two days left


Są takie dni, kiedy idzie dobrze, a są takie, kiedy nie idzie dobrze. Dzisiaj był ten drugi. Co za frustracja! Jakoś nie umiem, nie wiem, co się ze mną dzieje. Jeden błąd powoduje lawinę, a gdy już wiem, że jadę źle, to jadę jeszcze gorzej. Jak małe dziecko, które maluje farbami obrazek. Nie wychodzi mu drzewko. Poprawia, poprawia, drzewko coraz mniej wygląda na drzewko, a w końcu mały malarz się wkurza i zamazuje wszystko czarną farbą. Wrrr!
Tak chciałoby się czasem zacząć wszystko od początku.
Egzamin w czwartek, a ja mam nadzieję, że trafię na egzaminatora, który po prostu mi powie, że nie zdałam, a nie zacznie się na mnie wydzierać.
Dobra, chuj. Trzeba włączyć tryb hippisa, nic innego mi w tej chwili nie pozostało. No i wyspać się.

by jaskrawa
01.02.2011; 13:11
komentuj(5)

bu


No i pierwszy oblany. Przez własną głupotę, bo przy skręcaniu w lewo. Nie wchodząc w szczegóły - mimo, że na kursie przerabiałam sto razy to miejsce i szło mi w większości przypadków w miarę sprawnie (chociaż nie zawsze, przyznaję), tym razem pojechałam całkowicie źle. Przerwanie egzaminu i powrót w pełnej hańbie na miejscu pasażera.
Nie byłam zestresowana, na stres nie mogę winy zrzucić.
Samochodzik był ekstra, o wiele płynniejsze sprzęgło, biegi itd., niż w tych szkolnych. Nie musiałam się bać, że mi silnik zgaśnie albo coś nie wskoczy. Na samochodzik też nie mogę zrzucić.
Egzaminator - mamroczący pod nosem stary buc, nie rozumiałam, co do mnie mówił. Nie spodobał mi się od początku, ale nie wyprowadziło mnie to z równowagi. Pełna zimna krew. Zimna jak zimna wódka. To zatem nie wina egzaminatora-chuja.
Placyk i miasto (na mieście jakieś 10-15 minut może zdążyłam poszaleć) do momentu oblania szło gładko. Na stresowanie się drobnymi pomyłkami też nie mogę zatem zrzucić winy, bo nie popełniłam takowych (co potwierdził egzaminator).
Kluczowy, ostateczny i druzgocący błąd, który popełniłam, wynikał zatem bez wątpienia z moich niskich umiejętności. Tak to jest, jeśli niektóre sytuacje na drodze nadal są dla nas zagadką i nie wychodzą nam w stu procentach.
Nie wiem, ile godzin muszę wyjeździć, żeby ogarnąć WSZYSTKO. Doskonale orientować się na każdym rondzie, skrzyżowaniu, na skrzyżowaniach równorzędnych za każdym razem w ciągu ułamku sekundy wiedzieć, kogo przepuścić, a kogo nie i tak dalej.
Dobra, następna próba za 3 tygodnie. Mam teraz dylemat - wywalić resztę pensji na mnóstwo jazd, by za trzy tygodnie jeździć jak miszcz-kierownicy-ucieka, czy walnąć se oszczędnie ze dwie godziny przed samym egzaminem dla przypomnienia i liczyć na to, że mi się JAKOŚ uda.
Spać mi się chce.

by jaskrawa
03.02.2011; 15:24
komentuj(6)

wersja alternatywna dnia wczorajszego


Śnieg za oknem brzmi jak deszcz. A może to już deszcz? Oby to był deszcz. Ja wiem, że jest zima i powinno być biało, ale tak już mi się strasznie nie chce czekać na wiosnę. Chciałabym móc wyjść z domu, nie owijając się w te wszystkie bety...
Robię ostatnie szlify, jutro muszę oddać Gniota. Trochę posiedzę, idzie jak krew z nosa, ale do przodu. Muszę jeszcze wypluć z siebie zakończenie, skleić pęknięcie w przedostatnim rozdziale i dodać jakiś akapit psychologii w pierwszym.
Tak se rozmyślam dzisiaj o tym wczorajszym egzaminie i muszę przyznać, że zadowolona jestem z siebie. Oczywiście pojechałam w pewnym momencie bardzo źle i muszę się jeszcze trochę pouczyć, ale cieszę się, że wiele się we mnie zmieniło w kwestii emocji w takich sytuacjach. Jestem z siebie dumna, że nie rzuciło mną to o ścianę. Gdybym zdawała ten egzamin kilka lat temu, pewnie umarłabym już podczas wsiadania do samochodu. Potem uruchomiłabym silnik i próbowała ruszyć na ręcznym, bez włączenia świateł. A zamiast wstecznego wrzuciłabym jedynkę. W końcu przypomniałabym sobie o ręcznym i rzuciłoby mnie do przodu, zahamowałabym i zgasiła silnik. Kolejnym krokiem byłby nerwowy chichot. Potem wjechałabym na łuk i przewróciła wszystkie słupki, mimo, że manewr ten niewątpliwie miałabym opanowany. Po podpisaniu kartki z negatywnym wynikiem z płaczem opuściłabym ośrodek ruchu drogowego. Idąc z rozwianym włosem i petem w zębach, zadzwoniłabym do jakiejś bliskiej duszy i rzucając kurwami wygłosiłabym długie przemówienie, że do niczego się nie nadaję, że jestem do dupy i idę się zabić (moi najmilsi, widzicie to doskonale oczami wyobraźni, nie?). Wróciłabym do domu, usiadła w kuchni i wypaliła resztę fajek z paczki, a następnie owinęła się kołdrą i zasnęła.
Nic takiego nie miało miejsca! Dokonałam konstruktywnej analizy tego, co zaszło, zadzwoniłam do Pana Instraktora i z uśmiechem na ustach dokładnie opowiedziałam mu, jak było i jak moim zdaniem muszę to poprawić. Pan Instraktor się ze mną zgodził, przedstawił plan działania i powiedział, że cieszy się, że mam takie nastawienie do sprawy.
Jakie to nudne, oczywiste i logiczne.
Z drugiej strony - przyznaję - ciąża pomaga. Człowiek nie może się pogrążyć. Nie wolno mu. Może to jest jedyny sposób na dojrzałość i emocjonalną równowagę. Cóż, nie oszukujmy się, przede mną jeszcze długa droga. I upadki.
Idę sobie zrobić herbatki i wracam do Gniotusia. Doprawdy, życie bez niego będzie jakieś puste, może dlatego piszę go od tak wielu miesięcy...

by jaskrawa
04.02.2011; 17:40
komentuj(6)

sprawy wszelakie


Zapisałam się już do szkoły rodzenia, więc jest szansa, że jednak uda mi się urodzić. Ciekawe, czy szkoła przewiduje egzamin i co się dzieje, gdy się go nie zda. Może nie jest się dopuszczonym do porodu? Zobaczymy. Zawsze chciałam się pokiwać na tych wszystkich wielkich piłkach i workach, więc już nie mogę się doczekać pierwszych zajęć. 
Gniot czeka na przeczytanie i opinię. Biedny. Musi się bardzo denerwować. A ja nie mogę go nawet wesprzeć.
Byłam w Łodzi. Syn mojej siostry jest wspaniały i rozwija się szybko, ale może nawet za. Oczywiście mam plan i doskonale wiem, że ja własnego dziecka tak nie rozpuszczę. Moje dziecko będzie nierozpuszczalne. Ja podobno byłam bardzo grzeczna w dzieciństwie (przynajmniej do czasu gdy zaczęłam mówić), więc jest szansa.
Wymeldowałam się z Boat City i jestem obecnie człowiekiem bez adresu. Aż do jutra. Fajnie jest być bez adresu. Gdyby teraz ktoś zapytał mnie o adres zameldowania, mogłabym z triumfem odpowiedzieć "Nie mam!"

Przedwczoraj w nocy przyleciały Czarne Myśli. Wyjątkowo racjonalnie do nich podeszłam i nie przestraszyłam się. Pod ich naporem wymyśliłam, że muszę przed porodem napisać testament. Wiem, że w dzisiejszych czasach kobiety z reguły przeżywają porody, ale statystycznie rzecz biorąc szanse zejścia kobiety rosną w te dni, gdy średnio trzy i pół kilo dziecka wychodzi z jej środka.
Testament nie jest aż tak bardzo potrzebny, bo mam tyle, co kot napłakał (wliczając w to samego kota, który nie jest już aż taki mój, bardziej jest to kot Kapitana; jak to wczoraj sam Kapitan określił - kot kocha go do szaleństwa), ale jednak warto by go napisać. Chociaż znacznie ważniejsze jest dobre ubezpieczenie na życie...

Znowu dziś nie kupiliśmy samochodu, bo ktoś inny go kupił.
Może znacie kogoś, kto chce sprzedać duży, rodzinny samochód? Kilkuletni, benzynowy, bezwypadkowy. Może być drogo, nie będziemy negocjować.

by jaskrawa
08.02.2011; 16:14
komentuj(16)

nikt nie mówił, że będzie łatwo


Mętlik. Do czego to doszło. Biegam dookoła samochodu w komisie i mierzę grubość lakieru, robię zdjęcia różnych rys i zadrapań, przeglądam spis napraw. I zastanawiam się, dlaczego trzy razy w jednym miesiącu robiono "dolewkę oleju". Czy to znaczy, że coś ciekło pod spodem i dlatego robili dolewki?
Dlaczego szyny pod siedzeniami są skorodowane? "Nasz ekspert" twierdzi, że musiała się gdzieś wilgoć przedostawać do środka. Takie szyny są we wszystkich trzech ostatnich samochodach. Tylko co w związku z tym? Czy wystarczy wymiana lub czyszczenie szyn i po sprawie, czy też gdzieś pod spodem tej rdzy będzie więcej i zniszczy nam w niedalekiej przyszłości życie? Mamy zrezygnować z zakupu z tego powodu? Czy to jest dobry powód
rezygnacji? Czy jeśli kupimy samochód z takimi szynami to frajerzy z
nas? Czy raczej nie kupując nimi jesteśmy?
Szyny to tylko Jeden z Detali, przykładzik malutki.
Nad progiem też dzisiaj widziałam korozję. W jednym miejscu. No i co?
Wiem, że kilkuletni samochód niemieckiej marki nie ma prawa być
zardzewiały, ale jeśli to jest tylko jedno miejsce? No bo na przykład
odprysnął lakier i niezabezpieczona dziura trochę się już zażółciła?
Żeby to wszystko stwierdzić, trzeba jechać do komisu/salonu sprzedaży używanych samochodów, położonego najczęściej na zadupiu, zmarznąć na przystankach, potem poczekać, aż sprzedający otworzy auto. W domu przy herbatce usiłujesz zebrać do kupy dane o różnych egzemplarzach, a rano okazuje się, że któryś z nich i tak jest już sprzedany.
Kupowanie używanego samochodu, jeśli chce się go sprawdzić w maksymalnym stopniu (tzn. na tyle, na ile to jest w ogóle możliwe przed kupieniem i wypróbowaniem, jak się zachowa po praniu) to ciężka robota. Zwłaszcza, jeśli nie mamy o tym zielonego pojęcia. Możemy też nic nie sprawdzić i wylosować sobie ten samochód, ot, wybrać taki, powiedzmy, ładny, a za dwa miesiące wydać kilka kafli na nowy lakier, skorodowane coś tam i sto milionów części, które akurat się zepsuły.
Zaczyna mi być wszystko jedno. W zasadzie to ja wcale nie chcę samochodu, no ale dziecku się przyda.
Z okazji dziecka musieliśmy też kupić komodę. Musimy kupić łóżeczko i sto tysięcy potrzebnych drobiazgów. Skoro już i tak co chwilę jeździmy do ikei, to przy okazji kupimy też stół, bo od dawna o nim myśleliśmy, zatem zróbmy to teraz.
Dwoje dorosłych ludzi żyło sobie do tej pory ze swoją szafą i łóżkiem. Bez samochodu, bez własnego mieszkania, bez zobowiązań. Jeździliśmy na wakacje, kupowaliśmy książki, jedliśmy w nepalskiej knajpce.
Jakby to ująć... Razem ważymy ok. 140 kg. Dziecko będzie ważyło pewnie ze 3,5 kg. Z powodu przybycia nam 3,5 kg pojawiają się u nas nowe meble, które razem będą ważyć pewnie z 120 kg i samochód, który będzie ważył ok. 1100-1500 kg.
Nie mamy mieszkania, mieszkamy w służbowym. Z powodu dodatkowych 3,5 kg za kilka lat będziemy musieli nabyć własny lokal za jakieś 400 tysięcy.
Ja pierdolę.*


*nie narzekam, dawno nie byłam tak daleka od depresji, mimo, że mamy przecież luty.

by jaskrawa
11.02.2011; 19:30
komentuj(8)


Chyba znaleźliśmy, ale nie mamy maksymalnej pewności czy to ten. Jest granatowy i ma takie ładne opływowe kształty. Jak wyciućkana landrynka.  

Poukładałam równiutko w kosteczkę ciuszki w szufladzie i czekam. Mała też czeka, chyba jej coraz ciaśniej. 

Bylim wczoraj na "piwie" i trochę zatęskniłam za starymi, praskimi czasami (mam na myśli oczywiście prawy brzeg rzeki, a nie miasto w Czechach). Za tysiącem papierosów, gadaniną, polowaniem na stolik i krzesła. To wszystko wcale nie wydaje mi się stracone, odległe, wprost przeciwnie. Czuję się, jakbym zrobiła sobie małą przerwę w moim młodym życiu. Poza tym tęsknię tylko troszkę, tak jak się tęskni w dobrych czasach za starymi dobrymi czasami. 

Zakochana jestem coraz bardziej. Gdybyście go widzieli, jak z poważną miną wybiera w sklepie malutkie kolorowe skarpeteczki... Mam wrażenie, że bycie razem dopiero teraz naprawdę się zaczyna.


by jaskrawa
17.02.2011; 10:13
komentuj(4)

bilet


Dodatkowe jazdy nie idą. Jednak dobrze myślałam. Nie nadaję się do tego. Tam gdzie wiadomo co robić, to wiadomo (np., że na czerwonym można jechać, a na zielonym trzeba i takie tam). A tam gdzie nie wiadomo, to ja już nie wiem, a inni wiedzą, chociaż nie mam zielonego pojęcia skąd oni to wiedzą. Oczywiście powiedzieliby, że z doświadczenia. Jak mam się dowiedzieć z doświadczenia, gdy za każdą porcję owego muszę bulić forsę?  

Gniot mimo, że skończony, to bardzo chciałby być powiększony "dla poprawienia pewnych proporcji między rozdziałami"...  Mogę to rzucić w pizdu i iść drukować, ale jakoś nie potrafię. 

Wróciłam do domu po jazdach i rozpłakałam się serdecznie. Tylko, że głodna byłam jak cholera, więc nie mogłam się schować w ciemni, tylko musiałam sobie obiad zrobić. A jak już zaczęłam wstawiać obiad, to zdjęłam też pranie, a potem usiadłam przed kompem i kupiłam se następną książkę potrzebną Gniotowi. Mam nadzieję, że przyjdzie maksymalnie w czwartek i na sobotę będę już miała następne parę zdań dla promotora O Bardzo Znanym Filozoficznym Nazwisku. Tak czy owak - zrobiłam wszystko, by wyrobić się przed sobotą, bo książkę nabyłam natychmiast po powrocie do domu. Biblioteki/czytelnie odpadają, bo jak już pisałam wcześniej, brzuch i jego rośnięcie uniemożliwiają już snucie się z laptopem po mieście. I tak o, nawet mojego dzisiejszego doła chuj strzelił, bo po obiedzie już mi się nie chciało płakać. 

W ogóle dzisiaj musiał być zły dzień, skoro nawet depresja nie wyszła. Źle się też zaczął, bo w autobusie, gdy jechałam na uczelnię, kasownik nie chciał mi przyjąć biletu. Że "nieczytelny". W Warszawicach wiedzą o co chodzi. Kupujesz bilet, cieszysz się, że masz, wsiadasz, kasujesz, a okazuje się, że nie masz, bo coś spieprzyli w fabryce biletów. Na (nie)szczęście w moim autobusie był taki automat, w którym można sobie nowy bilet nabyć. Jedynym warunkiem jest posiadanie bilonu. Papierków maszyna nie chce chapnąć. Wrzuciłam piątaka, wybrałam bilet na ekraniku i... nic się nie wydarzyło. Ani biletu ani monety back. Zgłosiłam problem kierowcy i usiadłam sobie zrelaksowana, zastanawiając się, co powiem kanarom, jeśli się zjawią. Oczywiście prawo jest po ich stronie, a biednemu zawsze wiatr w oczy. "Brak możliwości nabycia biletu nie zwalnia z obowiązku skasowania go" czy jakoś tak to idzie. No ale pomyślałam, że grzecznie im opowiem, jak było, że jadę na ważne spotkanie z promotorem (prawda), że miałam przygotowany bilet (okazał się nieczytelny, też nie moja wina, a sprawdzić przed skasowaniem się tego nie da) i na wszelki wypadek drobne na następny. Powołam kierowcę na świadka. W ostateczności powiem im, że jestem w siódmym miesiącu ciąży i mogą mnie pocałować właśnie tam, dokładnie tam, albo wezwać policię, bo ztm ukradło mi piątaka (na automacie nie było żadnego numeru telefonu w razie reklamacji ani też ostrzeżenia, że automat nie działa). Przecież żaden zdrowy na umyśle kanar nie bawiłby się w to dalej. 


by jaskrawa
19.02.2011; 19:39
komentuj(3)

bu po raz drugi


Egzamin uwalony, jak poprzednio na mieście. Tym razem dwa raczej
"niegroźne" błędy. Ten drugi powiedziałabym, że mógł mi odpuścić, bo
to naprawdę było dyskusyjne...


Noc miałam dzisiaj koszmarną - śnił mi się egzamin, że ma być, ale nie
wiadomo kiedy i gdzie. Sen wracał kilkakrotnie, w wielu wersjach, pomiędzy nimi
przebudzenia, męczące, w ciemnościach i zadawanie sobie pytania, która godzina. Jak w gorączce. 


Wstałam o czwartej (egzamin był o szóstej - teoretycznie dobra pora - ruch
jeszcze niezbyt wielki), bo i tak spać nie mogłam. Stres pożarł mnie całą i wypluł
resztki. Resztki wypiły słabą kawę i powlekły się na tramwaj przez ciemne
ulice. 


Wywołali mnie na szczęście od razu. Noga mi się trzęsła (jedna), gdy
wyjechałam z ośrodka i prawie zapomniałam o włączeniu świateł.

Nie mogłam się włączyć do ruchu (taka idiotyczna sytuacja, gdy jedzie ich w
zasadzie niewiele, a jadą w dużych dość odstępach i pewny siebie kierowca bez
trudu wyjedzie, na kursie na to miejsce nawet nie zwracałam szczególnej uwagi,
czekałam, a potem wjeżdżałam JAKOŚ, ale nigdy nie stałam tak długo). Stałam tam
i czułam, że chce mi się płakać. Miałam szczerą ochotę powiedzieć
egzaminatorowi "wie pan co, nie wiem, jak mam się tu zachować i boję się
tylu aut jadących z lewej, może od razu wrócimy do ośrodka?". 


W dodatku zgasł mi silnik (noga na sprzęgle nadal mi się trzęsła), gdy w końcu
chciałam ruszyć. Jednak jakoś szybko się ogarnęłam i wyprułam stamtąd póki się
dało.


Potem byłam tak zdenerwowana tym wyjazdem (a w głowie świdrowała myśl, że
egzaminator ma mnie za spanikowaną cipowatą idiotkę), że prawie wjechałam na
wiadukt, zamiast prosto na pas dla zawracających. Gościu pewnie pomyślał, że
zapomniałam włączyć mózgu wraz ze światłami. 


Ukochane rondo mnie trochę uspokoiło, bo gładko poszło i czułam się znowu dobrze, jak
dawniej, gdy myślałam, że mniej więcej potrafię jeździć.


Jeździliśmy i jeździliśmy, długo. Noga mi się przestała trząść, przyrosłam w
końcu do samochodu, czułam, że wiem, co robię i jaśniej pod czaszką. Zresztą było już grubo po szóstej, zatem jasno zrobiło się też na niebie. To jednak zauważyłam dopiero po egzaminie. Patrzyłam na zegar i zastanawiałam się, ile to już trwa.
Skrętów w lewo sto milionów (w tym takie na światłach), ale jakieś wszystkie łatwe. 


Potem popełniłam błąd, który życzliwszy egzaminator chyba w ogóle by olał...
A po nim dwa razy dałam się złapać w dobrze mi znaną pułapkę, w którą nie
dawałam się już złapać od dawna. A jednak. Zemściło się na mnie ignorowanie pozornie banalnych rzeczy. 


Jak zbity pies z podkulonym ogonem wróciłam do ośrodka, wkurzona na cały świat, że muszę nadal
prowadzić, chociaż nie jestem kierowcą, a egzamin i tak już w zasadzie należy do
przeszłości. 


Wkurzenie nie minęło, bo teraz jestem w kropce. Z jednej strony rozsądek
podpowiada mi, żeby jeszcze pojeździć, popróbować, że beznadziejnie nie jest i
dzisiaj naprawdę mogłam zdać. Z drugiej - żeby rzucić to na razie w pizdu i nie
narażać małej w brzuchu na takie stresy jak dziś w nocy i rano. 


by jaskrawa
21.02.2011; 14:39
komentuj(7)

a może czasem lepiej z babą?


Zapisałam się na doszkalanie u dziewczyny. Numer do niej wczoraj dostałam od kobiety, która zdawała wczoraj - zaczynała egzamin w tym samym czasie co ja i jednocześnie skończyłyśmy. Wynik pozytywny, trzecie podejście. Powiedziała, że też czuła się niepewnie przy lewoskrętach m.in. i ta babeczką ją świetnie doszkoliła.
Może baba babie niektóre rzeczy lepiej potrafi wyjaśnić?
Zobaczymy.
Jakaś nowa nadzieja we mnie wstąpiła i czarny dół trwający od soboty do wczoraj został wypędzony. Wyspałam się porządnie. Do cna.
by jaskrawa
22.02.2011; 11:55
komentuj(5)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl