o tym, jak zaczął się nowy rok


Nowy Rok zaczął się wspaniale. Z butelką szampana w łapie, na fantastycznej imprezie u BlueM.
Cieszę się tym bardziej, bo ostatnio w ogóle nie chce mi się imprezować, czuję się stara, zmęczona, po dwunastej mam ochotę jeno spać między miękkimi poduszkami, pod ciepłą kołderką, we własnym domu. Tym razem było inaczej.
Noworoczny weekend był ... trudny (a miałam przecież odpocząć), bo przyjechała do nas Mama Kapitana, kobieta równie przemiła i sympatyczna, co męcząca. Nie znam chyba nikogo, kto gadałby tak dużo. Może najwyżej ja. Szczerze powiem - nareszcie sobie pojechała, mogę w końcu, chociaż przez jeden dzień, poczytać, pobyczyć się, ponudzić i posłuchać muzyki.
Muzykę odkrywam na nowo. Maciek mnie zaraził słuchaniem na nowo. Za młodu muzyką katowałam się non stop, ona była odpowiedzialna za większość moich nastrojów, dołków, górek, mój światopogląd, wyznawane wartości etc. Później jakoś mi przeszło, a zaczęło przeszkadzać ciągłe obarczenie dźwiękami, hałasem, wpływem, który na mnie miała. Jakbym wyrwała się z nałogu i zaczęła doceniać wyzwolenie.
Przestałam być na bieżąco. Jeśli coś mnie cieszyło, to odgrzewane kotlety lub słuchanie czegoś, co można pośpiewać z przyjaciółmi.
Maciek katuje mnie zaś od dawna muzyką zupełnie z innej beczki. Okazuje się, że z tej innej beczki można z łatwością przeskoczyć do czegoś, co wcale nie jest tak daleko moich ulubionych klimatów. Gdzieś się to wszystko łączy. Elektronika z rockiem, lekkość z ciężkością, komputerowa muzyka "dla intelektualistów" z emocjami rockowych koncertów. Powstaje coś jednocześnie syntetyczno-czystego i jednocześnie mrocznego, dołującego, wciągająco-brudnego. Bardzo wiele takich połączeń, gitary i komputera, już zrealizowano przez ostatnie co najmniej dwie dekady. Ale dawno nic mnie tak nie ruszyło, jak to:
na video tu uwagi specjalnie nie zwracam, bo to po prostu wycinki z filmu Into The Wild, moim zdaniem lepsze byłoby video z koncertu, ale na takie nie trafiłam w sieci, tzn. owszem, są, ale akurat nie ta piosenka, a ta jest chyba właśnie moją ulubioną; sądzę, że lepiej zamknąć oczy i się wsłuchać, a tak w ogóle to najlepiej kupić sobie cały albumik i posłuchać całości, genialni są!



by jaskrawa
03.01.2010; 10:42
komentuj(7)

...


Przyszłam dzisiaj z pracy do domu prawie o 1 w nocy. Kurwa, do wpół do pierwszej siedziałam w pracy, a potem wróciłam do domu taksówką. 15,5 godziny. Prawie dwie zmiany. W zasadzie dwie, bo przerw prawie nie robię.
Chcę odpocząć, a nie mogę, nie mogę spać, bo w głowie mam te wszystkie tabelki, umowy, zlecenia w systemie, zestawienia, zamówienia i te inne dziady.
Jak sobie policzyłam - jeszcze dwa razy zostanę nieco dłużej - tak do 20, 21 i mam pełen tydzień nadgodzin natrzaskany z grudnia i stycznia.
Sen, marzenie: Jutro wychodzę o 17 tej. Boże, tak bym chciała nic nie robić, od tygodnia tylko pracuję.


by jaskrawa
08.01.2010; 01:36
komentuj(2)

pracoholizm


Obudziłam się dzisiaj z poczuciem kompletnej beznadziei. Jestem głodna, ale nie mogę myśleć o jedzeniu, ważę poniżej normy (ta.... noworoczne postanowienie spełnione, ale nie tak to miało wyglądać, płaski brzuch powinien wynikać ze zdrowego stylu życia, a nie wygłodzenia i odwodnienia), gdy zamknę oczy, widzę excela, sapa i inne takie.
Myśli o poniedziałku (w sobotę rano!) są natrętne i poczucie ulgi daje mi świadomość, że w poniedziałek zrobię kilka zaległych rzeczy. Uf. Pocieszają mnie w pracy, że jak to, co się teraz dzieje, przetrwam, to nic mnie już nie zniszczy.
Tylko, że ja już się czuję zniszczona. Od dwóch tygodni pracuję po 11-15 godzin, wcześniej aż takich nadgodzin nie było, ale całe dnie pracowałam prawie bez przerw, jeśli jadłam coś, to przy biurku, w wiecznym pośpiechu, od kilku miesięcy.
Test sobie zrobiłam, na pracoholizm.
• praca pochłania cię na tyle, że nie dostrzegasz innych sfer życia - nie, dostrzegam inne sfery życia, ale nie mam czasu na zajęcie się nimi. nie biegam rano, bo szkoda mi skracać czas na sen, nie gram na gitarze, bo wieczorem coś tam zjadam (tosty z serem, nie zajmują wiele czasu), potem bez sensu czytam przez chwilę internet, a potem idę spać).
• nie potrafisz rozmawiać o niczym innym niż praca - trochę prawda, z każdego tematu skaczę na pracę. o czym innym mam rozmawiać, skoro nic innnego nie dzieje się w moim życiu?
• po pracy nie potrafisz się wyłączyć i nieustannie myślisz o pracy - prawda
• gdy masz dzień wolny lub urlop odczuwasz poczucie winy z powodu, że nie pracujesz - nie, to nie jest poczucie winy, raczej obawa, że dzieje się w pracy coś złego bez mnie
• codziennie zostajesz po godzinach lub zabierasz pracę do domu - prawda
• pracujesz kosztem snu - nie. śpię po 7-8 godzin, przez co niemal na nic innego poza snem i pracą nie starcza mi czasu
• nie masz czasu dla rodziny i przyjaciół - prawda
• nie masz czasu na hobby, sport - prawda
• będąc w pracy nie odczuwasz upływającego czasu - prawda jak diabli, czas w pracy zapierdala jak szalony
• gdy jesteś w pracy to czym aktualnie się zajmujesz bardzo cię pochłania - prawda, rejestruję tylko dzwoniący telefon, pytania koleżanki, która siedzi obok i czasem jej w czymś pomagam
• jeśli masz dzień wolny nie wiesz czym masz się zająć - prawda, czuję, że tego wolnego jest tak mało, że boję się ruszyć, żeby nie spłoszyć chwili czasu dla siebie
• sprawy zawodowe stoją u ciebie na pierwszym miejscu - nie, nie jest tak, aczkolwiek tak to może z zewnątrz wyglądać
• obawiasz się iść na urlop gdyż wydaje ci się, że twoja nieobecność zaszkodzi firmie - w ogóle nie wyobrażam sobie, jak będę mogła pójść na urlop, kto zajmie się moimi sprawami? przecież nikt nie ma na to czasu!
• nie możesz dopuścić myśli, że w pracy może coś dziać się bez twojej kontroli, wydaje ci się, że twoja nieustanna obecność jest wręcz konieczna - to nie jest wydawanie się, to jest fakt, jeśli mnie nie ma, nikt nie załatwia rzeczy, które załatwiam ja, przez co ludzie czekają na różne potrzebne im do pracy rzeczy, jestem częścią łańcucha
• twoje życie to nieustanny pośpiech - tak, gdy widzę, że gaśnie zielone światło, przebiegam przez jezdnię, zanim zapali się czerwone, nawet, jeśli nie jestem nigdzie spóźniona
• nie lubisz przekazywać zadań innym, gdyż wydaje ci się, że tylko ty możesz wykonać je prawidłowo - kurde, fakt, przecież działam w sieci kontaktów, powiązań, nikt inny nie wie, do kogo dzwonić z danym problemem
• praca jest dla ciebie na tyle ważna, że często zdarza się iż nie dotrzymujesz obietnic danych rodzinie czy znajomym, odwołujesz spotkania prywatne - tak, ale nie sama praca jest ważna, chodzi raczej o to, że inni ludzie w pracy są ważni. jeśli nie dostaną na czas czegoś, co należy do moich zadań, sami będą mieli więcej pracy i zupełnie rozsypie się ich plan dnia, więc jeśli z czymś się nie wyrobię, muszę zostać po godzinach i odwołać spotkanie
• jesteś nieustannie aktywny, rzadko miewasz czas wolny - mało mam wolnego czasu, ten, któr mam marnuję, bo nic mi się nie chce
• jeśli przebywasz poza firmą robisz wszystko by nie tracić z nią kontaktu, często sprawdzasz połączenia w telefonie, maile - raczej nie, jeśli jestem poza firmą, jest sobota albo późny wieczór, nikt mnie wtedy nie wzywa
• we wszystkim co robisz dążysz do perfekcjonizmu - poprawiam nawet nazwiska w tabeli tak, by były z wielkich liter, mimo, że to nie ma najmniejszego znaczenia
• gdy zorientujesz się, że popełniłeś błąd, zapomniałeś o czymś masz ogromne wyrzuty sumienia, zadręczasz się tym. - prawda, w tamtym tygodniu zapomniałam o dość ważnym terminie i do tej pory pojawia się to w moich snach.

Oszfak.
by jaskrawa
09.01.2010; 10:00
komentuj(4)

no i mam


Nie poszłam do pracy, miałam koszmarny weekend, dzisiaj czuję się beznadziejnie.
Praca dzwoni do mnie regularnie co 10 minut, pożar ratusza, drodzy Państwo.
W dodatku okazało się, że w czwartek w pośpiechu nieźle spieprzyłam jedną rzecz i przez to dzisiaj pożar jest jeszcze większy.
Mówiłam, że tak będzie, mówiłam, że w takich warunkach nie jestem w stanie zrobić nic dobrze, ale wszyscy oczywiście poklepywali mnie po pleckach.
Kurwa mać, generalnie czuję, jak to wszystko powoli zostaje gdzieś poza mną. Może uda mi się jutro wstać, coś pozamykać, ale potem to zrywka przed błogosławieństwem.
by jaskrawa
11.01.2010; 12:30
komentuj(6)

kapcie i dres


Nie mogłam się zalogować na bloga, bo wpisuję hasło do kompa z roboty zamiast do bloga.
Od rana wybieram się do sklepu po cokolwiek do jedzenia i nie mogę wyjść, bo kot mnie przygniata albo w ogóle jakoś nie mogę.
Robota prawie-rzucona dzwoni coraz rzadziej.
I dobrze.
Co dalej? Zaktualizowałam cv, przeglądam ogłoszenia. Interesują mnie spokojne miejsca, np. biblioteki, upadające kwiaciarnie, jakieś szare biura z peerelu, gdzie panie układają pasjanse całymi dniami i potrzebny jest ktoś, kto wie, jak włączyć komputer.
Ja już nie wiem, co chcę robić.
Piszę książkę. Chyba chcę pisać książkę, aczkolwiek muszę przyznać, że dzisiaj mi się nie chciało.
Chyba niczym innym nie pragnę się zajmować, no przykro mi, kurwa.

Jeszcze nie wiem, co zrobię, pomyślę o tym jutro.
by jaskrawa
14.01.2010; 16:41
komentuj(5)

pisać, do cholery!


To piszę. Wyciągam książki, czytam i piszę.
Boże, ja się nie nadaję do tego świata. On pędzi. Ja bym chciała sama biec, swoim tempem i odpoczywać wtedy, gdy jestem zmęczona.
Wszystko wyprowadza mnie z równowagi. Poniedziałek. Pierwszy telefon z pracy dzwoni do mnie o 8:30, mimo, że biuro czynne od 10tej.
Znowu jem ser zamiast jedzenia. Co ja z tym serem?
W weekend spotkałam się ze Skubaną. Skubana uciekła, ja też chcę. Chociaż ucieczka Skubanej była o wiele trudniejsza niż moje pozostanie tutaj, to jednak widać dobre efekty ucieczkowe.
Jestem zupełnie rozdarta między przeglądaniem ofert, pisaniem pracy, pisaniem książki, pieczeniem ciasta, robieniem obiadu a pójściem z powrotem do łóżka.
by jaskrawa
18.01.2010; 11:35
komentuj(5)

jeśli nie wiesz co zrobić, rzuć monetą


Od kilku dni, siedząc ciągle na zwolnieniu, męczę się z decyzją - złożyć wypowiedzenie czy nie składać.
Podjęłam już kilka decyzji, ale żadna nie wydała mi się dostatecznie dobra, by została ostateczną.
Z jednej strony chce mi się rzygać na samą myśl o mojej pracy i wiem, że jeśli się stamtąd nie urwę TERAZ, to będzie jeszcze gorzej. Chciałam dokonać takiego ostatniego cięcia, za wszelką cenę uciec, wyrwać się ze szponów tej straszliwej korporacji.
Z drugiej strony - nie mam żadnej kasy, a jeść trzeba, żadnej roboty na razie też nie. Wysyłam CV - jak dotąd bezskutecznie.
Bez pracy nie mogę tak siedzieć Kapitanowi na głowie, a jednocześnie trudno mi byłoby się pogodzić z koniecznością powrotu do mamy.
I co? I chuj.
Rit powiedziała, że skoro nie mogę się zdecydować, to żebym rzuciła monetą.
Dlaczego ja wcześniej na to nie wpadłam?
Rzuciłam monetą i wyszło, że mam zostać w pracy i szukać innej. Mądra ta moneta, nie?
Nie podoba mi się to, co powiedziała mi jednogroszówka, ale w końcu zdałam się na jej wolę, więc nie mam teraz wyjścia.
Przyznam, że od razu mi lżej.
Także tak. Jeśli nie wiecie, co robić - rzućcie monetą!
by jaskrawa
21.01.2010; 13:22
komentuj(17)

wracam do roboty


Dzisiaj wracam do roboty.
Dawno nie byłam tak nieszczęśliwa. W nocy prawie nie mogłam spać, a gdy już spałam, śniła mi się robota. Rzucałam długopisami i krzyczałam. Obawiam się, że horror stanie się prawdą.
Macie tak czasami, że zamknie Wam się jakaś klapka i nie możecie się przełamać? Czuję się jak dziecko, które ma iść do znienawidzonego przedszkola, gdzie pani wpycha mu jedzenie na siłę, inne dzieci się śmieją i szydzą i tak długo trzeba czekać na mamę.
Czuję, że boli mnie brzuch od samego myślenia i zaraz wyrzygam śniadanie, które też musiałam w siebie wpychać.
No nic, trudno. Jakoś to będzie.
by jaskrawa
25.01.2010; 08:31
komentuj(6)

w robocie


W robocie działam metodą pań z zusu.
Jak pracuję, to pracuję. Jak mam przerwę, to mam przerwę.
Poczeka, bo mam przerwę na kawę!
Ma prośbę - po co dzwoni? Maila wyśle, to rozpatrzę.
Siedemnasta. Jakie informacje? Ja WYCHODZĘ.
Klient chce czegoś? Szefowo, klient czegoś chce, a ja nie mam czasu. Niech ktoś inny zrobi.
Wracam z przerwy. 30 maili, które się w tym czasie uzbierało, interesuje mnie o tyle, o ile zdążę je przejrzeć.
Włączyłam sobie w mózgu mentalność urzędnika (zamiast z natury alarmowego trybu pracownika korporacji).
Nie, żebyście mnie źle nie zrozumieli - nie opierdalam się!
To może jednak trochę inaczej, niż panie z zusu.

Jest całkiem miło. Po pracy nie chwytam się za głowę, by zatamować wyciek nadmiaru chaosu. Jeśli ktoś będzie niezadowolony z mojej pracy, adios pomidore.
by jaskrawa
26.01.2010; 19:57
komentuj(8)

podsumowanie stycznia


Minęła już 1/12 roku i mogę powiedzieć jedno - nie było nudno!
Przeżyłam jedno załamanie nerwowe związane z pracą i musiałam katapultować się na L4.
Wyszło mi to na dobre, bo dzięki temu chociaż przez 3 dni po powrocie do biura nie zapierdalałam jak małe czerwone autko (autko to jedno z moich ulubionych słów w języku polskim).
Jutro zaś znowu szykuje się galop.
Jeszcze nie zaczął się luty, a ja już wiem, jak się to wszystko skończy.
Byłam również w tym miesiącu na łyżwach i kręglach, a kończący się właśnie weekend spędziłam częściowo w pewnym miłym buddyjskim ośrodku. Wzięcie udziału w praktyce i wymamrotanie kilkuset mantr jak zwykle mnie uspokoiło jak dobra porcja hydroksyzyny. Może trwa to trochę dłużej, ale za to jest skuteczniejsze i zdrowsze dla wątroby. Od dłuższego czasu planuję, jak to mówi z obawą moja mama znowu się w to wkręcić. Bo kurde, coś mi się poplątały nerwy jak maksymalnie poluzowane struny.
A jeśli mowa o strunach - bylim dzisiaj na Będzie głośno. Notkę jebnę na rzutniku, ale może jutro, bo muszę przetrawić tę wspaniałą, lekką i pożywną ucztę.
by jaskrawa
31.01.2010; 18:40
komentuj(16)

kilka uwag do zanotowania


Kurde, jebłam notkę jak stąd do Radomia i skasowała się.
A tam, pieprzyć ją.
Chciałam tylko cztery rzeczy: Czasu mam mało i mi smutno. Robota pędzi jak szalona, dwa nieskończone dzisiaj raporty, co olewam.
Drugie: Weekend był ekstra, byliśmy na koncercie Archive, o którym to zespole ktoś słusznie w necie napisał, że ich piosenki są jak rozpędzający się pociąg, który ma się za chwilę wykoleić. Tak właśnie jest. Zaczyna się od paru dźwięków, a potem dochodzą kolejne zapętlone motywy, w końcu wchodzimy w nadświetlną i zapominamy o wszystkim.
Mały sample zamieszczam, ale to mizeria w porównaniu z tym bogactwem dźwięków, które słychać na żywo.

Trzecia sprawa: Ta zima jest wyjątkowo mroźna i okrutna. Śniegu pełne zaspy, a mrozy bywały nawet do -30. Piszę, chociaż z opóźnieniem, żeby pamiętać za czternaście lat.

Czwarta sprawa: W tamtym tygodniu dowiedziałam się, że moja siostra będzie miała syna, już było widać siusiaka na usg. I będzie miał na imię Wojtek, które to imię sami wybrali, a ja się zgadzam i podpisuję obiema rękami pod tym wyborem.
by jaskrawa
09.02.2010; 19:51
komentuj(7)

jest M piaskuziarenkiem wklep sydrze


Jakaś dziwna czcionka się mi tu wstawiła...
Ten luty jest lepszy, niż jakikolwiek inny wcześniej (a luty zawsze był dla mnie najgorszym miesiącem w roku), mimo, że nie jestem do końca zdrowa (na ciele i umyśle).
Mieliście kiedyś wrażenie, że zwariowaliście? Może to nie tak, że zwariowałam i robię kwiaty z gazet kolorowych o druku kiepskiej jakości. Nie zbieram też pojemniczków po jogurtach, by hodować w nich mandarynki z pestek. Nie słyszę, by nasza kotka mówiła do mnie coś innego, niż standardowe poranne miau, gdy jest głodna.
Raczej czuję, że głupieję. Nie. To też nie jest dobre słowo. Głupieć kojarzy mi się z fikaniem koziołków, skakaniem po kanapie i obrzucaniem się łupinkami od słonecznika.
Zatem wydaje mi się, że mój mózg się zmniejsza czy coś w tym rodzaju. Pamięć mam krótką, nie mogę się w ogóle ogarnąć. Dzisiaj w pracy spędziłam kilka minut na szukaniu jakiegoś pliku, który na pewno tam był, ale go nie było. Każdy to kiedyś robił. Tylko, że ja robię to ostatnio kilkanaście razy dziennie lub klikam bez sensu w inne pliki, mimo, że widzę, że to nie to. W systemie zamiast wykonaj robię cofkę.
Czuję, że sprawy wymknęły się spod kontroli, która kiedyś działała sprawnie. Mimo wrodzonej wady zwanej roztargnieniem, udało mi się stworzyć dobry system przypomnień, karteczek, oznaczeń i kolorów w tabelkach. A teraz zaczyna się to wszystko rozmywać, jak pomalowana złą farbą atrapa. Przecież jest tak, jak było. Wszystko zapisane, zaznaczone, odhaczone. Dlatego może, że przyzwyczaiłam się do dobrego, teraz za każdy błąd płacę kompletnym rozstrojem nerwowym. Wczoraj, po samo-wykryciu jakiegoś koszmarnego niedopatrzenia, przez dobre pół godziny cierpiałam na skurcz żołądka i atak wewnętrznej, dobrze ukrytej paniki. Siedziałam nieruchomo przed kompem ze łzami napływającymi do oczu i w myślach biegłam gdzieś przez pole i zaśnieżony las. Posiedziałam tak trochę, a potem zobaczyłam, że w tym czasie nazbierało się kilka maili pod tytułem "bardzo proszę o przesłanie mi" lub "zestawienie należy przesłać do jutra do godziny 11" lub też "prześlij mi plisssss numery telefonów do tych ludzi, bo mamy tu piekło". Wpadłam zatem w powtórny trans pośpiechu, zazwyczaj, gdy pierwszy raz spojrzę na zegarek w pracy, jest już tuż przed dwunastą, potem jest 16:30. Rozmawianie przez dwa telefony na raz nie jest już zabawą, ale pierdoloną codziennością, która wyrywa mi mózg z czaszki. W zasadzie to mam trzy telefony - dwa na biurku i komóra. Kurwa mać.
Ciągle ta sama historia tu jest opowiadana. Historie się szybko nudzą, więc są zmieniane na inne, a ja nie mogę nic zmienić, bo jestem w pułapce kredyt-polska-rozsądek-siedź cicho. Wszyscy są, co ja tu narzekam. Nie, nie mówię, że mam gorzej, niż ktokolwiek. Może mam lepiej. I co? No mam. Wspaniale. Kupię sobie kwiaty do wazonu.
Dzisiaj szczęśliwa jestem, bo przyszłam z pracy i nic nie robię od 17:40. Nigdzie nie poszłam, siedzę sama i piszę piosenki, napisałam aż jedną, ale już nie pamiętam, jak to było. Spać idę, bo przyszła w końcu kołdra i mnie wciąga do łóżka.

by jaskrawa
12.02.2010; 00:57
komentuj(9)

planowanie wakacji


Nic nie jest tak przyjemne, jak planowanie wakacji (oczywiście poza spędzaniem ich tam, gdzie się chciało tudzież gdzie indziej).
Liczę sobie, ile kosztowałaby podróż na Daleki Wschód, liczę, załamuję rączki, potem odbieram pocztę i ... zawsze znajduję tam maila od Providenta. Skąd oni wiedzą?
To na pewno przez to, że tu niedaleko, niemal drzwi w drzwi, mieszka Jakiś Agent-Czy-Ktoś. Boimy się, że kiedyś zamiast niego wylecimy w powietrze, jeśli się jakiś inny Agent pomyli.

by jaskrawa
19.02.2010; 17:51
komentuj(5)

-landia


Wydawało się, że to drogo i nie dla nas, ale po podliczeniu kosztów wychodzi, że (może) wcale nie drożej, niż w poprzedniej -landii. W nawiasie piszę "może", bo tak naprawdę to cholera wie, co tam będzie i za ile.
Mamy zatem już pewnie dziewięćdziesięcioprocentowy plan wakacyjny i niewiele rzeczy na świecie mnie teraz powstrzyma. Też tak macie? Jeśli się człowiek natęża i natęża, to nic, a nagle pstryk i jest.
Miał być Nepal, ale terminy nie pasują, bo tam to między majem a październikiem nie ma co się pojawiać. Alternatywą była Mongolia, ale jakoś nie wydało mi się to do końca dobre. No bo co my w tej Mongolii? Wynajmiemy sobie dżipa i będziemy jeździć od jednej jurty do drugiej? To mogłaby być podróż życia, ale nie czuję tego w tym momencie, tak jak parcia na następną -landię.
Jeszcze pojawiła się Kanada, ale pewnie wyszłoby zajebiście drogo, bo co z tego, że polecimy? Za duża skala, za duże odległości, nie będziemy przecież siedzieć w jednym mieście, jakoś tak nie wypada poza tym - lecieć do Kanady i zobaczyć np. jeden park narodowy (czy cokolwiek oni tam mają, dla mnie Kanada kojarzy się z Jednym Wielkim Parkiem Narodowym, górami i Niebezpieczną Zatoką). Ja chyba w poprzednim wcieleniu byłam japońskim turystą. Muszę dotknąć i zobaczyć wszędzie, cyknąć zdjęcie i jazda dalej, więcej, moje, moje, moje!
Do końca życia będę żałować, że będąc w Stanach nie kopsnęłam się na Alaskę. W ogóle w tamtym czasie mojego życia nie miałam zbyt dużo mózgu i całą zarobioną w pocie czoła kasę wolałam przepić w Albionie a potem kupić sobie trochę kolorowych t-shirtów i kilka par spodni (które w większości już dawno poszły na śmietnik, bo w Stanach byłam grubasem, zgodnie z tą zasadą o wronach i krakaniu jak one).
Tak czy owak - w tym roku jedziemy na Islandię, zobaczyć te wszystkie zajebiste wulkany, błękitne laguny, wiatr, ocean, fiordy, gejzery, bezdrzewia i żużel.
Obym dożyła! Życie jest jednak piękne.

by jaskrawa
21.02.2010; 00:14
komentuj(12)

dzieci


Miernik tego, czy jest dobrze, stanowi dla mnie pragnienie posiadania dzieci. Pragnienie owo jest wprost proporcjonalne do mojego dobrego samopoczucia, ale tylko do pewnego poziomu, po którym występuje tendencja odwrotna.
Mówiąc obrazowo - kiedy jest fatalnie, myślę, że nie chcę mieć dzieci, następnie, gdy jest znośnie, myślę, że dzieci mogłyby coś poprawić, a gdy robi się naprawdę nieźle, nie chcę nic psuć i nie umiem sobie wyobrazić siebie wśród pieluch, przykutej do własnego domu, zniewolonej, karmiącej i poświęconej.
Nie, nie jestem z tych, które ciążę traktują jak chorobę, a macierzyństwo jak cud. Nie uważam, aby inni ludzie byli zobowiązani do traktowania matki jak istoty, która zrobiła coś nieskończenie wspaniałego i teraz reszta musi dostosowywać się do jej humorów, wymogów, zachwycać się i piać, gdy tylko ujrzy kawałek pomarszczonej mordki zza kocyka. Oczywiście, że należy uprzejmie ustąpić miejsca w autobusie i inne takie, ale jak widzę młodą mamuśkę, dumną z siebie, jakby urodziła co najmniej zbawiciela świata jakiejkolwiek religii, która robi wrzeszczącą awanturę współpasażerom, aby zrobili więcej miejsca na wózek, bo to przecież miejsce dla wózków, to chce mi się śmiać. Widziałam już kilka takich. Drą ryje głośniej niż te biedne dzieci, jakby zakładały, że wszyscy podróżujący już od dawna wiedzieli, że będzie im towarzyszyć Karmiąca Matka i przygotowywali miejsce od 4 przystanków, by ją ugościć. Niektórzy pewnie powinni prędzej wysiąść i poczekać na następny autobus, no bo przecież dzidzi musi mieć dookoła siebie i wózka trochę przestrzeni, ciszę i spokój, a nie stłoczonych starców (jeszcze zarażą maleństwo jakimś syfem, precz!).
Dzieci są niewątpliwie urocze, ale to w końcu też ludzie. Tacy jak my.
Jakaś aktorka, Cameron Diaz podobno, powiedziała, że na świecie jest ich wystarczająco dużo, abyśmy nie wszystkie były zobowiązane do posiadania ich.
A ja się zastanawiam.
Cenię sobie ciszę i spokój, odpoczynek, możliwość wyjazdów, poczytania książki, wyjścia do knajpy. Dlaczego miałabym sobie tworzyć ograniczenia, które dopiero teraz udało mi się pokonać? Był niedawno taki czas, że wyjście na piwo raz w miesiącu rujnowało doszczętnie mój budżet. Czemu teraz miałabym wracać do miejsca, gdy znowu muszę sobie wszystkiego odmawiać, bo Dziecko, bo Kupić, bo Zapewnić?
Nie wiem. Nie czuję się w obowiązku wobec ojczyzny, a dzieci rzeczywiście jest za dużo na świecie. Czy można nazwać to egoizmem?
Pewnie w końcu i tak się zdecyduję kiedyś. Z ciekawości. Maciek mówi, że to nadaje sens życiu. Może tak, biorę pod uwagę, że ma częściowo rację.

by jaskrawa
05.03.2010; 08:09
komentuj(8)

nie mam wątpliwości


Są sprawy, co do których mam rację, a są takie, co do których nie mam racji i daję sobie i innym prawo dyskutować na ten temat.
Wczoraj znowu dostałam opierdol za to, że nadal nie napisałam pracy. Trochę mam rację, mówiąc o przyczynach, ale pewnie ostatecznie to ONI mają rację. No kurwa tak, nic na to nie poradzę.
Jestem tak bardzo nieszkolnym zwierzęciem, że już bardziej się nie da. To nie jest żadne wytłumaczenie.
Dobra, zrobię to tak, jak chcecie - szybko, głupio, żeby móc się potem pochwalić dyplomem z tróją. Jeszcze wypruję z siebie flaki, będę siedzieć po nocach, pędzona kawą i cukrem, a potem wydam stówę na leczenie kolejnych infekcji powstałych z przemęczenia. W imię czego? W imię zasad, skurwysynu. Tak?
To ten, spadam pisać dalej.
Wiem, że nawalam, ale poprawię się. Macie prawo mnie atakować i prawić mi morały, proszę o nie. Czytałam u kogoś na blogu, że porzucił przyjaciół, bo go wkurzali swoimi "dobrymi radami". Ja mam w dupie takich przyjaciół, którzy boją się mi powiedzieć, co myślą o tym, co robię i jak.

by jaskrawa
07.03.2010; 13:44
komentuj(18)

śniła mi się Islandia


Śniło mi się, że byliśmy na Islandii, chociaż nie jestem całkiem pewna, bo były drzewa. Był też pająk wielkości vana, może nawet taki jak Szeloba z Władcy Pierdzieli.
Koszmar!
Może jednak wybierzemy Wyspy Owcze...
Bilety nie zdrożały, co cieszy. To znaczy, że nie umrę z głodu, a tej śmierci boję się najbardziej od kiedy mam tę cholerną kartę kredytową.


by jaskrawa
13.03.2010; 23:36
komentuj(13)

Pienin


Jest Bieszczad, jest Beskid, może być i Pienin.
Nie ma mnie do poniedziałku.

(o ile kogokolwiek to interesuje).
(jeśli nikogo, to trudno)
(mnie tak, ale przecież dla siebie nadal istnieję, gdziekolwiek jestem)
(zatem i tak dalej, wydaje mi się, że zupełnie w stylu Davida Hume'a)

by jaskrawa
19.03.2010; 09:31
komentuj(5)

przypuszczam, że wątpię


Nie ma to jak przypadkiem nie skręcić w Nowym Targu. My nie skręciliśmy i zamiast wdrapywać się na Trzy Korony i pić piwo w Krościenku (czy gdzieś w okolicy), piliśmy piwo na Ornaku, Kasprowym i w Murowańcu.
Ekstra jest świętować pierwszy dzień wiosny, brnąc po uda w mokrym, ale ciągle głębokim śniegu w drodze na szczyt, we mgle i mocnym wietrze, a potem schronić się w cieple i wpałaszować pizzę. I zobaczyć faceta z cyckami! I spać na górnej półce w schronisku, a potem obudzić się i od razu widzieć góry dookoła. I wrócić z mokrym tyłkiem do Kuźnic.
Pięknie było.
Nie chciało się wracać.
Samochód też chyba nie chciał wracać, bo zepsuł się gdzieś przed Kielcami i byliśmy w domu przed północą. Samochód został w Kielcach, cwaniak. Dostaliśmy w zamian Przemądrzałą Toyotę, która sama najlepiej wie, że osiemdziesiątką trzeba jechać na szóstym biegu...
Także tak, idę w końcu do roboty, na dziesiątą. Na dziewiątą nie mogłam się zwlec.

by jaskrawa
23.03.2010; 08:22
komentuj(10)

nie mogę tego nie zanotować ku pamięci!


Przyjechały do mnie trzy młode lekarki, potrzebujące noclegu w stolycy. Jedna jest moją kuzynką, jej koleżanek nie znałam.
Kiedy przybyły, akurat był u mnie Marek.
Trzy młode lekarki rozstawiły walizeczki i usiadły obok siebie na kanapie, naprzeciw fotela, który zajmował mój najlepszy brat.
Po nieco krępującej chwili, nastąpiło tąpnięcie....

Marek (grzecznie): Wszystkie jesteście lekarkami?
Lekarki: Tak.
Marek (radośnie): Jestem w niebie!
Lekarki (radośnie): Dlaczego?
Marek (umierając ze śmiechu): Bo jestem hipochondrykiem!


A ten tekst po prostu mnie rozkłada na wszystkie łopatki, muzyka powala na kolana, wokal rozwierca mi serce. I tak leżę, powykręcana i nie mogę się pozbierać, zupełnie jak po Theatre of Tragedy, The Distance There Is. Uwielbiam kawałki, które mnie gdzieś poza świat zabierają. I chociaż całkiem miły ten mój świat, to jednak czasem tak dobrze jest wybrać się na wycieczkę.
Jeśli umrę, to puśćcie to na moim pogrzebie!

link do piosenki u Mareckiego


all eyes ceased

and have begun


to see that no one


survives the life


whole line




shines to fire


beyond our eyes


it shines for no one


and we cannot see


the light's light




all hail man


who froze his heart


and gave it over


traded a life


to the lives




all eyes to his face


on his face


the face of no one


we cannot see


what he sees




all hail morning


she comes to see


his eyes don't open


all hail darkness


it is ours




and so when I'm walking, trying to see what he was talking about


that's about when I broke through


and I know it's all been broken and the lord's already spoken


he wasn't talking to me, wasn't talking to you


and I can see the future on the sadness of his plans


oh future, stop crying


today there's life on earth may be dancing around all of us


well tomorrow's only dying




and our love


it can't find you there


at the dawning




well I've been first and last living slow and living fast


always trying to get best of it all


but there's more to life than getting, there's more to the beginning


than only trying to get your way


so I call out to the night cause I can see there's nothing at all


I've tried to say it was not true


and I tried to take you with me to see to all its mystery


well the mystery was you




and our love


it can't find you there


at the dawning




and now into the woods, and hounds who cannot see


they been howling after you


and now you're keeping pace but the longer they must chase


the more they starve for you


and don't look back towards me I'm as empty as the sea


back before there was life on earth


and I won't look back towards you


or this crazy world


or this crazy world



by jaskrawa
27.03.2010; 10:46
komentuj(3)

'nie zabieram pani więcej czasu'


Tak mi powiedziała dziś w pracy dziewczyna, która zajęła mi jakieś pół godziny między piątą a piątą trzydzieści pi em.
Lepiej być dociekliwym a upierdliwym, czy olewać to, co się podpisuje i uciekać ludziom sprzed oczu za minutę piąta?
W pracy to to pierwsze, niestety, problem w tym, że znowu wyszłam po godzinach i jestem w lesie z kilkoma sprawami. Nawet nie w lesie, a w jakimś kurwa gaiku. Las sugerowałby zbyt duży postęp pewnych procesów, które już powinnam finalizować, a ja nawet nie zaczęłam.
Wczoraj obejrzelim "Kłopotliwego człowieka" i "Little Miss Sunshine" i prawie udało mi się odfrunąć stąd, ale tak nie do końca. Tak czy owak, jeśli człowiek zobaczy powódź absurdu, własny mały deszczyk wydaje się być suszą.
To ten, idę spać, bo nie wiem, o co mi chodzi dzisiaj. Jestem skołowana, jakby ktoś się pytał.

by jaskrawa
31.03.2010; 23:00
komentuj(5)

głównie ciasto


Przez ostatnie kilka trzy dni żywiłam się głównie ciastem. Chyba przytyłam z pięćdziesiąt deko. Może jutro uda mi się wstać rano i schudnąć 70 deko za pomocą biegu przez pole.
Kapitan stwierdził, że musimy wydłużyć nasz dystans o dziesięć minut. Niechybnie. Inaczej roztyjemy się i umrzemy młodo. Poza tym mamy przecież włazić na ten cholerny lodowiec za dwa miesiące.
Dwa miesiące to ja będę tam szła, jeśli nad sobą nie popracuję. Jestem straszliwym cieniasem. Gdy obserwuję podczas porannego biegu moje kończyny (to po prostu kości obciągnięte skórą), zastanawiam się, co właściwie biegnie. Dochodzę do wniosku, że biegnie tęsknota za poranną kawą, do której się zbliżam z każdym krokiem. No bo co?
Święta były ekstra, miałam okazję poodwiedzać rodzinę, posiedzieć trochę z mamą, poczuć, jak młode w brzuchu mojej siostry już fika i kopie. Powoli robi mu się niewygodnie. Jeszcze dwa miesiące i będzie wśród nas. Gdy wyczuwam dłonią  ruch małego dziecka w środku, zaczynam pragnąć czuć to samo, tylko we mnie. Wiem, że jeszcze na to nie pora, ale to się po prostu odzywa. Zabawne jest to, jak bardzo chcielibyśmy się buntować, jak bardzo chcemy łamać te wszystkie schematy. Chcemy być inni, żyć inaczej, nie chcemy umierać. Potem potulnie rodzimy dzieci, rozpieszczamy wnuki i lądujemy pod ziemią.
I jedyne, co możemy zrobić, to się po prostu z tym pogodzić.
No trudno. Lepiej chyba żyć i umrzeć, niż nie. To znaczy, oczywiście, z mojego punktu widzenia. Może dlatego tak kiepska ze mnie buddystka, córka marnotrawna. 

by jaskrawa
05.04.2010; 23:11
komentuj(6)

dzień, w którym coś poszło źle


Jestem dziwnie pewna, że coś dzisiaj spartoliłam w robocie. Nie mam pojęcia, co to może być! Pewnie niedługo wyjdzie na jaw i znowu będę musiała się zabić.
A tam, srał to pies.
Co poza tym? Nic. Piję karotkę i czytam jakieś wciągające s-f.

EDIT: No i oczywiście coś poszło źle! Ktoś nie dostał ode mnie ważnej informacji wczoraj (dostałam powiadomienie o niedostarczeniu, ale je przeoczyłam i nie wysłałam ponownie) i przez to sprawa się zjebała.
Ja nie mogę pracować, nie nadaję się.
Jest mi smutno.

by jaskrawa
08.04.2010; 20:48
komentuj(3)

no one survives the life whole line...


Od wczoraj nie mogę się pozbierać.
Mam nadzieję, że nie cierpieli, że nie zdążyli...

by jaskrawa
11.04.2010; 13:23
komentuj(3)

dym z Mordoru


Gdzieś tam z bezdrzewnej krainy, z Góry Przeznaczenia, której złowieszczej nazwy bez lęku wymówić nie sposób*, suną ciemne chmury grozy, aby przykryć błękitne niebo naszego świata...

A my tam kurwa lecimy za niecałe dwa miesiące!

Niech już to wszystko przestanie się dziać. Śniło mi się dzisiaj, że to wszystko był sen.


*tak czy owak się nie da

by jaskrawa
17.04.2010; 11:24
komentuj(6)

lepiej


Wczoraj urządziliśmy sobie dzień triathlonowy dzień. Triathlon w wersji olimpijskiej, jeno pływanie zamieniliśmy na coś trochę innego, również męczącego, ale przyjemniejszego. A potem już bardziej tradycyjnie - 40 km na rowerze i 10 km biegiem.
Oczyściło mnie to z rozbicia, w którym tkwiłam od 10 kwietnia.
Przez cały tydzień moje myśli krążyły wokół śmierci, katastrof, umierania, wiary w Boga, niewiary w Boga, sensu życia i takich tam. Co jakiś czas człowiek przypomina sobie, że sens życia jest potrzebny i trzeba by może w coś wierzyć.
Oczywiście to prawda, ale pod warunkiem, że przypomnimy sobie w porę, że ten sens nie polega na myśleniu o nim.
Show must go on. Idę do roboty.

by jaskrawa
19.04.2010; 08:58
komentuj(14)

a jutro piątek!


Zimno się zrobiło jak diabli. Z przyjemnością zakładam więc ciepłe skarpety i wypijam dwa litry karotki. Chyba trochę przesadziłam. Kot na kolanach, dom dziś pusty, prawie cisza. Rezygnuję z muzyki, bo słychać deszcz za oknem, brzmi nieźle.
Nie rozumiem dlaczego ludzie dobrowolnie rezygnują ze świętego spokoju i komplikują sobie życie. Jeśli źle mi z kimś, to próbuję coś naprawić. Jeśli nadal jest źle i widzę, że nie da się naprawić rzeczy, z którymi nie mogę się pogodzić, to odchodzę. Dopiero wtedy, gdy już jest pozamiatane, mogę coś od nowa zacząć budować, jeśli akurat jest to możliwe.
Robienie jednego bałaganu na drugim może prowadzić jedynie do wielkiego burdelu.
Wydaje mi się, że już mniej więcej dorosłam. Dorosnąć to znaczy dla mnie nie oczekiwać, że ktoś przyjdzie i pomoże nam pozbierać rozsypane zabawki do wiaderka.

by jaskrawa
23.04.2010; 00:16
komentuj(5)

źle poszło


Cały dzień w pracy się opierdalałam. No jak słowo daję. Korzystam z tego, że mogę, pierwszy raz od stu tysięcy eonów. Następne sto tysięcy pewnie znowu będę zarobiona, więc teraz wstrzymuję oddech, by czas płynął wolniej.
Niechybnie za karę wszystko szło dziś źle. Poszłam do banku, by odstać tam półtorej godziny, a potem by zepsuł się system i nic nie załatwiłam. Pierdolę ten bank, zabieram as soon as possible swoje konto stamtąd, niech się wypchają.
Potem poszliśmy na piwo do Hard Zjeb-A-Fe, gdzie to olano nas, bo siedzieliśmy w jakimś kątku i nie przyszedł do nas kelner.
Po jakichś 20 minutach siedzenia wyszliśmy, kupiliśmy piwo po drodze w sklepie.
Potem czekaliśmy na autobus jakieś 15 minut. przyjechały wszystkie numery (chyba z dziesięć różnych), nasz na końcu.
Potem w domu okazało się, że jedno z kupionych piw jest jakieś kwaśne czy coś.
A potem zrobiłam sobie jajecznicę. Już szłam z talerzem do pokoju, by zatopić zęby w jaju, a tu patrzę, a kotu wpadł ołówek z ikei pod drzwi do łazienki. Z 5 minut wyciągałam ten pierdolony ołówek, utknął mocno. W końcu wylazł, jajecznica mi ostygła w tym czasie.
Mamy w domu od cholery ołówków z ikei, kradniemy je zawsze dla kota, bo kot je uwielbia. Z tym, że zdecydowana większość ołówków leży pewnie wkopana przez kota pod szafy i łóżka.
Ale chuj, nie jest źle, tego nie dam sobie wmówić!

by jaskrawa
23.04.2010; 21:14
komentuj(5)

Niezwykłe przygody Wieśka i Cześka


Na majówce było ekstra, tradycyjnie zgubiliśmy się, jak Pan Bóg przykazał.
Nasze przygody mogłyby być dobrą bazą do jakiegoś zajebistego thrillera. Zleźliśmy oczywiście przypadkiem ze szlaku i przedzieraliśmy się przez krzaki i lasy, potem musieliśmy trzymać się rzeki, żeby się jakoś odnaleźć. Żywej duszy, tylko my, rzeka i jej kamienisty brzeg. Niemalże utonęliśmy w bagnie. Prawie.
Rzeki też początkowo nie mogliśmy znaleźć.
Po drodze, jeszcze zanim dojrzeliśmy do wniosku, że zgubiliśmy się, widzieliśmy w oddali jakiegoś faceta, który coś zakopywał...
A potem wyleźliśmy prosto na polanę, gdzie pasły się jakieś bardzo włochate kopytne (myśleliśmy, że jaki, a to były highlandery), a ich właściciel okazał się bratem tego mordercy, co z zimną krwią zabił dwa lata temu dwóch niewinnych ludzi.
A poszło o dziewczynę i konia.
A my nic nie wiedzieliśmy! I nie wierzyliśmy.
A to mogliśmy być my! Prawie.

Poza tym były lody, piwo, wino, ciastka, czekolada, spanie, leżenie, śpiewanie i granie. I wielokrotne przechodzenie przez rzekę bosymi stopami. Wspaniałe uczucie.
Nie wiem czemu, ale gdy byliśmy nad rzeką, przypomniała mi się II
część Władcy Pierdzieli, jak to Sam i Frodo odpływają łódką z
zachodniego brzegu Wielkiej Rzeki Anduiny. Zawsze czuję się na bezludziu
jak postać z Tolkiena. Niemalże.

by jaskrawa
04.05.2010; 20:32
komentuj(4)

niezły z ciebie aparat


Kupiłam sobie aparat!
Nowy!
Stary mi się znudził i teraz bezskutecznie próbuję się go pozbyć za bezcen. Nawet za bezcen nikt go nie chce, chociaż to przecież fajny aparat. Może ktoś chce? Nikon Coolpix 8700 z 2005 roku, prawie nieużywany. Ośmiokrotny zoom optyczny. 8 megapixeli. Obrotowy wyświetlacz. Można sobie samemu robić zdjęcie i widzieć się jak w lustrze, przy odpowiednim ustawieniu wyświetlacza. Idealny dla dzieci neo do sweet foci, bo nie trzeba ich robić w lustrze! Taki tam. Ładne zdjęcia robi, ale menu jest dla mnie zbyt pojebane. Może komuś będzie bardziej odpowiadało, komuś, komu się będzie chciało poczytać instrukcję itd.
Nigdy nie miałam fotograficznych zamiłowań. Może przez chwilę. Kiedyś miałam fazę na robienie zdjęć okien starych budynków. Okna takie, okna srakie. Nawet założyłam sobie konto na jakimś portalu o fotografii i wgrałam tam swój "album". Ale nie wiem, co się z tym stało. Może tuła się gdzieś bezdomne po necie albo dawno wywalono to z serwerów. Tak czy owak, gdzieś około 2006 rzuciłam aparat w kąt i od tamtej pory raczej leży niż jeździ.
No, w górach niedawno z nami był, znaczy się w Tatrach, ale używałam go tylko pierwszego dnia wycieczki, bo drugiego... no... długo by opowiadać. W każdym razie przez własną głupotę drugiego dnia nie był używany.
Teraz mam nową zabawkę, w której najbardziej podoba mi się to, że wydaje z siebie dźwięk prawdziwego aparatu, gdy robi zdjęcie, a nie jakieś cyfrowe cccccccykk, jak poprzednik.
Tylko takie bardziej kszksz.
Czy coś tam.
Mam nadzieję, że Obama nie każe znowu odpalić wulkanu, bo chcę jechać na wakacje i robić zdjęcia.

by jaskrawa
08.05.2010; 21:16
komentuj(7)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl