami, przygotowaniami.
Staram się nie skupiać na ciąży, ale nie da się. Znowu chce mi się wymiotować, a spać mogłabym chyba non stop.
Poza tym brzuch mam podobno mały. Wszędzie to słyszę. Dialog u dentystki:
- O, jest pani w ciąży!
- Tak.
- Co się stało?
- Że jestem w ciąży? Nie wie pani? Ja też nie wiem!
Śmiejemy się.
- A który to tydzień?
- Już leci trzydziesty.
Lekarka patrzy ma mój brzuch i robi oczy jak pięć złotych.
- Coo? To gdzie to dziecko się mieści?
Typowa scenka, przerobiona już kilka razy.
Dobrze, że ginekolog chociaż nie panikuje.
W autobusie nie ma co liczyć na miejsce. Gdy sobie usiądę (wiadomo, kręgosłup trochę się wygiął i jednak boli, gdy się za długo stoi), to starsze babcie patrzą na mnie jak na wcielone zło. Młoda, a se usiadła.
Pocieszam się czytaniem jakichś forów. Z drugiej strony cieszę się, że brzuch niewielki, bo może nie zostanie wiele do zrzucenia, gdy mała wyjdzie na świat.
by jaskrawa
10.03.2011; 13:52
komentuj(2)

zwariowałam?


Osiem ciągle boli i nie chce wyjść. Być może będzie potrzebne cesarskie cięcie. Dzisiaj w nocy miałam ochotę sama je sobie zrobić nawet kuchennym nożem, bo już nie mogłam. Chyba trzeba znowu iść do Ulubionej Dentystki, niech znieczula byle jakim ciążowym znieczuleniem albo nawet tnie na żywca, wszystko mi już jedno. W dodatku Diablo przylazła do łóżka o czwartej i mruczała mi prosto w ucho. Łaziła dookoła mojej głowy i pomrukiwała. Co za cholera.
Podnosiłam głowę i syczałam "idźźźź ssstąd!", odpychając ją dość brutalnie. Diablo znikała na moment, a w tym czasie mała w brzuchu zaczynała się wiercić, czując moją irytację. Zanim zasnęła, wracał kot. Osiem zaś bolało nieustannie.
Jak tu żyć?
W dzień osiem w ogóle nie boli, kot śpi, dziecko wierci się przyjemnie... Za to ja ziewam.
Za to jutro ma być podobno 14 stopni. To stawia mnie do pionu, sprawia, że wszystko nabiera więcej sensu, aż oddychać nie mogę z radości! Czy Wy też się tak cieszycie jak dzieci, czy może ja zwariowałam?
by jaskrawa
11.03.2011; 11:05
komentuj(5)


Gdybym miała kupę kasy, jeździłabym nawet codziennie i w końcu się bym nauczyła. Nie jestem jakaś beznadziejna, ale potrzebuję czasu, wprawy, robienia pewnych rzeczy automatycznie (a nadal nie potrafię), by się czuć pewnie, nie denerwować się, nie popełniać idiotycznych, drobnych błędów.
Albo gdyby ten egzamin można było zdawać częściej i między jazdami nie miałabym takich przerw. A że kasy za dużo nie mam, to biorę jazdy tylko tuż przed egzaminem i ... niektórych rzeczy muszę się uczyć jakby od początku. W rezultacie przez te kilka godzin nie wystarcza na doszkolenie się tak, by zdać, bo tracę je na przypomnienie sobie tego, co zapomniałam. I tak się koło zamyka. Oblałam do tej pory dwa egzaminy.
Nowa Instraktorka - fajna kobita, może czegoś mnie jeszcze nauczy.
Nie mogę być dobrej myśli, bo to byłby niczym nieuzasadniony wariacki optymizm. Za stara jestem na takowy.
Dobra, nie marudzę, jakoś to będzie. A jak nie będzie to trudno.
Idę się uczyć na obronę.
Znowu kurwa coś PRZEDE MNĄ. Za wszystko płaci się jakąś cenę. Ja na przykład płacę teraz za to, że obijałam się przez całe dotychczasowe beztroskie życie. I w tym momencie muszę w zaawansowanej ciąży wkuwać do obrony i uczyć się prowadzić, zamiast wybierać łóżeczko, spać cały dzień (ziewam non stop) i odpoczywać, jako w poradnikach każą.
Dzieci, jeśli to czytacie - pamiętajcie - ogarnijcie się, zanim was dopadnie prawdziwe życie.
by jaskrawa
14.03.2011; 16:06
komentuj(12)

kompletna porażka i ogromna radość


Dzień mogłabym na pół podzielić.
Pierwsza część - dno. Byłam na kolejnych jazdach. Dziewczyna naprawdę bardzo. Otwarta, nie ma oporów przed porządnym ochrzanieniem mnie, gdy coś spieprzę. Sympatyczna, bezpośrednia, z poczuciem humoru. Zwyczajnie ją polubiłam. Zwróciła uwagę na wiele moich błędów, z których nie zdawałam sobie sprawy. Szkoda, że do egzaminu zostało tak niewiele czasu. Bo jest kiepsko. Może już forma nie ta? Nie chcę się zasłaniać dzieckiem kopiącym mnie po żołądku i nerach na środku skrzyżowania, ale może coś jest na rzeczy, jeśli chodzi o koncentrację. Tak czy owak muszę wrzucić na luz, bo zaczęłam po poprzednich jazdach wpadać w jakąś bezsilność i depresję. Myślałam sobie: "jak teraz nie zdam, to niech to jasny chuj strzeli". A dzisiaj... Dzisiaj macham już na to ręką. Jeżdżę źle (dziś zgasł mi silnik milion razy, muszę na nowo uczyć się sprzęgła, w yariskach inaczej to działało niż w skodach, więc zabawa zaczyna się od początku), nie widzę znaków, nie umiem skręcać w lewo ani nawet rozpoznać skrzyżowań "na zakładkę" i "bezkolizyjnych", mogłabym tak wymieniać jeszcze trochę. Kompletnie nie czuję tego samochodu, chociaż poprzedni instruktor zapewniał mnie, że skodami się jeździ łatwiej. Inna sprawa, że dzisiaj nie zatrzymałam się na zielonej strzałce, tylko ostrożnie i kurwa powolutku sobie podjechałam, a potem przyspieszyłam, gdy zobaczyłam, że nic nie jedzie. Ja pierdolę. Miesiąc niejeżdżenia i zapomniałam, że przecież tak trzeba. Nie pytajcie, jak to możliwe, żeby o tym zapomnieć.
Zatem jeszcze dwa spotkania, które potraktuję jak kurs i postaram się jak najwięcej cennych uwag i rad zapamiętać, a potem egzamin - obym oblała na placyku i uniknęła kompromitacji na mieście - i mam spokój na jakieś pół roku, bo na przełomie ósmego i dziewiątego miesiąca ciąży (a pewnie w nim wypadłby następny termin, gdybym się teraz zapisała), jak uważam, nie powinno się prowadzić samochodu, o ile nie jest to absolutnie konieczne. A jeśli kiedyś tam za ileś miesięcy ogarnę się z dzieckiem, przestanę je już karmić niemal non stop i domowy grafik jako tako się ustali (wierzę, że kiedyś to nastąpi), to wrócę do tematu prawka. A tymczasem - pieprzyć to.

Druga część dnia - radosna, bo bylim na usb i okazało się, że nasza córeczka wcale nie jest za mała (tego się obawiałam po wysłuchaniu miliona komentarzy o małym brzuchu i nawet lekkim zaniepokojeniu ginekologa tym faktem), ma już 43 cm wzrostu i waży ok.1650 g, co jest całkowitą normą i absolutną średnią dla tego tygodnia ciąży. Serduszko ma bardzo ładne, jak pan doktor określił - "można by się uczyć anatomii", tętno w normie i w ogóle.
Poza tym zajęła już pozycję główką w dół, co pozwala mi mieć nadzieję, że jednak uda mi się ją jakoś urodzić, mimo, że egzaminu z porodu pewnie też bym nie zdała, bo za cholerę nie chce mi się ćwiczyć i zapamiętywać tych wszystkich oddechowych wyliczanek ze szkoły rodzenia. To wszystko wydaje się być takie sztuczne, nieintuicyjne i daję sobie rękę uciąć, że podczas porodu nie będę pamiętała z tego NIC, a raczej będę po prostu słuchać poleceń położnej.

EDIT: Szlag by to... Dzisiaj o niebo lepiej się jeździło. I znowu zaczęło mi na tym egzaminie zależeć, bu.
by jaskrawa
18.03.2011; 16:52
komentuj(4)

i po sezonie


Znowu (trzeci raz) się nie udało. Znowu miasto. Nie umiem jeździć, w dodatku maksymalnie zżera mnie stres (na tyle mocno, że maski nie mogłam otworzyć). Jestem w tej chwili tak zniechęcona, że chyba odpuściłabym sobie nawet nie będąc w ciąży. To znaczy na jakiś czas. Jak życie pozwoli, wrócę do nauki.
Pocieszające, że tym razem chociaż egzaminator był miły. Normalny człowiek, grzeczny, kulturalny. Musiał mnie oblać i nie stanowiło to powodu do bycia opryskliwym ani podniesienia głosu.
Pocieszające jest też to, że wczoraj jedna dziewczyna zdawała już czwarty raz, czwarty raz nie wyjechała z placyku i nadal się nie poddaje. Matko, są gorsze przypadki niż ja.
Chociaż powoli zaczynam wracać do dawnego przekonania, że niektórzy ludzie chyba jednak powinni sobie odpuścić. W końcu życie jest cenniejsze i może nie warto robić pewnych rzeczy na siłę, aby potem zabić kogoś lub siebie. Z drugiej strony np. moja szefowa zdawała pięć razy, w końcu się udało i teraz jeździ dobrze i nikomu krzywdy nie zrobiła. Nie wiem, co o tym myśleć.

Wczoraj wieczorem dopadł mnie Wielki Dół, ale zacisnęłam zęby i poszłam spać. Depresja mnie powolutku zaczyna podgryzać. Całe szczęście za dwa miesiące nie będę miała na nią czasu, więc staram się nie rozpędzać.
Młoda mnie dziubie łokciem w prawy bok i przypomina, że to ona jest najważniejsza i mam się niczym innym nie przejmować. Malutki, kochany, egoistyczny pasożyt. Taki wszczepiony organ, gruczoł wydzielający lekarstwo na wszystkie smutki.
by jaskrawa
23.03.2011; 09:35
komentuj(4)

czy to już starość?


Starzeję się. Mam już kilka dobrze zadomowionych siwych włosów, zmarszczek na razie nie, ale mam wrażenie, że policzki mi zaczynają już troszkę opadać...
Ale to nie o to chodzi. Ciało to ciało. I tak się kiedyś na dobre zestarzeje, nie ma co płakać nad tym, co nietrwałe ani też się nadmiernie ekscytować własną młodością. Chodzi mi o to, że zaczęłam marzyć o działce, najlepiej w górach oczywiście. Beskid jakiś albo może Pieniny. Kiedyś wydawało mi się, że działka to ostateczna klęska, skazanie się na wyjazdy ciągle w to samo miejsce, zabójstwo dla planu zwiedzania świata, rzecz dobra dla domatorów i emerytów. A teraz coś mi się w głowie przestawiło i chciałabym mieć takie MIEJSCE. Gdzieś, gdzie można się choćby na weekend zaszyć. Iść na długi spacer, powłóczyć się po polach, poleżeć na trawie, posłuchać brzęczenia rozmaitych owadów, nasycić słońcem, wypić kompot z truskawek, zanurzyć stopy w zimnym potoku. Zrobić sobie na obiad ziemniaki z koperkiem. Wieczorem rozpalić ognisko. Dać się pociąć komarom. Żeby te dzieci mogły to wszystko zobaczyć, pokochać, poczuć.
Się prawie popłakałam ze wzruszenia.
by jaskrawa
24.03.2011; 15:22
komentuj(9)

weekend


Milutki weekend se spędzilim, a zwłaszcza niedzielę, kiedy to wybralim się do Kapitanowej babci na herbatkę, a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Arkadię i jej piękny ogród założony przez Helenę Radziwiłłową. Nie zdążyliśmy zobaczyć dokładnie całego parku, ponieważ większość czasu do zachodu słońca zajął nam przypadkiem napotkany parkowy ochroniarz, najwyraźniej lubiący zabawę w przewodnika. Staliśmy tam skostniali z zimna i słuchaliśmy jego opowieści, nie mając odwagi ani sumienia mu przerwać. Prawdę mówiąc myślałam, że facet nigdy nie skończy gadać i zostaniemy tam na zawsze, zamieniwszy się w kamienne posągi, kolejny bardzo romantyczny element parku. Opowieść była trochę chaotyczna, ale powiedzmy, że coś tam usłyszeliśmy o Helenie, jej ogrodzie, symbolice poszczególnych budowli i zdobień, masońskich obrzędach i orgiach.
Ku pamięci zanotuję, że całą drogę Tam i połowę Z Powrotem prowadził Kapitan, który jest jeszcze niedoświadczonym kierowcą. Muszę przyznać, że był bardzo dzielny i za to kocham go jeszcze bardziej, niż zazwyczaj.
Podziękowania dla Blue (i Karoliny), który zechciał się z nami wybrać, mimo chorej nóżki.
by jaskrawa
28.03.2011; 13:48
komentuj(2)

Bali


Mam okazję przyzwyczaić się do nieprzespanych nocy. Młoda tak się nocami wierci, że to przechodzi ludzkie pojęcie.
Wczoraj byłam w knajpie z ludźmi z roboty (jak dobrze, że nie można jarać w lokalach, przynajmniej mogę się gdzieś ruszyć i posiedzieć se jak człowiek przy soku bananowym) i muszę powiedzieć, że trochę za nimi tęsknię.
Nie żeby za robotą, ale jednak. Z drugiej strony gdy widzę, jak odbierają służbowe telefony o 20:30...
Przeglądam oferty wakacji na Bali, chociaż i tak nie mamy szans na żaden Porządny Wyjazd przez najbliższe milion lat. Tylko tak se myślę, że to zabawne, pięć gwiazdek i luksus na Bali kosztuje prawie tyle samo, ile wydaliśmy w zeszłe wakacje na Islandii, codziennie w rękawiczkach rozbijając namiot.
by jaskrawa
30.03.2011; 11:18
komentuj(3)

pitu pitu


Wypełniłam pity! Tym razem musiałam wykazać się podwójnym heroizmem, bo aż dwa.
by jaskrawa
31.03.2011; 10:56
komentuj(4)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl