kilka uwag do zanotowania


Kurde, jebłam notkę jak stąd do Radomia i skasowała się.
A tam, pieprzyć ją.
Chciałam tylko cztery rzeczy: Czasu mam mało i mi smutno. Robota pędzi jak szalona, dwa nieskończone dzisiaj raporty, co olewam.
Drugie: Weekend był ekstra, byliśmy na koncercie Archive, o którym to zespole ktoś słusznie w necie napisał, że ich piosenki są jak rozpędzający się pociąg, który ma się za chwilę wykoleić. Tak właśnie jest. Zaczyna się od paru dźwięków, a potem dochodzą kolejne zapętlone motywy, w końcu wchodzimy w nadświetlną i zapominamy o wszystkim.
Mały sample zamieszczam, ale to mizeria w porównaniu z tym bogactwem dźwięków, które słychać na żywo.

Trzecia sprawa: Ta zima jest wyjątkowo mroźna i okrutna. Śniegu pełne zaspy, a mrozy bywały nawet do -30. Piszę, chociaż z opóźnieniem, żeby pamiętać za czternaście lat.

Czwarta sprawa: W tamtym tygodniu dowiedziałam się, że moja siostra będzie miała syna, już było widać siusiaka na usg. I będzie miał na imię Wojtek, które to imię sami wybrali, a ja się zgadzam i podpisuję obiema rękami pod tym wyborem.
by jaskrawa
09.02.2010; 19:51
komentuj(7)

jest M piaskuziarenkiem wklep sydrze


Jakaś dziwna czcionka się mi tu wstawiła...
Ten luty jest lepszy, niż jakikolwiek inny wcześniej (a luty zawsze był dla mnie najgorszym miesiącem w roku), mimo, że nie jestem do końca zdrowa (na ciele i umyśle).
Mieliście kiedyś wrażenie, że zwariowaliście? Może to nie tak, że zwariowałam i robię kwiaty z gazet kolorowych o druku kiepskiej jakości. Nie zbieram też pojemniczków po jogurtach, by hodować w nich mandarynki z pestek. Nie słyszę, by nasza kotka mówiła do mnie coś innego, niż standardowe poranne miau, gdy jest głodna.
Raczej czuję, że głupieję. Nie. To też nie jest dobre słowo. Głupieć kojarzy mi się z fikaniem koziołków, skakaniem po kanapie i obrzucaniem się łupinkami od słonecznika.
Zatem wydaje mi się, że mój mózg się zmniejsza czy coś w tym rodzaju. Pamięć mam krótką, nie mogę się w ogóle ogarnąć. Dzisiaj w pracy spędziłam kilka minut na szukaniu jakiegoś pliku, który na pewno tam był, ale go nie było. Każdy to kiedyś robił. Tylko, że ja robię to ostatnio kilkanaście razy dziennie lub klikam bez sensu w inne pliki, mimo, że widzę, że to nie to. W systemie zamiast wykonaj robię cofkę.
Czuję, że sprawy wymknęły się spod kontroli, która kiedyś działała sprawnie. Mimo wrodzonej wady zwanej roztargnieniem, udało mi się stworzyć dobry system przypomnień, karteczek, oznaczeń i kolorów w tabelkach. A teraz zaczyna się to wszystko rozmywać, jak pomalowana złą farbą atrapa. Przecież jest tak, jak było. Wszystko zapisane, zaznaczone, odhaczone. Dlatego może, że przyzwyczaiłam się do dobrego, teraz za każdy błąd płacę kompletnym rozstrojem nerwowym. Wczoraj, po samo-wykryciu jakiegoś koszmarnego niedopatrzenia, przez dobre pół godziny cierpiałam na skurcz żołądka i atak wewnętrznej, dobrze ukrytej paniki. Siedziałam nieruchomo przed kompem ze łzami napływającymi do oczu i w myślach biegłam gdzieś przez pole i zaśnieżony las. Posiedziałam tak trochę, a potem zobaczyłam, że w tym czasie nazbierało się kilka maili pod tytułem "bardzo proszę o przesłanie mi" lub "zestawienie należy przesłać do jutra do godziny 11" lub też "prześlij mi plisssss numery telefonów do tych ludzi, bo mamy tu piekło". Wpadłam zatem w powtórny trans pośpiechu, zazwyczaj, gdy pierwszy raz spojrzę na zegarek w pracy, jest już tuż przed dwunastą, potem jest 16:30. Rozmawianie przez dwa telefony na raz nie jest już zabawą, ale pierdoloną codziennością, która wyrywa mi mózg z czaszki. W zasadzie to mam trzy telefony - dwa na biurku i komóra. Kurwa mać.
Ciągle ta sama historia tu jest opowiadana. Historie się szybko nudzą, więc są zmieniane na inne, a ja nie mogę nic zmienić, bo jestem w pułapce kredyt-polska-rozsądek-siedź cicho. Wszyscy są, co ja tu narzekam. Nie, nie mówię, że mam gorzej, niż ktokolwiek. Może mam lepiej. I co? No mam. Wspaniale. Kupię sobie kwiaty do wazonu.
Dzisiaj szczęśliwa jestem, bo przyszłam z pracy i nic nie robię od 17:40. Nigdzie nie poszłam, siedzę sama i piszę piosenki, napisałam aż jedną, ale już nie pamiętam, jak to było. Spać idę, bo przyszła w końcu kołdra i mnie wciąga do łóżka.

by jaskrawa
12.02.2010; 00:57
komentuj(9)

planowanie wakacji


Nic nie jest tak przyjemne, jak planowanie wakacji (oczywiście poza spędzaniem ich tam, gdzie się chciało tudzież gdzie indziej).
Liczę sobie, ile kosztowałaby podróż na Daleki Wschód, liczę, załamuję rączki, potem odbieram pocztę i ... zawsze znajduję tam maila od Providenta. Skąd oni wiedzą?
To na pewno przez to, że tu niedaleko, niemal drzwi w drzwi, mieszka Jakiś Agent-Czy-Ktoś. Boimy się, że kiedyś zamiast niego wylecimy w powietrze, jeśli się jakiś inny Agent pomyli.

by jaskrawa
19.02.2010; 17:51
komentuj(5)

-landia


Wydawało się, że to drogo i nie dla nas, ale po podliczeniu kosztów wychodzi, że (może) wcale nie drożej, niż w poprzedniej -landii. W nawiasie piszę "może", bo tak naprawdę to cholera wie, co tam będzie i za ile.
Mamy zatem już pewnie dziewięćdziesięcioprocentowy plan wakacyjny i niewiele rzeczy na świecie mnie teraz powstrzyma. Też tak macie? Jeśli się człowiek natęża i natęża, to nic, a nagle pstryk i jest.
Miał być Nepal, ale terminy nie pasują, bo tam to między majem a październikiem nie ma co się pojawiać. Alternatywą była Mongolia, ale jakoś nie wydało mi się to do końca dobre. No bo co my w tej Mongolii? Wynajmiemy sobie dżipa i będziemy jeździć od jednej jurty do drugiej? To mogłaby być podróż życia, ale nie czuję tego w tym momencie, tak jak parcia na następną -landię.
Jeszcze pojawiła się Kanada, ale pewnie wyszłoby zajebiście drogo, bo co z tego, że polecimy? Za duża skala, za duże odległości, nie będziemy przecież siedzieć w jednym mieście, jakoś tak nie wypada poza tym - lecieć do Kanady i zobaczyć np. jeden park narodowy (czy cokolwiek oni tam mają, dla mnie Kanada kojarzy się z Jednym Wielkim Parkiem Narodowym, górami i Niebezpieczną Zatoką). Ja chyba w poprzednim wcieleniu byłam japońskim turystą. Muszę dotknąć i zobaczyć wszędzie, cyknąć zdjęcie i jazda dalej, więcej, moje, moje, moje!
Do końca życia będę żałować, że będąc w Stanach nie kopsnęłam się na Alaskę. W ogóle w tamtym czasie mojego życia nie miałam zbyt dużo mózgu i całą zarobioną w pocie czoła kasę wolałam przepić w Albionie a potem kupić sobie trochę kolorowych t-shirtów i kilka par spodni (które w większości już dawno poszły na śmietnik, bo w Stanach byłam grubasem, zgodnie z tą zasadą o wronach i krakaniu jak one).
Tak czy owak - w tym roku jedziemy na Islandię, zobaczyć te wszystkie zajebiste wulkany, błękitne laguny, wiatr, ocean, fiordy, gejzery, bezdrzewia i żużel.
Obym dożyła! Życie jest jednak piękne.

by jaskrawa
21.02.2010; 00:14
komentuj(12)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl