se siedzę


Za kilka godzin na Poleskiej impreza, a ja se siedzę. Nie spieszę się, trochę sprzątam, trochę odpoczywam, zaraz sobie zrobię kawusię (nie wolno mi jej pić, więc piję rzadko, jako, że jestem wolnym duchem, jednak w ciele uwięzionym) i posiedzę sobie dalej. Nie spieszy mi się, bo i gdzie? Sobota, wolna sobota, jak się kiedyś mówiło. Egzamin, który miałam dzisiaj zdać, zdam za tydzień, też dobrze. Może, gdy będę miała jeszcze trochę czasu, douczę się porządnie i dostanę jakąś godziwą ocenę, a nie tróję.
Dolną półkę w Szafce Opartej O Ścianę może posprzątam?
Oj, Jaskrawa, kombinujesz już, jakby tu się zabrać za robotę!
Ale tam na dole jest straszny syf!
Nie szkodzi, zawsze był. To była półka, na którą wrzucałam Co Popadnie.
Posprzątam i tak, zamknij się leniu.
Kawę wypij chociaż.

Co poczuliście, kiedy dowiedzieliście się, że umarł Michael? Ja nic, bo nie znałam go osobiście, ale potem mi się smutno zrobiło. Na pewno ciężkie miał, biedaczysko, życie. Oczywiście można teraz mówić, że sam był sobie winien, bo po co sobie tyle operacji robił i po co brał jakieś tam leki itd. No tak, ale przecież nie jest łatwo być Taką Gwiazdą. Ciekawe, jaka ja bym była w jego sytuacji. Łatwo oceniać. Co my robimy? Palimy papierosy, chlamy piwsko, żremy tłusto. Zamiast na Maraton Złotej Jesieni czy Jakiegoś Lata, jedziemy na grilla do kumpla-z-liceum. Wiele kobiet dba o siebie, wklepując kremiki i spędzając cztery lata dziennie w łazience, a potem wychodzi stamtąd z całą gamą kolorów na mordzie. Ble, dobra, nie o tym chciałam.
Chciałam o Michaelu. Fajnie śpiewał, nie? No i szkoda chłopaka, dzieciaki osierocił, ojca starego w smutku pogrążył, a sam się nacierpiał za dwóch.
Boże, ja chcę na wieś! Kupowałam dzisiaj kwiatki u takiej babulki. Te babcie niektóre są sto razy mądrzejsze, niż wszystkie głupie gazety.pl. Babcia mnie zagadała dowcipem, bardzo udanym. Wydaje mi resztę - kilka dwuzłotówek - i mówi szeptem "schowaj dziecko, bo to szczere złoto!", a potem się serdecznie roześmiała. Ja też się roześmiałam, a potem usłyszłam małą wylewkę żalu, że młodzi wyjeżdżają teraz za granicę, zamiast tutaj pracować. Powiedziałam babci, że ja siedzę tutaj i nigdzie się nie wybieram, kupiłam sobie kwiatki i jestem szczęśliwa.*

Zabawna historyjka mi się w pracy przydarzyła. Notuję, żeby nie zapomnieć.
Przyszli pewnego dnia jacyś panowie do nas, ubrani w ładne, estetyczne robocze ciuszki. Wchodzą i wręczają mi jakiś druk-prośbę o udostępnienie biura dla jakichś pomiarów. Pytam więc panów, czy mam to im gdzieś podpisać czy co. Panowie milczą jak zaklęci. Stoją i patrzą na mnie. Pytam ich zatem, czego ode mnie potrzebują, jeśli nic, to niech sobie mierzą, zapraszam i tak dalej. Panowie nadal nic.
Do you speak English? - pytam
Panowie: Deutsch!
Ja: Aaa.... Eeeee... Ein moment! Panika w oczach.
Odwracam się do biura: Mówi któraś z was po niemiecku?
Szefowa: Ania mówi, ale poszła do sklepu.
Odwracam się do panów i gestem zapraszam ich do stolika. Panowie sobie usiedli, coś tam sobie notują na dużym arkuszu papieru.
Usiadłam, próbuję dodzwonić się do Anki i zapytać, kiedy wróci, ale słyszę jej komórkę odzywającą się z jej pustego biurka. Bez sensu, myślę. Przecież nie muszę z tymi facetami gadać, tylko po prostu wpuścić ich do biura, żeby zmierzyli, co mają zmierzyć i już.
Tylko jak im to powiedzieć, skoro oni siedzą i czekają?
Pomiaren machen Sie bitte?
Kurwa. Trzy lata niemieckiego w liceum. Tyle jest warta nauka w polskiej szkole.
Wstaję więc od biurka i idę do panów Niemców. Gestem ręki wskazuję na biuro. Go ahead, mówię zupełnie w próżnię, z cieniem nadziei, że może któryś coś skuma. Panowie gapią się na mnie, nic nie rozumiejąc.
W końcu zauważam, że jeden z nich ma taką składaną drewnianą żółtą miarkę. Chwytam ją i przykładam do ściany, potem pokazuję na nich i na biuro.
Panowie: Aaaaa! - zrywają się z krzeseł i zabierają do roboty.
Z tyłu za sobą słyszę jakieś brawa i śmiech dziewczyn.
Dlaczego to zawsze na mnie trafia?

W końcu panowie wychodzą, uśmiechają się i mówią "baj baj". Ja na to "Danke! Baj baj!".
Głupie, nie?

*nie zawsze, ale kto by tam dbał o szczegóły...
by jaskrawa
27.06.2009; 12:30
komentuj(0)

tradycyjne L4


Od poniedziałku siedzę bez skrupułów na L4. Ponieważ jednak trochę mam wyrzuty sumienia, że ja siedzę, a inni w tym czasie pracują, postanowiłam odbębnić serię antybiotyków, którą odkładałam gdzieś na sierpień czy grudzień. Antybiotyki są chujowe, tak, jak zapowiadał mój ulubiony pan doktor, bo działają bezpośrednio w moim schorowanym żołądku, gdzie niszczą wszystko, co się rusza. W związku z tym większość dnia chce mi się rzygać.
Mieliśmy plan, żeby jechać w niedzielę do chałupy Styków, ale zajrzałam na konto.

W związku z tym nie jedziemy, tylko gnijemy dalej w Warszawie, ja się uczę, Marchewa wypruwa z siebie flaki w robocie, wszystko po staremu.
Jedziemy za to na ślub mojego ciotecznego brata, który zrobił był dziecko swojej pannie. Mimo, że minęły już ze dwa miesiące, od kiedy się o tym dowiedziałam, nadal nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Mój brat zawsze będzie tkwił w mojej świadomości jako mały Krzysiu, z którym bawiliśmy się budując zamki z błota, mieliśmy klub wielbicieli ślimaków i kąpaliśmy się w jednej balii latem u babci.
by jaskrawa
01.07.2009; 11:30
komentuj(0)

o tym, że drugie z głowy, ale i tak wszyscy ...


... kiedyś umrzemy
W piątek zaliczyłam kolejny egzamin i szwendałam się bez sensu w rejonie Krakowskiego P. i Nowego Ś., nie wiedząc gdzie mam się podziać z całym swoim szczęściem. Na egzamin polazłam w brązowych długich gaciach, a upał był jak diabli, więc po wyjściu z instytutu weszłam do mijanego po drodze lumpeksu i kupiłam sobie jakąś luźną, zwiewną i przewiewną spódnicę. Gdy miałam już spódnicę, zaczęły mnie jakoś parzyć czarne pantofle, założone na gołe stopy. Byłam oburzona, bo zawsze były wygodne, ale jakoś im to wybaczyłam, zrzucając całą winę na panujące gorąco. Czułam jednak, że nie może tak być, że ja tu idę, szczęśliwa, wolna jak hipis, w spódnicy z lumpeksu, rękawy bluzki powywijane do granic, a nogi mnie bolą w butach. Zdjęłam więc buty i dopiero wtedy zaznałam smaku wyzwolenia ostatecznego. A nie, sory, wyzwolenie ostateczne przyszło wtedy, gdy podarłam spektakularnie część notatek. Kpt. zaproponował, żebyśmy wypieprzyli je z Mostu Gdańskiego do Wisły, ale przecież pracowałam kiedyś w griinpisie, więc mi nie wypada.

W weekend byliśmy z Kpt. na ślubie mojego chudego i długiego brata. Ślub był taki, o jakim marzą wielkie gwiazdy, a niestety nigdy im nie wychodzi, bo ostatecznie i tak wszyscy mogą zdjęcia zobaczyć na pudelkach, w faktach i na onecie. Brat mój poślubił swoją ukochaną w wiejskim drewnianym kościółku, było swojsko, miło i ciepło, bez nadętej atmosfery, z ładnie śpiewającym organistą, czad po prostu. Taki ślub to może i nawet chciałabym mieć, gdybym chciała mieć ślub.
Ostatnio jakoś coraz mniej chce mi się jarać, a coraz częściej myślę o kremie przeciwzmarszczkowym, częstszym bieganiu i innych wysiłkach, które opoźnią nadejście starości i śmierci. Chyba wszystko przez tą krwawą jatkę, Black Hawk Down, którą obejrzeliśmy niedawno. Dlaczego przez to? Bo na tym filmie wszyscy umierają z łatwością, w jednej sekundzie żywi i zdrowi amerykańscy chłopcy tracą na przykład calą dolną połowę ciała, albo przebija im głowę pocisk przeciwczołgowy czy jakiś tam inny. Niektórzy nadal żyją, mimo, że z medycznego punktu widzenia nie powinni. Krew leje się gęsto, jak to zwykle u Ridleya Scotta, widocznie facet wykupił wieloletni abonament w agencji robiącej tego rodzaju efekty specjalne (dużo czerwonej farby, sztucznych flaków i poobcinanych kończyn). Film jest niewątpliwie dobry i trzyma w napięciu tak, że w pewnym momencie, podczas oglądania, odkryłam, że cała się trzęsę jak galareta.
Wcześniej nie chciałam go oglądać, bo oglądanie rozmaitych obrazów o swobodnym rozwalaniu się ludzkich ciał nie działa na mnie dobrze.
Tym razem też nie zadziałało. Położyliśmy się z Kpt. spać, Ktp. zasnął od razu snem sprawiedliwych, a ja leżałam bezsennie ze trzy godziny i martwiłam się tym, że śmierć może przyjść tak niespodziewanie, bez względu na to, czy jesteśmy na wojnie, czy jedziemy sobie tramwajem do pracy. To potworne! Czego byśmy nie robili, możemy być jak Madonna, wysportowani i młodzi w wieku lat 50, możemy sobie jeść sałatę i walczyć z wolnymi rodnikami (cokolwiek to jest), i tak umrzemy prędzej czy później. Nie będzie to chyba przyjemne. Gdy coś się psuje w naszym ciele, to nas boli. Na pewno boli bardziej, gdy psuje się wszystko.
Ciekawe, co tam jest dalej... Cały czas obawiam się, że nic i właśnie to przeraża mnie najbardziej, chociaż, jeśli nie ma nic, to powinno mi być wszystko jedno. A jeśli istnieje reinkarnacja i wszystko będzie trzeba zaczynac od początku? O kurwa, wyobraźcie sobie... znowu zdawać maturę i iść na studia, masakra!
Obiecuję, że jeśli kiedyś umrę i okaże się, że mam jakąś duszę, to przyjdę tutaj do moich bliskich, ale tak w ciągu radosnego i wesołego dnia, żeby nikogo nie przestraszyć i powiem wam, jak to jest naprawdę.
by jaskrawa
07.07.2009; 14:00
komentuj(1)

najwyraźniej koniec (notka skopiowana z blog.pl)


Podobnie jak wielu z nas, wynoszę się stąd. Adres nowego bloga (wszyscy przenoszą się na ownlog, więc chyba i ja tam skończę) podam, gdy tylko sobie jakiś wymyślę.

Droga redakcjo blog.pl - jest nam niezmiernie przykro, że nie pytając nikogo o zdanie (zwłaszcza osób, które kiedyś, w danych dobrych czasach, za zalożenie bloga zapłaciły), tak bardzo zmieniacie wizerunek tego serwisu.
W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, tylko olanie Was ciepłym moczem.

Nie interesuje mnie data mojej śmierci, tak baj de łej.

Żegnam ozięble (jak by powiedział Marecki).

(generalnie notkę dla zachowania porządku skopiowałam z blog.pl, nie odnosi się ona oczywiście do milutkiego serwisu ownlog)
by jaskrawa
17.07.2009; 15:00
komentuj(0)

Finlandia


Nie mam ciągle nowego bloga, bo przez ostatnie dni cierpię na straszliwy brak czasu i ochoty na zajmowanie się internetem.
Jutro wyjechałam do Finlandii, gdzie mam zamiar zupełnie się odrealnić. Mam nadzieję, że pomoże mi w tym brak kasy, brak planu i łapanie stopa.
A teraz idę dalej wpychać wszystkie ciepłe rzeczy do plecaka. Mam nadzieję, że będzie zimno jak skurwysyn, bo jeśli nie, to po co ja to wszystko biorę?
by jaskrawa
11.08.2009; 00:04
komentuj(1)

o tym, jak to przejechaliśmy całą Finlandię


Lot do Helsinek zmroził nam nieco krew w żyłach, tzn. mam na myśli lądowanie. Chmurzyska jakieś były i wyjątkowo trzęsło. Na szczęście byliśmy nieco nietrzeźwi i patrzyliśmy na to wszystko z dystansem godnym jaka w Tybecie. Nie ma co, przed lotem najlepiej się napić. W ogóle to dziwne, bo nigdy wcześniej nie bałam się latania, do samolotu wskakiwałam jak dziecko na karuzelę. A teraz? Jakiś niepokój czuję, jakby życie nagle stało się bardziej wartościową sprawą.
Helsinki przywitały nas deszczem i smutną wiadomością, gdy już włączyłam telefon. Mój łódzki pies umarł, a właściwie został uśpiony decyzją mojej siostry. Męczyła się już biedulka, schorowana staruszka. Płakałam i biegłam do autobusu z kilkunastokilogramowym plecakiem, jeszcze trochę pijana, szczęśliwa i nieszczęśliwa.
Rozbiliśmy namiot na uroczym, świetnie zorganizowanym campingu i poszliśmy spać.
Helsinki wypogodziły się następnego dnia, więc poszwendaliśmy się po nich, byliśmy na prześlicznej wyspie Suomenlinnie, połaziliśmy po jej skalistym wybrzeżu, żrąc po drodze lody, ciastka i w ogóle co popadło. Cudne miejsce, niewielu ludzi, zielono mi.

Wieczorem zaliczyłam mdłości i ogólną rozjebkę (sama nie wiem, dlaczego, może to przez tę ohydną zupkę vifon, vifon chuj, a może przez psa).
Rano jakoś doszłam do ładu z sobą i pojechaliśmy do Rovaniemi. Pociągiem. Jechaliśmy prawie cały dzień, nudząc się jak mopsy i gapiąc się przez okno. Finlandia to najbardziej nudny krajobraz na świecie. Jeziora i lasy i tak przez setki kilometrów. Cud natury.
Tak, to tam mieszka niejaki Święty Mikołaj. Camping, który sobie upatrzyliśmy w przewodniku okazał się być daleko jak cholera od miasta. Szliśmy chyba z 7 kilometrów z całym majdanem na plecach, ostatnie dwa pokonaliśmy za pomocą samochodu, którego kierowca litościwie nas podrzucił. To był jedyny raz, kiedy udało nam się złapać stopa.
Camping był nad jeziorem, dookoła drzewa i domki, jak na Mazurach. Bosko. Lato, komary i słońce.
Widno było całą noc, ale jakoś udało nam się zasnąć.
W Rovaniemi spędziliśmy uroczy następny dzień. Byliśmy u Świętego Mikołaja, który w zasadzie nie mieszka w Rovaniemi, ale w Napapiiri czyli na samym kole podbiegunowym. Aby dostać się do Świętego, trzeba jedynie postać w niezbyt długiej kolejce. Święty mówi po polsku dzień dobry, zapytał nas skąd jesteśmy i zapewnił, że będzie w tym roku w Warszawie. Nie można mu robić zdjęć, są do tego uprawnione jedynie elfy, które kręcą też króciutkie dvd ze spotkania. Zdjęcie można potem kupić za 35 euro, film za 40. Nie skorzystaliśmy z tej wyjątkowej okazji. Wyszliśmy na zewnątrz, zeżarliśmy lody i zajaraliśmy petka. Zrobiliśmy sobie też zdjęcie, które udokumentowało fakt, że byliśmy na kole podbiegunowym, aby nie było potem żadnych nieporozumień.
Widzieliśmy też milion listów, które co roku docierają do Laponii. Czyli wygląda na to, że naprawdę tam trafiają. Warto zatem do Mikołaja pisać. Nie wiem, czy Święty czyta wszystkie listy, ale na pewno zarobi na nich unicef, ponieważ koperty są sprzedawane jako cegiełki na rzecz tej miłej organizacji.
Z koła podbiegunowego chcieliśmy dostać się do Rovaniemi stopem, bo to kilka kilometrów, a chcieliśmy zaoszczędzić na czasie. Łapanie stopa znudziło nam się po jakichś 20 minutach. Słuchajcie, nie wierzcie w te durne historie, że Skandynawię można stopem przejechać. Trzeba chyba by mieć ze dwa miesiące, by przemieścić się z jednej dziury do drugiej. Poszliśmy więc smętnie pieszo i zgubiliśmy kilka kilogramów. Szybciej i zdrowiej. Nieco mniej zdrowa była wizyta w McDonalds, obowiązkowy punkt zwiedzania. To w końcu najbardziej na północ wysunięty McDonalds. Zeżarliśmy kolejne lody. Obsługa - beznadziejna.
Wyraźnie powiedzieliśmy, że chcemy lody z polewą czekoladową, a dostaliśmy z truskawkową. Zjedliśmy je jednak bez protestów. W McDonalds zresztą był syf z malarią, za mało osób na zmianie i widać było, że nie są w stanie sami wszystkiego ogarniać. Mimo wszystko byliśmy zadowoleni, bo Rovaniemi jest urocze, leży nad śliczną rzeką, czy raczej jeziorem, ciepło było i słonko i w ogóle.
Następnego dnia (chociaż wydaje się, że to był ten sam dzień, dzień jest po nocy, a nocy nie było) udaliśmy się bardziej na północ, do miejscowości Saariselka, gdzie zanurzyliśmy się w park narodowy. Park przerażająco wręcz pusty, jeśli chodzi o występującą tam ludzkość. Dotarliśmy do darmowej chaty dla turystów, po drodze włażąc na jakąś górę, a potem robiąc sobie ognisko, na którym ugotowaliśmy zajebisty makaron. W ogóle nie wiedzieliśmy wcześniej, że mają tam takie śliczne góry. Małe toto, coś jak Beskid Niski, ale ładnie zaokrąglone i niezalesione na szczytach, przez co czuliśmy się trochę jak w Bieszczadach i ogólnie wyliśmy z radości.
Do chatki doszliśmy ok. pierwszej w nocy (or whatever it was), zachwyceni faktem, że nikogo w niej nie było. Było to nieco przerażające, taka zupełnie widna noc na odludziu. Rano do chatki przylazło stadko reniferów. Niedźwiedzi na szczęście nie było, a tego obawialiśmy się najbardziej. W zasadzie cały czas po drodze przez las rozglądaliśmy się, czy żaden nam się nie przytrafi. Wprowadzało to w naszą wędrówkę nastrój przyjemnej grozy.
Rano poszliśmy dalej, do kolejnej chatki, która okazała się być wielką drewnianą chałupą (wielkości schroniska na Hali Kondratowej mniej więcej), czyściutką i pachnącą nowością, z wielkim paleniskiem pośrodku. Chata była położona nad przecudnym jeziorem, nad jeziorem wznosiła się ogromna, porośnięta jedynie mchami i porostami góra. Może jeszcze kilka drzew podłej postury widzieliśmy nań.
W tej chatce pod górą było jeszcze bardziej pusto, chociaż czy może być bardziej pusto, gdy i w poprzedniej nie było nikogo?
Nie wiem, ale nam się wydawało, że jest bardziej pusto. Pusto, jak diabli, mówię Wam. Siedzieliśmy przed chatką, skurczeni z przerażenia i lęku przed niedźwiedziami. Poleźliśmy w końcu na rzeczoną już górę, z góry było widać nasze jezioro, a potem podwójną, pełną tęczę przez całe niebo. Znowu umierałam z zachwytu, po prostu prawie umarłam z radości. Góry, jezioro, chata, dzikość jak z filmu. Tylko ten czający się wszędzie lęk - lęk umysłu, nawykłego do cywilizacji i kupy ludzi dookoła...
Następny dzień - droga do Inari. Inari - zadupie nad jeziorem Inarijarvi.
Na jeziorze jest tyle wysp, że starczyłoby ich, aby dać po jednej każdemu obywatelowi jakiegoś małego miasteczka. Wyspy raczej płaskie i małe, prócz jednej, która wznosi się trójkącikiem nad krystaliczne wody jeziora. Oczywiście na tę wyspę popłynęliśmy małym stateczkiem. Wyspa nazywa się Ukko i w prechrześcijańskich czasach była dla Lapończyków miejscem świętym. Jest raczej niewielka, z jednego jej końca na drugi można przejść pewnie w około 150 sekund. Na wyspie poznaliśmy kogoś w rodzaju Smerfa Ważniaka - młodego Fina z południa kraju, który wymądrzał się i najwyraźniej postanowił pomóc nam w zwiedzaniu, racząc różnymi ciekawostkami, które nie były specjalnie ciekawe. W drodze powrotnej (z miejsca, gdzie wysiedliśmy było jeszcze kilka kilometrów przez las do miasteczka Inari) robiliśmy wszystko, by się odczepił, co nam się miejscami udawało. Smerf Ważniak miał bowiem jeszcze jedną ofiarę, jakąś zabawną panią niewiadomoskąd, chyba z Meksyku czy Brazylii. Nie pytaliśmy, wyjątkowo nie chciało nam się gadać. Chcieliśmy iść i słuchać ciszy. Po drodze minęliśmy pewnie z setkę krystalicznie czystych jezior. W ogóle wszystkie jeziora i rzeki Finlandii są tak czyste, że można umrzeć z zachwytu. Można z nich pić wodę bez obaw i przegotowania.
Na wpół zjedzeni przez komary, dotarliśmy w końcu do Inari, gdzie chyba zeżarliśmy kolejne lody, a potem poszliśmy na nasz camping, bo według ogłupiałych zegarków był już wieczór.
Wieczorem posiedzieliśmy nad krystalicznie czystym jeziorem, gapiąc się na zachód słońca i umierając z zachwytu. Pewnie jakieś dwie godziny później moglibyśmy zobaczyć wschód słońca wyłaniającego się znad wzgórz kilka kilometrów dalej na wschód. Nie sprawdziliśmy, jakby to było, bo poszliśmy spać.
Następnego dnia pojechaliśmy do parku Lemmenjoki. Lemmenjoki to park narodowy leżący nad krystalicznie czystą rzeką Lemmenjoki. Alaska normalnie, nawet złoto tam mają, trzeba je tylko z rzeki wypłukać. Jest na to wielu chętnych.
W Lemmenjoki miałam kryzys. Zupełnie wysiadły mi kolana, pierwszy raz w życiu! Nie mogłam iść, więc przeszliśmy tylko kawałek do pierwszego miejsca, gdzie można rozbić namiot. Miejsce owo znajdowało się nad krystalicznie czystym jeziorem (małe, więc chyba bez nazwy). Siedzieliśmy nad tym jeziorem dwie noce i nie robiliśmy nic, poza gotowaniem sobie zajebistego makaronu, obżeraniem się batonikami i w ogóle.
Po dwóch nocach, pojechaliśmy znowu do Inari, gdzie zdarzyła nam się smutno-wesoła historia. Okazało się, że autobus do miasteczka, które sobie upatrzyliśmy (nic w nim pewnie nie było, ale było bardzo daleko na północ) nie jeździ w dni powszednie (to był już poniedziałek), więc byliśmy w ciemnej dupie i nie wiedzieliśmy, co począć. Na szczęście nawinął się inny autobus, też na północ, ale nieco bardziej na wschód, mianowicie do Naatamo. Zapytaliśmy kierowcy, co jest ciekawego w Naatamo. Kierowca i jakiś facet, który znał trochę angielski, powiedzieli, że nie ma tam kompletnie nic, dlatego też kupiliśmy bilety i pojechaliśmy.
Nie wprowadzili nas w błąd. W Naatamo nie było kompletnie nic. Nie liczę bowiem dwóch marketów, stacji benzynowej, może dwóch domów w odległości kilkuset metrów i kilku reniferów, które łaziły po przepięknej, równej drodze, przebiegającej tamtędy. Drzewa - mocno skarlałe brzozy, rzadko rozmieszczone, żadnych leśnych krzaków, jedynie mech. Tamtejszy "las" przypominał jakiś śródziemnomorski gaik oliwny na nieprzyjaznych skalistych wzgórzach, jeno zimno było jak skurczysyn. Renifery są doprawdy głupie. Gdy z rzadka przejeżdżał jakiś samochód, biegły w jego kierunku. Może one też chcą popełnić samobójstwo? To podobno popularna rozrywka w tym kraju.
Byliśmy zauroczeni, szliśmy wzdłuż drogi i robiliśmy renom zdjęcia.
Sześć kilometrów dalej znajdowała się granica z Norwegią, ale nie poszliśmy tam, bo w zasadzie byliśmy pewni, że tam jeszcze bardziej nic nie ma.
Było cudownie. Wiatr hulał i musieliśmy założyć czapki i polary, żeby nas nie wywiało z powrotem do cywilizacji.
Następnego dnia i następnej nocy wróciliśmy do Helsinek, po drodze jeszcze raz zaliczając Rovaniemi.
Tak to ja i Maciek przejechaliśmy całą Finlandię, nawet w obie strony. Przylot do Warszawy - 19 z minutami, o 21.30 byliśmy już w pociągu nad polskie morze, ale to już zupełnie inna historia.
by jaskrawa
14.08.2009; 20:00
komentuj(7)

w pociągu


Miałam napisać o tym, że trudne dzieciństwo naprawdę nie ułatwia życia. Porąbani ojcowie czy matki, bezpowrotnie utracone poczucie własnej wartości. Odzyskać je to jak zacząć chodzić po 20 latach spędzonych w śpiączce.
Myślałam też, by napisać o tym, jak mi minął weekend.
Wujek mi umarł, bliski, daleki jednak, jeśli chodzi o kontakt. Miałam napisać, że umarł na raka płuc i mi przykro. Trochę się przestraszyłam jarania petków. Głupia jestem, że nie mogę do końca tego gówna rzucić. Z drugiej strony - nie palę dużo, prawie wcale. Takie gadanie.
Alkoholik z reguły nie widzi problemu.
Ja też nie widzę u siebie problemu, ale przecież to nic nie znaczy. Sama do siebie teraz strzelam. Dobra tam, mniejsza o to.

Podczas powrotu do Warszawy, miałam okazję usłyszeć coś, co stanowi żywy przykład na to, jak można rozgrzebać mały problem we własnej głowie tak, żeby urósł do rangi problemu życia.
W pociągu siedzi za mną pewna para. Nie widzę ich twarzy, bo fotele stoją sobie dwójkami, jedna dwójka za drugą, jak to w intercity. Chłopak i dziewczyna, młode głosy, gdzieś ze 23 lata góra.
Rozmowa (trochę zmyślam, zmieniam może kolejność, bo rozmowy rzecz jasna nie nagrałam, ale sens raczej zachowuję):
- Wyłączyłeś żelazko, gdy wychodziłeś?
- Tak, to znaczy wiesz, nie pamiętam, ale myślę, że tak, jak zwykle.
- Nie pamiętasz? Może rodzice są jeszcze w domu?
On dzwoni do chyba jej rodziców. Słyszę strzęp rozmowy:
- Państwo są już daleko od mieszkania? Tak, bo nie jestem pewien, czy wyłączyłem żelazko, to znaczy na pewno wyłączyłem, ale tak na sto procent to nie jestem w stanie powiedzieć. No nam z Warszawy to trudniej będzie to sprawdzić teraz, niż państwu z Łodzi. Tak, raczej wyłączyłem. Byłem w tym pokoju, pakowałem się, byłem tam przez dłuższy czas, układałem rzeczy. Tak, na pewno bym poczuł ciepło od żelazka, gdyby było włączone. Cały czas kręciłem się potem w pobliżu deski, więc na pewno bym poczuł, że wydziela ciepło.
Dalszego ciągu nie słyszę.
Potem znowu rozmawiają między sobą.
- Po prostu nie pamiętam tego momentu, gdy wyciągałem wtyczkę. Zawsze to robię, ale przecież takich rzeczy nie rejestruje się w pamięci. Czasem oczywiście tak, ale tym razem tego momentu nie mogę sobie przypomnieć. Byłem tam dość długo, potem Ania też wchodziła, zamknąć okno. Na pewno też zauważyłaby, że jest włączone.
- Mhm.
- Pamiętam, jak pakowałem baterie do aparatu (wymienia jeszcze jakieś inne rzeczy i czynności, a ja teraz zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, jakie to rzeczy i czynności jeszcze wymieniał, tak, jak chłopak nie może przypomnieć sobie momentu wyłączania żelazka), najpierw zresztą układałem sobie wszytko na biurku, żeby niczego nie zapomnieć. Kilka razy przechodziłem obok żelazka, na pewno bym poczuł ciepło, usłyszał, jak termostat tyka, a nic takiego nie słyszałem.
- Aha.
- Potem wyszliśmy, ale przecież ja tam jeszcze potem wróciłem po naszym powrocie.
- Tak, byłam tam przez chwilę też.
- Tak, tak, też mogłabyś coś zauważyć niepokojącego. Myślę, że wyłączyłem je, szczerze mówiąc to nie mogę tak na sto procent tego stwierdzić, bo tego momentu nie pamiętam. Zabawne, bo pamiętam każdy inny szczegół. Na pewno poczułbym ciepło, gdyby było włączone.

Tekst o cieple i termostacie pojawia się w wypowiedziach chłopaka co najmniej z 10 razy.

- Na pewno też słyszałbym, jak pracuje. Kiedy jest odstawione, syczy o wiele głośniej, niż wtedy, gdy jest w pozycji roboczej (tak powiedział, byłam w szoku, "pozycja robocza" w odniesieniu do żelazka!). Musiałbym to zauważyć!
- Tak, tak.
- W ogóle nie martwiłbym się, ale niepokoi mnie fakt, że nie pamiętam tego momentu, wiesz, przytrzymywania gniazdka, wyjmowania wtyczki. Dlatego nie mogę być pewien, że to zrobiłem, chociaż wszystko na to wskazuje.
- Hm...
Przestałam słuchać, może przestali rozmawiać. Jednak mija jakiś czas i chcąc nie chcąc, słyszę kolejną część rozmowy:
- Zadzwońmy do żelazka i zapytajmy go, czy działa! Chłopak chyba próbuje być zabawny.
- Pakowałem się, sprawdzałem, czy działają baterie, naprawdę, gdyby było włączone, słyszałbym je. Tyle razy tamtędy przechodziłem. Jeśli nikt z nas niczego nie zauważył, to wszystko musiało być w porządku. Potem wyszliśmy, a potem przecież wróciliśmy, pamiętasz? Byłem jeszcze chwilę w tym pokoju. Na pewno musiałem się rozejrzeć, czy niczego nie zapomniałem.
Po dłuższej chwili.
- Ciągle o tym myślisz?
- Hmm... no.
- Nie martw się, może tam pojadę jutro? Będziemy czuli się pewniej. Niepotrzebny zgrzyt, co?
- Eh... Tak..
- Ojej.
- ...
- Taki mały szczegół może tak bardzo popsuć nastrój.
- No dobra, już nie mówmy o tym.
- OK. W zasadzie to jestem prawie prawie prawie pewien, że je wyłączyłem.....


I tak mniej więcej od Skierniewic do Centralnego. Chyba. Nie notowałam dokładnie w pamięci, ale wydaje mi się, że to musiały być Skierniewice, gdy zaczęli o tym rozmawiać, chociaż nie mam pewności. Chyba pomyślałam, że rozmawiają o żelazku przez połowę podróży. Na pewno czytałam wtedy króciutką książeczkę Salingera, ale nie mogłam się skupić, bo rozmawiali dość głośno.

Na koniec miałam szczerą ochotę wstać, odwrócić się i powiedzieć "Stary, jestem tak bardzo pewna tego, że wyłączyłeś to cholerne żelazko, jak tego, że jedziemy teraz pociągiem, mimo, że w ogóle mnie w tym pokoju nie było!".
Nic nie powiedziałam, bo kurde, tak głupio przecież się przyznać, że się wszystko słyszało.
Biedni.
by jaskrawa
26.08.2009; 01:22
komentuj(6)

nie warto oszczędzać, skoro można umrzeć


W piątek rano byłam u dentysty. Prawie nie bolało. Mówię prawie, bo okazało się, że leczenie Tego Jednego Zęba będzie kosztowało 800 zł. Kanałowe pod mikroskopem (naprawa tego, co kiedyś spierdzielił mi jakiś konował w Łodzi) i do tego odbudowa tego, co na górze.
Wiecie co? Kiedyś straszliwie bałam się chodzić do dentysty, bo zawsze mnie bolało, bez względu na to, czy wcisnęli mi znieczulenie, czy nie. Teraz się boję, że będę musiała wziąć kredyt na zęby, bo samo leczenie w dobie dzisiejszych znieczuleń i narzędzi, to po prostu pół godziny śmiertelnej nudy w fotelu.

Karta wyprana w wakacje nadal niespłacona.
Sprawy uczelniane - zupełny rozgrzeb, napisana już część pracy dyplomowej, nadaje się do śmieci i zacznę ją chyba pisać od nowa. Jak tu żyć?
Aby zaliczyć resztę ćwiczeń (tych z różnic programowych), muszę wziąć urlop bezpłatny, bo inaczej nie zdążę oddać indeksu. Wypłata będzie beznadziejna.
Z tym, że nie złożę pracy do końca września już się pogodziłam. Prócz pogodzenia się, uczelnia wymaga opłaty za opóźnienie w obronie.
Zupełnie nie powinno mi się już chcieć wstawać rano.

Poszłam wczoraj do banku. Postawiłam na szczerość.
Dzień dobry, chciałam powiększyć sobie kredyt, ponieważ potrzebuję pieniędzy na spłatę karty. Trochę przesadziłam z wydatkami, wie pani, jak to jest w wakacje.
Jasne, pewnie, rozumiem, nie ma żadnego problemu. Ile pani potrzebuje?
Wymienia mi kwotę o wiele wyższą, niż potrzebuję na spłatę. Przez chwilę sobie myślę - o, jak dużo, co tu by sobie kupić? Poczułam się niemalże jak bohater Złotej Kaczki, który musiał w jedną noc wydać sto dukatów, ale nie miał pojęcia na co.
Zdrowy rozsądek tupnął jednak nogą i nakazał mi się opamiętać. Bierz tyle, ile musisz i spadaj stąd, zanim ci wcisną 20 tysięcy.
Nie, nie! Ja tylko na spłatę karty, w ogóle poza tym nie są mi potrzebne pieniądze! - krzyczę desperacko w obronie przed lawiną złotych monet.

Wychodzę z banku i jestem zadowolona. Wcale nie jest mi smutno ani przykro, że mój kredyt, który zaciągnęłam w tamtym roku na studia, powiększył się znowu o tyle, o ile nawet przez rok nie zdążył stopnieć.

Bo wiecie co? Wszystko mi jedno, mogłam nie jechać na wakacje, mogłam cały rok jeść chleb z masłem, ale równie dobrze mogłam też nie żyć.
by jaskrawa
29.08.2009; 16:48
komentuj(6)

odliczanka


Dziewięć dni do urlopu bezpłatnego pseudonaukowego.
Dzisiaj w pracy miałam tak ogromną ochotę WZIĄĆ i WYJŚĆ, że musiałam usiąść i złapać się za głowę, żeby tego nie zrobić. Przytrzymać swoje ciało, przygnieść je do ziemi, przykuć do krzesła i pracować dalej równo i ładnie, jak w fabryce. Siedziałam przez chwilę i myślałam, że jestem twarda jak skała, a wszyscy mistrzowie zen tego świata siedzą obok mnie i trzymają nieugięcie dłonie na swoich kolanach, a stopy na udach w pozycji lotosu. Nic innego się nie dzieje, nic nie ma znaczenia, nie ma też żadnej łyżki.

Zresztą, co się będę tu produkować.

...Stąd w pustce nie ma żadnej formy,

żadnych odczuć, postrzegania, rozróżniania, świadomości.
Żadnego oka, ucha, nosa, języka, ciała, umysłu.
Żadnego koloru, dźwięku, zapachu, smaku, dotyku ani żadnych zjawisk.
Nie ma sfery widzenia, ani żadnych innych sfer i także sfery świadomości.
Nie ma niewiedzy ani jej kresu,

nie ma starości i śmierci,
ani nie ma ich kresu.
Nie ma cierpienia, przyczyny cierpienia, wygaśnięcia.
Żadnej drogi, mądrości ani osiągania...


Najlepszy kawałek Sutry Serca. Dobrze jest go znać.
To już nie o pracę chodzi, praca to bułka z masłem.
Smutne jest to, że wszystko się zmienia, a przecież właśnie to jest najbardziej kojące. Można mieć na ten temat różne zdanie, tak czy owak, trzeba się z tym faktem pogodzić.
by jaskrawa
31.08.2009; 22:31
komentuj(6)

summer's almost gone


Deszczowo i brzydko. Przeziębiłam się i siedzę smętnie w domu wśród walających się kawałków papieru toaletowego do wycierania nosa (wychodzi taniej, niż chusteczki). Rano napisałam smsa do Roboty, że nie przyjdę, nawet mi nie odpisali. Obrazili się, że nie będę zasuwać na ich pieprzone premie. Wypieram myśl o szefowej, jak to będzie mi okazywała w poniedziałek swoje rozczarowanie moją karygodną postawą. Niech to cholera.
Dobrze, że za trzy tygodnie przenoszą mnie do innego oddziału, gdzie jest mniej ludzi i zdrowsza atmosfera.
Leczę się więc, śpiąc cały dzień, a drugą połowę czytając jakieś czytadło o całkiem młodym jeszcze wykładowcy filologii angielskiej, który postanowił zmienić swoje szare życie i napisał książkę pornograficzną.
Głupio zabrzmi, ale zazdroszczę mu.
Nie chodzi o pornografię, jakoś ta tematyka, mimo wszystko, nie jest mi bliska, ale o sam fakt, że bohater miał kumpla - wydawcę, który bez ociągania się wypisał czek na dziesięć tysięcy dolarów i gość mógł spłacić przynajmniej wszystkie swoje długi.
Zastanawiam się, czy mogłabym napisać jakąś gównianą książkę tylko po to i za każdym razem, gdy rzucam kostką, wychodzi, że tak.
Ale pornograficzną?
Nie no, pornograficznej to nie.
Z drugiej strony, przecież nikt by się nie dowiedział!
by jaskrawa
04.09.2009; 23:23
komentuj(4)

napisałam piosenkę


Wiecie co? Niedługo kończy się moja młodość-faza-druga. Faza pierwsza to były te głupie czasy chodzenia na wagary, picie wódki, pierwsze zakochania i pierwsze tragedie. Faza druga to związki o wiele bardziej poplątane, pozbycie się złudzeń, emocjonalna destabilizacja, prawdziwa robota i oswajanie się z myślą, że mama-jest-daleko.
Teraz zacznie się faza trzecia, obawiam się (i zarazem mam nadzieję) ostatnia. Faza chodzenia do pracy, zarabiania na dom, kochania własnego faceta (czytaj: kogoś w rodzaju stałego męża) i tolerowania tego, że nie zawsze jest taki, jak bym chciała, rodzenia dzieci, spotykania się z przyjaciółmi na kulturalnych posiadówkach na kanapie (a nie na podłodze jak w fazie drugiej), dążeń do rozwoju zawodowego i innych podobnych, dopiero teraz dorosłych, działań.
Przeprowadzam się do Maćka.
O matko.
Czy ja dobrze robię? Przecież tam nie będzie w ogóle miejsca na moje życie!
Mimo wszystko sądzę, że dobrze robię. Gdzie będzie mi lepiej?
I kotu.

A piosenka? Piosenkę Wam kiedyś zaśpiewam, jak tylko Marecki pożyczy mi gitarę. Jest mniej więcej tej klasy, co "Drożdże", być może ktoś słyszał wtedy...

EDIT:
Nie ma to jak poniedziałek rano. Dzwoni do mnie szefowa (jeszcze dzisiaj na zwolnieniu jestem) i mówi, że nie przeniosą mnie na zastępstwo do innego oddziału (pewne personalne układy gdzieś poza biurem, zupełnie nie mające nic wspólnego ze mną, zadecydowały, że nie będzie takiej potrzeby).
Kurwa, cieszyłam się, że chociaż 3 miesiące odpocznę od naszego kociołka z wrzątkiem, a tu dupa.
Aż mi się stan zdrowia pogorszył.
by jaskrawa
07.09.2009; 00:14
komentuj(7)

łóżko i szafa


Kupiliśmy dzisiaj łóżko i szafy. Ekstra.
Znaczy się, przypieczętowane.
Łóżko i szafy to prawie jak ślub. Za kilka dni przewiozę tam swoje manatki (w tym kota) i to by było na tyle.
Cieszę się, a jednak ogarnia mnie jakiś lekki, mały smuteczek, bo nie będę miała już swojego zielonego pokoju, w którym wszystko jest od czapy, gdzie mogłam sobie kupić dowolnego koloru głupią lampkę czy pudło, cokolwiek. U Kapitana to porządek nieludzki jest, mówię Wam. Meble kupujemy w określonym kolorze, trzeba się zastanawiać nad każdym detalem i każdą kropką.
Dobrze, tak jest dobrze, nie czuję się specjalnie nieszczęśliwa, nawet zupełnie odwrotnie.
Ciekawe, co powie Diablo, gdy zobaczy, że ma nowe mieszkanie.
Obecnie naszym głównym problemem jest to, czy będzie chciała spać tam, gdzie dostanie miejsce. Koty zazwyczaj chcą spać zupełnie gdzie indziej, zatem na razie nie będziemy organizować trwałego miejsca do spania dla kota, ale zapytamy jej, gdzie sobie spać życzy i złożymy tylko pewną propozycję. Czy się zgodzi, to się okaże.
I will keep you informed.
by jaskrawa
10.09.2009; 23:16
komentuj(10)

zmiany na wszystkich frontach


Na froncie pt. praca (pierwsza linia frontu, rzec by można) szykuje się zmiana. Wracam na swoje Stare Dobre Stanowisko już oficjalnie (co oznacza, że w praktyce będę się zajmowała niemal tym samym, co od 2,5 roku).
Także tak. Koniec wygnania, na które skazałam się wyrokiem własnym ponad rok temu, w związku z tym, że miałam wtedy depresję i musiałam się nieco przesunąć w cień.
Teraz będzie jednak o tyle lepiej, że będę miała mniej całkiem gównianej roboty, która teraz sprawia, że powoli zamieniam się w orzeszki.
Poza tym - dostanę też rzeczy zupełnie dla mnie nowe, mianowicie - jakąś kupę raportów do zrobienia. Jakoś to może zniesę. Chyba zaczynam lubić raporty. Z raportami nie trzeba rozmawiać. Rozmawiać nadal będę, ale jakby nieco inaczej.
Kot gotowy jest do transportu. Nadal się jednak nie ogarnęłam, bo jutro mam zaliczenie i to jest w tej chwili coś, co zgarnia z biurka wszystkie inne rzeczy na raz.
Właśnie.
by jaskrawa
15.09.2009; 19:08
komentuj(4)

all that stuff


Zaczęłam się dzisiaj pakować. Nagle okazało się, że, mimo, że nic nie mam przecież, mam sto milionów dupereli, z którymi nie mam pojęcia, co zrobić.
Gdybym żyła w Ameryce, zrobiłabym wyprzedaż w garażu, niestety nie mam garażu.
No bo co na przykład można zrobić z wazonikami z ikei, figurką Buddy, jakimiś pluszakami, antyramkami? Jak spakować duperele typu waga do ważenia się, torebki, świeczniki, jakieś słoiki do mycia pędzli, ze 30 kaset magnetofonowych z nagraniami badań rynkowych (tak, kiedyś dorabiałam sobie transkrypcjami), jakaś metrowa deska, służąca za paletę... Jakieś RZECZY, które mogą się przydać, chociaż wcale nie muszą, ale mogą, ale nie muszą, ale mogą przecież, do cholery!
Ja lubię moje kubki z odtrąconymi uszami. Trzymam w nich niepiszące długopisy. Długopisy przebrałam "pisze - nie pisze", a kubki? Wywalić? Wywalić kubek z NYC?
Kable sieciowe?
Po co komu one?
A jak ktoś za miesiąc przyjdzie i zapyta "nie masz może kabla sieciowego?", to ja mu powiem "a miałam, ale wypieprzyłam". Będzie smutno.
Najgorsze te obrazki na ścianę. U Maćka to nic nie pasuje, z tego, co u mnie pasowało. U mnie pasowało WSZYSTKO, cokolwiek się powiesiło. Szkoda mi je zaś tracić.
Na pewno biorę (listę se zrobię, żeby nie zapomnieć, jak spiszę na kartce, to niechybnie zgubię)
1. kotkę Diablo (mój skarb największy, jaki mam, najśliczniejszy czarny kot ever) - it comes with: kuweta, żwirek, zapas żarcia, miskę muszę jej kupić nową, bo czerwona nie będzie pasowała do Maciejkowej kuchni!
2. materac
3. ciuchy + buty + ręczniki
4. blejtramy w liczbie 3 (dwa pomalowane, ale przemaluję, bo mi się nie podobają, jeden jeszcze czysty)
5. lampkę nocną
6. książki, płyty, jakieś filmy
7. papierzyska - umowy z bankiem, z pracą, wyniki badań, szkoła
8. kosmetyki, leki
9. przedmioty użytku codziennego - suszarka, depilator, rakietki do badmintona, przybry do malowania - farby, pędzle, może tę dechę?
10. śpiwory i pościel
11. z kuchni - moje ulubione miseczki, pałeczki do chińskiego żarcia, resztę zostawiam, trzy ulubione kubki już wzięłam
12. nie wiem, kurwa, co jeszcze
Także tak.
Zostawiam cały ten rozgardiasz, bo idę na randkę.
Na randkę?
Na randkę. Rok temu, co za data.... 17 września... poznałam Kapitana Marchewę.
by jaskrawa
17.09.2009; 17:57
komentuj(3)

nie ogarniam czyli dalszy ciąg poprzedniej notki


Nie wiem, jak to się stało.
Gdy niemal równo trzy lata temu wyprowadzałam się z Łodzi do Warszawy, wzięłam plecak, wsiadłam w pociąg i pojechałam.
Tak, później miałam jeszcze drugi kurs, żeby przewieźć książki. Nie wypieram się.
A teraz? Nie ogarniam.
Wypchane są już dwa plecaki, 75 i 80 l.
Mały plecak. Pudło. Milion małych torebeczek i pudełek. Dodam, że 2/3 ciuchów nadal jest na półkach, nie wzięłam jeszcze nic z kuchni, duperele do malowania (nie malowałam od roku) też leżą... W zasadzie nic jeszcze nie spakowałam!
Po co mi instrukcja do telefonu komórkowego?
Sru.
Wazony?
Niech mnie ktoś uratuje.
Jeszcze ten, kurwa, tandetny wazonik od firmy (holenderska cepelia, gówno, jakich mało), diabli ich nadali. Wrzucam to wszystko do toreb i biegam między domem a śmietnikiem.
Chyba chciałabym być mnichem buddyjskim. Oni NIC nie mają, poza miską żebraczą, szatą i szarfą wskazań.
W moim pokoju jest jak po wizycie brygady z wydziału narkotyków.
by jaskrawa
18.09.2009; 16:08
komentuj(6)

stupid poor people, stupid poor people


Ikea, szuflady, układanie, pudełka, przechowywanie, urządzanie, półeczki, koszyczki.
No to mieszkam u Kapitana M.
Fajnie jest, siedzę sobie w domku spokojnie, uczę się, w przerwie gotuję obiad i czekam, aż Kpt. przyjdzie z roboty na przerwę do domu.
Diablo powoli pojmuje, że jej poprzednie mieszkanie nie należy już do niej i ma teraz nowe.
Przeraziła ją ta myśl na początku (wiecie, jak to jest, zmiany, nawet na lepsze, są czasem troszkę niepokojące, a zwłaszcza ich tempo), zatem siedziała głównie pod łóżkiem.
Dzisiaj drzemie już wygodnie na fotelu, obserwując spod przymrużonych powiek swoje nowe włości. Minę znów ma władczą i królewską. Jakby nigdy nic.
Moje życie zrobiło się nagle jakieś ułożone. Jakbym odnalazła swoją półkę w wielkiej szafie z Ikei.

EDIT: Takie małe uzasadnienie.
Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego ciągle nie zdałam wszystkich egzaminów, to podaję taką malutką próbkę tego, czego uczę się na przykład dzisiejszego wieczoru:
....(II) Redukcja
Dobieranie do wniosku (następstwa, uznanego zdania) racji (przesłanki), z której następstwo wynikałoby logicznie. Kierunek wnioskowania jest przeciwny do kierunku wynikania. Zawodność – subiektywna niepewność. Prawdziwość przesłanek nie gwarantuje prawdziwości wniosku. Całe wnioski z doświadczenia.
(III) Indukcja (rozumowanie indukcyjne, wnioskowanie przez indukcję) – z przypadków (cech) szczegółowych wyprowadzamy wniosek ogólny.
1. Indukcja eliminacyjna (kanony Milla)
- kanon jednej zgodności – jeżeli zjawisko A występuje ze zjawiskiem B lub je poprzedza, to A jest (prawdopodobnie) przyczyną B.
{[(p ^ q) => r] ^ [(p ^ ~ q) => r]} => (p => r)
(w ogólności – dla n-członowej koniunkcji, np. A1, A2, A3, B; A1, A2, A3’, B; A1, A2’, A3, B; A1, A2’, A3’, B || A1 jest przyczyną B)
- kanon jednej różnicy – jeżeli przy braku zjawiska A nie występuje zjawisko B, to A jest (prawdopodobnie) przyczyną B.
{[(p ^ q) => r] ^ [(~ p ^ q) => ~ r]} => (p => r)
- kanon zmian towarzyszących – jeżeli przy każdej zmianie natężenia zjawiska A zmienia się natężenie zjawiska B, to A jest (prawdopodobnie) przyczyną B.
x ({[P1(x) ^ Q(x)] =>? R1(x)} ^ {[P2(x) ^ Q(x)] =>? R2(x)}) => x [P(x) => R(x)], gdzie indeksy dolne predykatów wyrażają natężenie danego zjawiska.
- kanon reszty
{[(p ^ q) => (r ^ s)] ^ [(~ p ^ q) => (~ r ^ s)]} => (p => r)...

Gdy przeczytacie, o co chodzi, to zapewne zrozumiecie i rzecz wyda Wam się prosta. Ok. Ale chyba przyznacie, że nudne jak diabli i trudno wytrzymać choćby pięć minut w towarzystwie tych pieprzonych znaczków.

Idę się zabić.
by jaskrawa
21.09.2009; 13:30
komentuj(14)

kura domowa


Od tygodnia sprawdzam, jak to jest być kurą domową. Tak nie do końca sprawdzam, bo nie robię wszystkiego, co szanująca się kura robić powinna. Nie myję okien ani podłóg. Gotuję za to obiady i robię jakieś pranie. Na zbyt wiele nie mogę sobie pozwolić, bo wkuwam tę pieprzoną epi., ale mogłam się mniej więcej przekonać, jak to jest tak siedzieć i nie iść codziennie do pracy.
Jest zajebiście.
Gdybym tak mogła nie chodzić do pracy, tylko pracować w domu, byłoby to dopełnienie mojego rozwijającego się, kwitnącego i rosnącego ładnie szczęścia. Szczęście jest już naprawdę duże, dawno takie nie było.
Trochę je uwiera fakt, że została mi jeszcze epi. do zaliczenia, a potem dokończenie pracy, no ale przecież to stan przejściowy.
Poza tym pracę mogłabym mieć fajniejszą, aczkolwiek nie jest najgorsza. Przy odpowiedniej interpretacji wcale nie musi przeszkadzać w hodowaniu szczęścia. Może nawet być pożyteczna.

A kot jak sobie radzi, pytacie? Świetnie! Bryka. Potrafi już wskoczyć na szafę dwa trzydzieści wysokości. Nic na razie nie rozwaliła, teraz śpi po kołdrą z wyciągniętymi spod niej łapami. Wczoraj dostała drapak. Drapak pachnie kocimiętką. Bardzo jej się podobał. Wiła się na tym drapaku w ekstazie, a potem jej przeszło, po równych 10 minutach, zgodnie z instrukcją obsługi kota i kocimiętki.
by jaskrawa
26.09.2009; 15:18
komentuj(5)

herbata z wódką


Zimno mi. Idę sobie zrobić herbaty z wódką.

by jaskrawa
29.09.2009; 17:41
komentuj(8)

weź się ogarnij


Nie mam profilu na facebooku.
Nie wiem, o co chodzi z tym śledzikiem. Ktoś wie? Widziałam na demotywatorach (piekąc ciasto, ciasto wyszło dobre, ale podobno za bardzo jebie zapachem rumowym) żarciki nt. śledzika. Ki diabeł? Myślałam, że to czyjaś ksywa czy coś.
Czy jestem normalna, droga redakcjo?

Wróciłam do pracy i muszę Wam pedzieć, że wcale mi się to nie podoba. Podoba mi się jednak to, że następna wypłata będzie zupełnie normalna. Żadnych L4 ani urlopów bezpłatnych.
Nagle moja PEŁNA wypłata wydała mi się taka duża i fajna. Nawet za to polubiłam pracę.

Wszyscy są w ciąży, a ja sobie rower kupuję, szukam bardzo dobrych i megakurwaprofesjonalnych butów (stare pochowałam w koszu na śmieci w Helsinkach) i czytam ukradkiem o trasach trekkingowych w Nepalu, zamiast się uczyć. Episteme leży na półce i gapi się złośliwie. Trochę podkuwam, ale za mało, niewyczerpane są zasoby głupoty we mnie.
Ciąża chyba jest fajna, bo płacą ci sto procent na L4 i można się wreszcie zacząć życiowo realizować (tzn. cały dzień czytać książki, łazić po manowcach i opierdalać się), ale te mdłości, ból kręgosłupa, no i potem to całe dziecko... Eeee... To na razie nie dla mnie.
Jutro idę do dentysty na trzecią operację pewnego zęba. Fajnie, jak już mało wierci (wwierciła się już chyba do samego środka dolnej szczęki, przypuszczam), a więcej grzebie i dłubie. Jakoś przeżyję. Może.
Życie stało mi się ostatnio miłe, mimo braku dyplomu.
Napawam się jednak myślą, że do końca studiów magisterskich (sic!) zostały mi jeno 3 egzaminy, dokończenie licencjatu i napisanie magisterki, bo pozwolą mi za rok odwalić dwa lata wyroku w jeden. Chyba naprawdę kiedyś skończę te studia.
by jaskrawa
05.10.2009; 21:35
komentuj(9)

to se, kurwa, polatałam


U dentystki było bardzo milutko. Znowu przeżyłam jakoś godzinę dłubania w zębie. Matko, leczenie kanałowe to prawdziwy pokaz narzędzi stomatologicznych. Ja nie umiem zamknąć oczu i nie patrzeć, jak ta kobieta wkłada mi do ust jakieś kilkucentymetrowe igły, a one znikają gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, czyli prawdopodobnie w moim zębie. Widząc ich długość, spodziewam się zawsze, że wyjdą po drugiej stronie, przebijając mi podbródek.
To, co stało się zaś na końcu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Moja pani doktor włożyła do środka jakieś metalowe ostre narzędzie, poczułam lekki ból, a następnie zobaczyłam siwy dym unoszący się ze środka. Ona coś tam przypalała! Ja pierdolę.
Spoko. Zakleiła zęba jakimś kolejnym tymczasowym betonem i zawyrokowała, że teraz trzeba odczekać kilka tygodni i zobaczyć, "jak ząb się będzie zachowywał".
Tzn. co? Miałam ochotę zapytać, czy to oznacza, że ząb zacznie brać narkotyki i wracać na bani do domu albo odwrotnie - zmywać i wynosić śmieci?
Najgorsze jednak nastąpiło później.
Powiedziała, że teraz będzie trzeba zęba odbudować (znaczy się dokleić brakującą jedną czwartą, którą wcześniej była spiłowała), a taka korona ma kosztować tysiąc złotych.
Co?
Fotel się pode mną ugiął i miałam ochotę spektakularnie zacząć krzyczeć, płakać i tupać.
Uśmiechnęłam się jednak ładnie i sobie poszłam, płacąc po drodze w recepcji za dzisiaj.
Spacer do pracy przebiegł w ponurej atmosferze.
Miałam sobie kupić rower w promocyjnej, jesiennej cenie.
Jak tu żyć? No jak tu żyć?
Może padłam ofiarą jakiejś dentystycznej mafii?
Potem pomyślałam jednak, że przyjmę to wszystko ze spokojem i zostanę mistrzem zen. Tak jest o wiele lepiej!
by jaskrawa
06.10.2009; 19:13
komentuj(7)

już za dwie godzinki!


Przyjeżdża moja mamusia i moja sio. Umieram z radości, bo obie kocham nad życie, a nie widziałam ich już chyba z miesiąc.
Dobra, to ten, ja spadam nakarmić bluekoty, bo Marecki się na weekend wyrwał z tego cholernego miasta.
Widzieliście taki film Dark City? Tam jest miasto na takiej skale unoszącej się gdzieś w kosmosie, miasto zajmuje całą tę wysepkę, a otoczone jest wysokim murem. Uliczki, które docierają do muru, to po prostu zwykłe, ślepe uliczki. Nikt z mieszkańców nie podejrzewa, że dookoła zieje pustka. W dodatku ciągle jest noc, bo jacyś kosmici sterujący miastem cofają czas czy coś tam. Najlepsze jest jednak to, że mieszkańcy wcale nie wiedzą, jaka jest ich sytuacja, wydaje im się, że przemieszczają się, wyjeżdżają na wakacje, mają wspomnienia z dni słonecznych, plaż i gór. Tylko te wspomnienia też są im wszczepione w mózgi przez kosmitów, a ich treść jest iluzją.
Zawsze gdy długo tkwię w Warszawie, myślę o tym filmie.
by jaskrawa
10.10.2009; 11:34
komentuj(5)

nie mam kiedy czytać książek


Codziennie rano powtarzam sobie, że muszę być twarda. Jestem. We wtorek egzamin i nie ma, że boli. Chociaż boli.
Jest festiwal filmowy, jest brzydka jesień (eee? ja bym powiedziała, że to jakaś pieprzona pseudozima, pseudo, bo śnieg napadał i się stopił), idealny czas na to, by owinąć się kocykiem i wsadzić nos w książkę lub iść po pracy do kina. A potem wsadzić nos w książkę. Lub też przyjść z pracy, zjeść obiadek, a potem wsadzić nos w książkę. Może być też pójście do kina, a po powrocie obejrzenie czegoś z wypożyczalni w domu. Chociaż fajne byłoby też pójście po pracy na jakieś dobre żarcie, a potem siup do kina. Jeśli starczyłoby czasu, to nos w książkę lub sen.
Cokolwiek, kurwa!
Bo u mnie dupa. Zakazane wszelkie rozrywki, zabroniony relaks dłuższy, niż pół godziny po pracy i zjedzeniu czegoś gotowanego. Wiem, że jeśli teraz trafiłabym na cokolwiek wciągającego do czytania, pomyślałabym "pierdolę to" i wcale nie miałabym na myśli książki...
Nie mam zatem nic ciekawego do powiedzenia, ponieważ moje życie polega głównie na:
A) spaniu
B) wykonywaniu obowiązków zawodowych/szkolnych
C) jedzeniu i krótkich rozmowach z Kapitanem

Najzabawniejsze jest jednak to, że nadal, uparcie i nieskrycie jestem szczęśliwa.
Błogosławione niech będą ciepłe czarne koty.
by jaskrawa
14.10.2009; 19:38
komentuj(6)

byle do kiedyś, które będzie lepsze, niż teraz


W piątek praca dokopała mi z obu glanów jednocześnie. Świadkiem tego był nasz firmowy kurier, który niechybnie byłby miłością mojego życia, gdyby był trochę młodszy i nie spotkał miłości swojego życia. Okazyjnie zabrałam się z nim do klienta i musiał wysłuchiwać mojego biadolenia o tym, jak bardzo nie mam siły. Na szczęście udało mi się w końcu opamiętać i zmienić temat na "góry, podróże, kupowanie kampera". Wysiadłam z jego samochodu w nieco lepszej formie psychicznej, niż ta, w której byłam, wychodząc z biura.
W biurze było gorąco, mało czasu na przygotowanie dokumentów, strasznie przykre niespodzianki ze strony klientów, jakieś błędy w systemie, bieganie tam i siam, telefony telefony, awaria, stres i nerwy.
Ok. 18tej przyszłam z roboty i miałam ochotę na łóżko i piwo (mogło być samo łóżko), ale mieliśmy gościa, na szczęście sympatyczną i fajna dziewczynę. Mimo wszystko ledwo dotrwałam w pionie do jej wyjścia.
Mam dość po raz kolejny. Uciekać i nie wracać, powiedzieć "a ja mam to w dupie" i wyjść, w koszulce z napisem "i chuj". Pobiec gdzieś z zatkanymi uszami, śpiewając "lalalallalala, nie słyszę", gdy ktoś będzie próbował mnie zatrzymać.
Jeszcze kilka miesięcy i umrę, naprawdę. Ciągle boli mnie żołądek, pojawiają się mdłości na myśl o poniedziałku. Staram się jakoś trwać, pracować, zaciskam zęby codziennie rano, w pracy wlepiam wzrok w komputer i pracuję, notuję, zapisuję, zaznaczam, ustawiam przypominajki, dzwonię i robię sobie tabelki, spinam się, żeby nikogo nie zabić, żeby się uśmiechać uśmiechem robota. Wychodzi, chociaż mam wpadki-napadki wkurwa, kiedy muszę po prostu wyjść do kibla i posiedzieć na opuszczonej klapie, zaciskając kciuki na skroniach.
Ile jeszcze?
Po powrocie nauka. Nie wchodzi, jakbym wlewała wódkę do żołądka, który już dawno jest wyżarty przez wódkę. Dekoncentruję się, miotam.

Maciek jest w ogóle nieobecny duchem, jakby gówno go to wszystko obchodziło.
Wiem, że to nieprawda, ale jednak boli to wrażenie.
Może mnie już wszystko boli, może moja percepcja uległa uszkodzeniu, a najpewniej mam obniżony próg odporności na ból.
Sukcesem tego weekendu jest fakt, że przeżyłam tylko jedno małe załamanko nerwowe i raz się splamiłam łzami, ale to i tak nieźle. Stosunek jedna godzina przepłakana do czterdziestu siedmiu nie.
Dobranoc, kurwa (jak kiedyś powiedziała Filli)
by jaskrawa
18.10.2009; 21:23
komentuj(3)

wyluzuj


Ja się proszę, weź się w garść. Jestem kłębkiem smutku, zmęczenia i lęku.
Pewnie tak będzie, póki nie złożę tego cholernego indeksu, a sprawa nadal się przeciąga.
W dodatku przyplątał się już drugi w tym roku Wirus z Chuja.

Weekend spędziłam w Łodzi i zaliczyłam ślub oraz małą poślubną imprezkę. Żadne tam wieś-wesele, ani żadne ą ę, za to była wódka, wino, pizza i ciacho w małym, wesołym gronie. Bardzo miło, zwłaszcza, że nie znałam nikogo, poza panną młodą. Maciek powiedział mi ostatnio, że jestem towarzyskim mistrzem świata. Skromnie powiem, że przesadza, bo czasem w ogóle nie mogę się wśród ludzi odnaleźć, ale coś jest na rzeczy.

Moja sio w czerwcu będzie miała dziecko! I to własne! To znaczy zanosi się na to, że sama je urodzi, bo dziecko już rośnie od kilku tygodni w jej własnym ciele. Moja sio to mistrzyni świata w planowaniu rodziny. Chciała, żeby jej dziecko zostało poczęte w jej ukochanym miejscu w Polsce. Jak chciała, tak zrobiła. We wrześniu pojechała ze swoim wielkim chłopem do Zakopanego i zabrali się za robotę. Po robocie poszli sobie na Świnicę. Brawo, nie?

Jutro poniedziałek, ale obiecuję, że będę dzielna.
by jaskrawa
25.10.2009; 20:18
komentuj(9)

paraaagon....... wszyściutko!


Taki tekst usłyszałam na pożegnanie od kasjera w kerfurexpres. Do dziewczyny, która stała za mną, powiedział dokładnie to samo. Mimo wszystko ta taśmowa, przerysowana i podkreślona powtarzalność była urocza, zaś zestawienie słów oryginalne.
Każdą pracę można wykonać z fantazją.
Już wiem, co chcę na Gwiazdkę. Gitarę i wielką paczkę krówek.

Siedzę w domu i marnuję czas. Jakie to jest, kurwa, przyjemne! Trochę się uczę, a trochę nie, coś tam dziobnęłam w kwestii sprzątania, przebiegłam sobie rano pięć kilometrów wśród spadających liści i słonecznych promieni. Doprawdy, kochani moi, nie chcę słyszeć nic o depresji, wyjdźcie sobie w słoneczny poranek i przebiegnijcie chociaż kilometr, a jeśli nie możecie biegać, to spacer albo jakikolwiek ruch na zewnątrz!
Czytam sobie jakąś starą książkę o Holandii, nie wiem, skąd Kpt. Marchewa ją wytrzasnął, ale jest boska. Wszystko o tym, jak to Holandii nie stworzył Bóg, ale Holendrzy.
Wczoraj skończyłam Córkę smutnego szatana - biografię Stanisławy Przybyszewskiej, książeczkę o wyraźnie dokumentalnym charakterze, jednak napisaną językiem odpowiednim dla epoki, wyrażającym w pełni wrażliwość bohaterki, jej niepokoje i bóle egzystencjalne. Wydanie zawiera również kilka listów, pisanych przez nią, a świadczących o jej ogromnej inteligencji, literackim talencie, spostrzegawczości, odwadze wypowiedzi i niespotykanej erudycji. Polecam, gdyby ktoś szukał inspiracji albo leku na słomiany zapał i intelektualne rozleniwienie. Ach, w tamtych czasach edukacja młodzieży z nie najgorszych domów to było coś. Języki perfekt obowiązkowo, klasyka literatury w oryginale. Nie to, co teraz, nic nie trzeba, nic nie musisz, odwalcie się od biednego ucznia, przecież ma dysleksję.

Czytać się chce, czytać, a tu nie można, bo trzeba się uczyć.
by jaskrawa
31.10.2009; 17:42
komentuj(14)

ka-ra-o-ke czyli weekend-mija-szybko


Poszliśmy wczoraj na karaoke, powydzieraliśmy się trochę, o dziwo nie straciłam dzisiaj głosu.
Fajnie, dziko i radośnie, ale chyba od jakiegoś czasu preferuję spokojniejsze miejsca spotkań z przyjaciółmi. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nasz stolik miał spory udział w robieniu ogólnego hałasu, ale zapewniam, nie robilibyśmy go, gdybyśmy byli jedynymi robiącymi. Robienie hałasu przez inne stoliki zniechęcało do siedzenia cicho. I tak to wszystko się wzajemnie nakręcało.
Skoro już rozpoczęłam temat bardzo amatorskiego muzykowania, pochwalę się, że kupiłam sobie gitarę. Gitara stoi w tej chwili w ciemnej szafie, ponieważ we wtorek muszę iść w końcu zaliczyć te cholerne ćwiczenia, a będzie to już ostatnia bitwa w tej długiej i nudnej wojnie. Po wojnie pozostaną do przeprowadzenia już tylko działania obronne.
Kolejna wojna za rok i zamiast dwóch lat potrwa rok, o ile będzie to możliwe, ale chyba będzie, tak mi powiedziano i tej wersji będę się trzymać.
Potem już końmi mnie nie zaciągną do żadnej szkoły.
Studiowanie to największe marnotrawstwo czasu, jakiego mogłam doświadczyć. Wiedzę, którą posiadam, spokojnie mogłabym posiąść dzięki przeczytaniu kilku książek, antologii i podręczników, bez chodzenia na zajęcia i wygłupów na egzaminach. Wiedza ta opuści mój umysł najpóźniej za kilka miesięcy, z czasem pozostanie zapewne znajomość pewnego zbioru fachowych określeń.
Tak, być może jest jeszcze coś, co zdobyłam, a o czym nie wiem, że zdobyłam. Może zmienił się mój sposób myślenia, może "poszerzyłam horyzonty"? Biorę pod uwagę taką możliwość. Jednocześnie wydaje mi się, że to samo mogłabym osiągnąć dzięki czytaniu literatury z tej dziedziny wtedy, kiedy mi się podoba i tego, co mi się podoba, a nie tego, czego akurat oczekują ode mnie w danym czasie (najczęściej wtedy, gdy mam ochotę na coś zupełnie innego, albo też nie mam czasu, bo poświęcam go czemuś innemu, na przykład zarabianiu na życie, przez co czytanie i przyswajanie jest mniej efektywne).
Tak oto przedstawiłam nieformalny dowód na to, że to wszystko na chuj mi było potrzebne.

Jeszcze jedno - nie mówię tego wszystkiego z goryczą, raczej chce mi się śmiać. W tej chwili już dość radośnie śmiać, zważywszy na fakt, że koniec zabawy jest bliski. Może nawet jestem próżniaczo zadowolona z tego, że mam takie fajne, absurdalne życie.
by jaskrawa
07.11.2009; 20:15
komentuj(9)

co miało być we wtorek, będzie w czwartek, co w środę, będzie w sobotę


Dyżury są inne, niż były kiedyś.
Obiecałam sobie, że nie bawię się w granie na gitarze wcześniej, niż przed Tym Ostatnim Zaliczeniem.
Zaczynam się powoli obawiać o swoje zdrowie i życie, bo gdy wyobrażam sobie swoją radość po tym kolokwium, to widzę siebie skaczącą jakoś bardzo wysoko w górę, pijaną w sztok, biegnącą gdzieś bez sensu środkiem Marszałkowskiej (zwłaszcza gdzieś na odcinku między Świętokrzyską a Al. Jerozolimskimi), bez czapki (albo zrywającą czapkę z głowy), ściskającą ręce napotkanym menelom, rzucającą się na szyję przechodniom, brykającą i śpiewającą.

Ale to pojutrze. Tymczasem jeszcze sobie poczytam, dla przypomnienia, nawet mnie wciągnęło!

EDIT po kilku minutach namysłu: Chyba się starzeję - odkryłam właśnie, że sprawia mi przyjemność współczesna muzyka klasyczna, którą puszczają w II programie PR.

by jaskrawa
10.11.2009; 20:37
komentuj(9)

trzeba omówić to przy petku


Marecki tak zawsze mówi i wzbudza to we mnie jakąś wielką czułość, mimo, że przecież petki są paskudne.
Zaliczenie zaliczone tylko w jednej czwartej, a miała być całość. Więc dupa, mam kolejny tydzień z głowy, dobrze, że przynajmniej jedna czwarta materiału mi odpadła, z tego, co muszę przejrzeć jeszcze raz i ponownie postarać się zrozumieć, o co w tym, kurwa, chodzi.
Jestem w robocie, bez żadnego natchnienia.
Doła mam od wczoraj, przez tę cholerną szkołę, czuję się jak ostatni matoł, który znowu ma dwóję z matematyki.
Jednak, o dziwo, dół nie jest bardzo głęboki, jak drzewiej bywało. Raczej płytki dołek, mała kopaninka. Może to dlatego, że światło w tunelu jest już jasne, duże i wyraźne?

by jaskrawa
13.11.2009; 09:54
komentuj(8)

słomiana wdowa


Kapitan Marchewa wyjechał na weekend już dzisiaj, a ja sama zostałam, biedactwo.
Niczym się jednak nie przejmuję, bo sobie skoczę do Łodzi, do mamy i sio.
Tak poza tym to co? Nic. Zupełnie nic.
Dużo pracy, wychodzę wieczorem, wracam rano. Czytam czasem. Na przykład Quine'a albo Putnama. Zastanawiam się, po co się chłopaki tak męczyli, pisząc to, wdając się w jakieś polemiki: czy epistemologia (zdecydowana większość ludności tej planety nie ma zielonego pojęcia, co to, świetnie się mimo wszystko mają) powinna być gałęzią psychologii, czy też może czymś nadrzędnym, jak chciałaby tradycja (tak w skrócie problem ujmując problem, który jest przedstawiony w długich i zawiłych esejach, najeżonych rozmaitymi pojęciami, definiowanymi tak albo siak).
Do cholery, co za różnica?
Nie mogli pisać czegoś przyjemniejszego i pożyteczniejszego?
Są tam jednak różne fajne kwiatki, które świadczą może nawet o czymś w rodzaju poczucia humoru autorów.
Stół, przy którym piszę, na przykład, jest naturalną jednostką na poziomie mowy potocznej; mam świadomość, że okruchy jedzenia przyklejone do jego powierzchni (muszę coś z tym zrobić!) nie "należą" do stołu; jednak na poziomie fizycznym uznanie, że te okruchy leżą poza granicami stołu, nie jest wcale naturalną decyzją.
Czy nie boskie?
Albo:
Tymczasem odrzucenie realizmu metafizycznego, wizji określonej relacji "kopiowania" między słowami a światem noumenalnym, jest jądrem filozofii Quine'a. I, jak zobaczymy w następnym paragrafie, "uzasadnienie" jest dla Quine'a podejrzaną ideą. Cóż więc on knuje?
Jeśli Was to chociaż trochę nie bawi, idę się zabić.
by jaskrawa
20.11.2009; 09:12
komentuj(5)

od prawników lepiej się trzymać z daleka (z wyjątkiem Kpt. Marchewy, on jest dobry)


W pracy wszystko szło mi dzisiaj źle. To znaczy to nie tak. Ja się staram, robię wszystko tak, jak być powinno, a potem coś i tak nie wychodzi. Czynnik ludzki gdzieś poza mną decyduje o braku sukcesu. Jeszcze ten cholerny prawnik z pretensjami do całego świata, przez którego zmarnowałam trochę czasu na niepotrzebne dyskusje. Skąd się biorą ludzie, którzy zajmują się walką z każdym i dopatrywaniem się nieprawidłowości? Na szczęście nie mam nic na sumieniu.
Na koniec rozmowy próbował mnie nawet przepraszać, o dziwo.
Wyszłam wcześniej i uczę się. Jeśli jutro nie zaliczę wszystkiego, przełknę to na zimno (jak sernik na zimno!), podwinę ogon, schowam uszy w kołnierz i będę żyć dalej. Jakie to proste!
Praca doskonale wyczuwa moją frustrację, zniechęcenie i zmęczenie materiału. Gdy tylko nachodzi mnie myśl "pierdolę to wszystko, zwalniam się", oni zawsze wyskakują z jakąś ciekawą propozycją zmian rozwojowych (nie mówię o awansie, bo mam za sobą tylko jeden, w dodatku wtórny). Teraz zaproponowali mi praktyki w dziale, w którym może kiedyś chciałabym pracować.
Pokazali kiełbasę, pies chowa zęby i potulnie waruje w budzie.

EDIT o 01:10:
Hahahaha! Love Putnam!
(Czytałam już kiedyś ten tekst, przy okazji nauki do analitycznej, ale nie przyszło mi wtedy do głowy, by to cytować, bo miałam depresję. Teraz jednak sobie nie odmówię.)
Jeśli przyznajemy sobie wzajemnie prawo do oczekiwania, że X rozpuści się po włożeniu do wody, gdy X jest kawałkiem curku, czynimy tak w ramach praktyki, której sukcesy potrafimy wyjaśnić; a gdybyśmy przyznali sobie to samo prawo w przypadku, gdy X jest kawałkiem stali, przyroda wytknęłaby nam błąd. Na tej samej zasadzie Quine uważa, że "X znaczy: Czy mówi pan/pani po francusku?" nie stwierdza żadnego "faktu", nawet jeśli X jest znajomym francuskim wyrażeniem Parlez-vous francais??" na pewno odpowie "To znaczy: Czy mówi pan/pani po francusku?", a nie "To znaczy: Woźnico, uważaj na wyboje, pogubisz indyki twoje!". Quine sam zresztą zaznacza, że jedna odpowiedź na tego rodzaju pytania ma wartość "heurystyczną", a inne nie.
by Hilary Putnam, Wiele twarzy realizmu


notka plus przepisanie cytatu:
by jaskrawa
25.11.2009; 16:47
komentuj(6)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl