jazdy


Jazdy miałam dopiero dzisiaj, w czwartek musielim je przełożyć z powodu śniegu.
Jak fajnie! Nie zapomniałam, jak się jeździ! Uwielbiam to, kurna, ja nawet w korku lubię stać, czuję się wtedy jak prawdziwy kierowca, znaczy wiecie, bo stoję jak inni prawdziwi kierowcy, a gdy korków nie ma, to ci prawdziwi kierowcy zapieprzają setką po mieście, a ja nie mogę na szczęście.
Brakowało mi mojego Pana Instraktora. Gdyby ktoś ze stolycy lub okolic chciał robić prawko, to polecam gościa, mogę dać namiary mailem. Kapitan radził mi, żebym poprosiła o możliwość jazd także z kimś innym, aby się przekonać, jak to jest jeździć z kimś innym, ale jakoś nie umiem się na to zdobyć. Miałaby uczyć mnie ktoś inny? Nie mój Pan Instraktor? Nigdy!
Zostało jeszcze 8 godzin do wyjeżdżenia, ciekawe, jak to się dalej potoczy.

by jaskrawa
06.12.2010; 14:07
komentuj(2)

przedświętnik


W tym roku mam w dupie oryginalne i nietuzinkowe prezenty. Kupiłam najbliższym komplety pościeli.
Stałam się praktyczna i nudna. Po przeczytaniu kolejnego Zajdla (tym razem "Wyjście z cienia", polecam wielbicielom rozmaitych wizji świata w nurcie s-f, całkiem ciekawie wymyślił, chociaż ta wizja to trochę zbyt oczywisty peerel), zabrałam się za lekturę poradnika o jednoznacznym tytule "Zrozum swojego niemowlaka". Gdy mój niemowlak się pojawi, nie dam się zaskoczyć. Niewątpliwie wszystko będzie tak, jak zaplanuję i tak jak piszą w książkach. Oczywiście.
W przyszłym tygodniu służbowa impreza świąteczna zwana również wigilią. Trochę nie mogę się doczekać (o kurwa, przypomniałam sobie, że muszę sobie koniecznie w tym tygodniu kupić buty, jedyne, którymi dysponuję obecnie, są takie co to w góry). Jestem złym człowiekiem najwyraźniej. Dlaczego? Czuję jakąś dziwną radość na myśl, że koleżanki pojadą tam prosto z biura, na pewno będą zmęczone, wkręcone w ten koszmarny wir, będą paplać o klientach, projektach, a szeptem o szefowej. A ja? A ja, zrelaksowana, zdystansowana, zasiądę w kwiecie lotosu i będę się uśmiechać niczym jakiś Złoty Budda. I żreć. I nie będę miała nic do powiedzenia.
Nie, nie, nie, to nie tak, że uważam bycie w ciąży za jakąś cholerną zasługę, wprost przeciwnie. Chodzi raczej o to, że zawsze byłam jedną z najbardziej zarobionych osób w biurze, a teraz mogę sobie bimbać i to na legalu. Firma nie chce mnie z powrotem, bo skoro już mnie nie ma prawie trzy miesiące, to oni sobie tam poukładali życie beze mnie. Nie są im potrzebni ludzie, którzy mają taryfę ulgową, bo na przykład muszą zjeść lancz, nie mogą się przemęczać, zbyt często chodzą do toalety. Mój powrót do biura nie leży w tej chwili w niczyim interesie. Ciekawe czy ja tam wrócę kiedykolwiek. Czuję, że ciąża i dziecko mogą być jakimś przełomem, okazją do zmian, wyrwania się z kręgów piekieł. Być może.
Spadam umyć w końcu tę podłogę.

by jaskrawa
07.12.2010; 15:50
komentuj(11)

kurna no


W przyszłym roku na Łopenerze zagra Coldplay, a ja nie pojadę. Bu. Pierwszy raz naprawdę żałuję, że nie jadę na Łopenera, strasznie nie lubię takich masowych imprez. No ale na Coldplaya to bym poszła, mam do nich ogromny sentyment.
Dziś trzeba mi napisać notkę, bo po raz pierwszy poczułam, jak Młode się wierci w brzuszku. Leciutkie uderzenie. Młode moje kochane, przez Ciebie Łopener mamie przepadnie! Ale nie martw się, jak trochę urośniesz, to mamusia i tatuś zabiorą Cię na niejeden koncert. I w góry Cię zabiorą. I nad morze też.
Kim Ty jesteś? Chłopcem czy dziewczynką?
Czułość pierwotna mnie ogarnia. A wiem, że to dopiero początek wszystkiego.

by jaskrawa
09.12.2010; 12:51
komentuj(9)

firmowa w.


Wszyscy przyszli i chwycili za talerze. Wesoło było, miło, ale jakoś obco się czułam. Jak za szybą. Nie pasuję do tych ludzi z mojej roboty, dociera do mnie tym mocniej, im dłużej mnie w tej robocie nie ma. Nie akceptuję paskudnej, popularnej i widowiskowej złośliwości, na której tak łatwo rozwiesić poczucie humoru, powszechną sympatię i szacunek innych. Ludzie naprawdę ostrzy w ocenach wydają się być tacy godni uwielbienia tłumów za swoje wyraziste poglądy. Zdarza mi się mocno krytykować ludzi bardzo bliskich, ale to jest u mnie akt desperacji, kiedy już nie potrafię inaczej wyrazić swojego lęku o nich, a w gruncie rzeczy oddałabym im nerkę i jeszcze wiele na dokładkę. Nie wyobrażam sobie, jak można autentycznie źle życzyć koleżance, tylko dlatego, że była kiepskim pracownikiem.
Są w tej gromadce jeszcze dusze poczciwe, ale tak bardzo różnię się od nich pod względem miliarda powierzchownych drobiazgów, że nie ma mowy o prawdziwym porozumieniu.
Nagle okazuje się też, że ci, których lubiłam najbardziej, chyba wcale za mną nie przepadają, unikają mojego towarzystwa, uciekają przede mną gdzieś z pełnym talerzem, nurkując pomiędzy zajęte miejsca, a wychodząc nie raczą zaszczycić mnie ani jednym spojrzeniem. I wcale nie mówię o jednej osobie, a co najmniej kilku. No trudno, nie liczyłam nigdy na to, że wszyscy będą mnie kochać.
Są jeszcze posiadacze sztucznych uśmiechów i kurtuazyjne pytania o samopoczucie. To miłe, niech pytają, odwdzięczam się tym samym.
Jedyna nadzieja w tym, że jak wrócę, będzie to całkiem nowa praca, bo zanosi się na dłuższą niż rok absencję.
Chyba coś ze mną nie tak, skoro krąg osób w towarzystwie których czuję się naprawdę dobrze, maleje do maleńkiej grupki.
Milion razy lepiej było mi w Kurtularnej z Karo i Markiem, gdzie nie było sushi, pysznych sałatek, tysiąca uśmiechów i setek banałów. Było nam niedobrze, spóźniliśmy się na film i siedzieliśmy tak przy stoliku, całe minuty nie odzywając się do siebie (i to cudowne poczucie, że wcale, kurwa, nie musimy), a potem pękając ze śmiechu z byle czego.
A dzisiaj idę z Anetką na Annę Czerwińską posłuchać o wyprawie na K2, może ktoś ma ochotę?

by jaskrawa
14.12.2010; 09:27
komentuj(9)

opowieść o Poleskiej Pi


Wigilia na Poleskiej była bardzo udana. Stawili się prawie wszyscy, którzy mieli się stawić. Wyszliśmy znacznie później, niż planowaliśmy.
Ostatnia impreza na Poleskiej Pi. Było naprawdę klimatycznie, te lampki i świeczki na parapetach, siedzenie jak zwykle na podłodze, stolik z żarciem na środku, pochłanianym przez wszystkich bez skrępowania.
Nagle uświadomiłam sobie, że nawaliłam przez te wszystkie cztery lata, bo nigdy nie przyszło mi do głowy, by robić tam zdjęcia. Więcej zdjęć. Teraz moglibyśmy sobie zrobić taki album-galeryjkę gdzieś w necie chociażby.
A tych zdjęć z Poleskiej mam tak mało. Wczoraj też nikomu nie przyszło do głowy, by zabrać aparat, mimo, że co najmniej kilkoro z nas lubi robić zdjęcia.
Szkoda.
Z drugiej strony - w dupie ze zdjęciami, wspomnienia się liczą.
Miło było zawsze na Poleskiej - najpierw mieszkanie z Bluemauritiusem. Ogarnia mnie nieskończone wzruszenie, gdy przypomnę sobie, jak to każde z nas siedziało w swoim pokoju, a potem któreś na gadu dziadu lub esemesowo słało komunikat o treści "cho na petka", po czym otwierały się jedne i drugie drzwi i wychodziliśmy radośnie zasiąść przy naszym kuchennym stoliku, na tych legendarnych rozwalających się krzesłach. Wyciągaliśmy petki (a nierzadko jakieś wino) i siedzieliśmy tak, czasem do pierwszej w nocy, a czasem krócej, gadając o naszych nieszczęśliwych miłościach, analizując imprezy, milcząc, marząc, opowiadając se anegdotki z roboty etc.. A od piątku zaczynały się posiadówki, z wódką, serdecznymi przyjaciółmi, nierzadko śpiewem, a zawsze z poważnymi rozmowami przedziałowymi do czwartej nad ranem. A potem się leczyło kaca, w kuchni, papierosami. Weekendy bez imprezy wydawały się wtedy być kompletnie pozbawione sensu.
A potem Marek poszedł własną drogą, a pojawiła się Ewelina. Na chwilę, zaledwie jakieś 6 tygodni. Wraz z nią pojawiły się w naszym domu Pi dziwne postacie o dziwnych porach, na przykład lesbijka zakochana w mojej współlokatorce, wpraszała się nawet wtedy, gdy tej nie było, szalona studencka młodzież, dresiarze z plecakami pełnymi piwa i inni ludzie wszelakich subkultur. Mimo, że szczerze i serdecznie polubiłam kochaną Ewe, odetchnęłam z ulgą, gdy cały ten jarmark typów się skończył.
Po Ewelinie na powrót zrobiło się swojsko, bo na Poleską wprowadził się Yodel. Yodel był współlokatorem niemal idealnym, nie marudził, nie imprezował, zajmował się własnym życiem i dzięki temu miałam okazję przekonać się, jak to jest mieszkać naprawdę na swoim. Jednocześnie było do kogo gębę otworzyć, zwrócić się o pomoc, od kogo dostać placki ziemniaczane na obiad. Współlokator skarb.
To był też czas dziwacznej relacji z Sorym Gregorym, Poleska zamieniła się w buddyjską kapliczkę, niemal na dobre skończyły się posiadówki z wódką. Za to wszystko zapłaciłam straszliwą depresją i Poleska zawsze będzie kojarzyła mi się częściowo smutno i samotnie. To nocne siedzenie przy moim czerwonym biurku, z winem i papierosami z pobliskiej stacji bi pi. Łzy i żal.
A potem nastała Agatka. Agatka i babskie pogaduchy w kuchni, zwierzenia, marzenia, chłopaki, relacje z randek, narzekania na pracę, totalny brak czasu, nieoceniona pomoc Agaty w opiece nad Diablo, gdy nie było mnie całe dnie i noce...
I koty. Kotów było w sumie trzy, przynajmniej za moich czasów.
Jeden żyje i ma się świetnie (właśnie leży mi na brzuchu), jeden nie żyje, trzeci - wyszedł i nie wrócił, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
A potem się wyprowadziłam i już nigdy nie odzyskam tego swojego samotnego, ale jakże własnego, ciepłego gniazdka na Poleskiej. Teraz "ja" zostało zastąpione przez "my", teraz trzeba się wyrzec egoizmu, a zabrać za zmywanie, potem kupić wózek, wychować dziecko, ugotować obiad...

by jaskrawa
17.12.2010; 16:33
komentuj(7)

źle, źle, źle!


Dzisiaj chyba nawet Pan Instraktor stracił do mnie cierpliwość.
Jestem podczas jazd zadziwiająco spokojna, więc stres jako przyczyna błędów odpada. Ja nie wiem, może w robocie się tego nauczyłam. Cokolwiek się dzieje, krew mam zimną jak styczeń. Może we mnie wjechać ciężarówka, odpalam i ruszam. Bezmyślnie, jak jakiś powolny gad opancerzony twardą jak kamień skorupą.
No właśnie. I tu jest problem. Niczym kompletna blondynka w kozaczkach na obcaskach z tipsami na trzy centymetry, nie chwytam, o co biega. Wyjeździłam już prawie wszystkie godziny i co? Kupa. Nie zdałabym raczej, chyba, że miałabym niewiarygodne szczęście.
Jakoś jeżdżę. Nikogo nie potrąciłam, w nic nie wjechałam. Na czerwonym staję, na zielonym jadę, wiem, że jak się skręca w lewo, to trzeba się tak zatrzymać, żeby ci z naprzeciwka też skręcający, mogli se przejechać, ale też tak, żeby nie wpieprzyć się od razu na tych jadących prosto, tylko poczekać, aż przejadą. Wiem, kiedy trzeba ustąpić tym z prawej, widzę znaki, automatycznie ustawiam się po właściwej stronie jezdni, jeśli skręcam. Nie przecinam ciągłej linii, nie ścinam zakrętów. Widzę pieszych, nawet zmiana pasów wychodzi nie tak źle, chociaż nadal trochę się cykam, czy nic we mnie nie pierdolnie z tyłu. Co z tego, skoro nadal nie opanowałam prowadzenia samochodu. Sprzęgło to koszmar, biegi też. Wiem, jak je zmieniać, ale skoordynowanie tego wszystkiego nadal jest dla mnie straszną tajemnicą. Sprzęgła i gazu pod stopą nie czuję w ogóle. Albo wyję gazem, albo gaszę silnik. Mimo maksymalnej koncentracji na stopniu podniesienia sprzęgła, ono i tak jest za wysoko albo za nisko.
Powinnam mieć w domu jakiś symulator i ćwiczyć to całymi godzinami.
No nic, trudno. Wyszarpnę kolejne kilka stów i będę jeździć aż do egzaminu. Strasznie chcę mieć już to z głowy.
Naprawdę lubię jeździć, może właśnie dlatego chciałabym lepiej.

by jaskrawa
20.12.2010; 15:17
komentuj(6)

o tym, jak skutecznie zwiać przed Świętami


Przeraża cię stanie przy garach przez dwie doby? Nie możesz patrzeć na nielubiane ciotki? Nudzą cię rozmowy wujków o polityce? Chcesz mieć to wszystko gdzieś?
Najprostszy byłby wyjazd gdzieś na południe, ale nie oszukujmy się - ścigano by cię smsami pełnymi wyrzutów, a w końcu zabiłyby cię myśli o własnej podłości i egoizmie.
Jest jednak inny, znacznie skuteczniejszy sposób, który gwarantuje nam w Święta masę wolnego czasu, możliwość obłożenia się książkami, niezaglądanie do kuchni, zapomnienie o hipermarketach. W dodatku nikt nie będzie miał pretensji.
Trzeba się po prostu porządnie rozchorować.

Pierwszy raz w życiu spędzę Wigilię poza rodziną. To znaczy poza tą pierwszą. Z gorączką i kaszlem na dwa metry nie mogę sobie pozwolić na podróż pociągiem. Zostaje ze mną Kapitan. Mamy pierogi w zamrażalce, jakieś śledzie i barszcz z kartonika. Mamy też świeczki-tealighty, małą choinkę, ciepłego kota, który pierwszy raz spędzi Wigilię w towarzystwie ludzi (może coś nam powie?). Mamy też ludzkie dziecko. Na razie w brzuchu, ale jest. Śmieszne jest to, że zawsze mam je przy sobie, jak mama kangurzyca. To niepowtarzalne.

W ogóle wzruszam się byle czym.

Dzwonię do domu codziennie i tak strasznie tęsknię. Dobrze, że mama przyjedzie jutro.

Wesołych Świąt!

by jaskrawa
24.12.2010; 09:41
komentuj(7)

...


Chciałam coś napisać. To piszę.
Odkryłam właśnie na youtube filmiki z moją naprawdę dobrze śpiewającą (eks)przyjaciółką. Brakuje mi jej, tyle chciałam napisać. Światy, w których żyłyśmy, chyba za bardzo się od siebie zaczęły różnić, zatem jakoś ten kontakt się urwał.
O czym może rozmawiać zwykła polska biurwa w ciąży i na elcztery z dziewczyną, która rozwinęła skrzydła i pofrunęła w świat edukacji na zagranicznych uniwerkach, w świat innej mentalności, innej jakości życia?
Czytam se Historię życia prywatnego. Ja, jako kobieta, która obecnie ma jeno prywatne życie, wcale nieszczęśliwa się nie czuję, jakby ktoś pytał. Być może jednak poczucie owo bierze się z faktu, iż nikt mnie do takiej roli (obiad, pościel poprasować trzeba, kuchnię ogarnąć, kurom nadrobić) nie zmuszał. Sama się wpakowałam.
Trochę pochopnie to wszystko mówię, bo moja przerwa zawodowa trwa zaledwie kilka miesięcy, po dziesięciu latach pewnie brałaby mnie już cholera.
Znowu nie kupiliśmy samochodu.

by jaskrawa
28.12.2010; 22:24
komentuj(3)

znowu o jazdach


A niech to cholera! Dzisiaj byłam na ostatnich jazdach i wszystko było odwrotnie. Samochód jedzie, nic mi nie skacze, nie gaśnie i ogólnie stopy wiedzą, co robią, a na rondzie wszystko mi się popieprzyło. Zapomniałam spojrzeć na tramwaj, chciałam się wepchnąć na inny pas, niż powinnam i tak dalej. Ogólnie jednak jestem zadowolona, bo jeśli robię coś źle, to już wiem co. Czuję, że jestem blisko. I spokojna jestem. Wiem, że się nauczę, jeszcze trochę pojeżdżę, zanim przyjdzie czas egzaminu.
Śpię jak niemowlę, jem tony mandarynek (pani w sklepie na rogu ma naprawdę świetne owoce), jutro zaplanowana wyprawa do BN.  
Chciałam raz jeszcze raz podziękować serdecznie Rit, która przesłała nam na Święta śliczną kartkę, a w niej opłatek. Dzięki Rit mieliśmy zatem opłatek na naszej spontanicznej nieco Wigilii. I za to Rit, mam nadzieję, będzie miała wspaniały nadchodzący rok.

by jaskrawa
29.12.2010; 14:07
komentuj(3)

małe podsumowanko


Jak co roku czas na małe podsumowanko.
2010, podobnie jak jego poprzednik, był dość przełomowy. Zaczął się słabo, małym załamankiem nerwowym z powodu przepracowania, ale później było już tylko lepiej. Udało nam się nie trafić w Pieniny, dzięki czemu zaliczyłam pierwsze w życiu zimowe wejście na Kasprowy. Wiosną wielki powrót w Beskid Niski, w mocno zmienionym, ale jakże zacnym składzie.
Lato należało do Islandii. Po raz pierwszy w życiu byłam na lodowcu. Prawie umarliśmy pod wulkanem. Dwa i pół tygodnia w miejscu, które uważam za najpiękniejsze z dotychczas odwiedzonych, pozostawi we mnie cudowny ślad na resztę życia.
A jakoś w sierpniu zrobiliśmy sobie dziecko. Jakoś tak wyszło. Chwila odczytywania wyników badania krwi była jak tornado, które wszystko, co dotychczas przeżyłam, wywróciło do góry nogami. Do tej pory wszystko jest do góry nogami. Najbardziej do góry nogami była jednak jesień, która była taka, jakby jej nie było. Cała jesień została przeze mnie, mówiąc dosadnie, wyrzygana do kibla.
Jeno w Tatry zdążylim jeszcze pojechać, ja pewnie ostatni raz przed pojawieniem się kolejnej osoby w moim życiu.
Udało mi się dokończyć pracę i wysłać ją do promotora (ale na finał jeszcze muszę poczekać, w związku z ciążą i brakiem jesieni cały plan legł w gruzach), udało mi się skończyć kurs na prawko (no ale na egzamin muszę poczekać).
I teraz czekam. Czekam, aż mój kochany Kapitan przyjdzie na przerwę na obiad, czekam, aż wróci z pracy, czekam, aż brzuch mi urośnie porządnie, bo na razie jest ciągle mały i zastanawiam się, jak to Młode się tam mieści, skoro powinno już mieć ok. 20 cm, czekam na usg za tydzień, czekam na poród i trochę się boję, ale nie aż tak bardzo. 2011 jeszcze się nie zaczął, a już wiem, że tyle się w nim wydarzy...

Szczęśliwego roku 2011 !

A noworoczne postanowienia zostawiam sobie na jutro, co se będę dobry nastrój psuła...
Jak udało mi się zrealizować poprzednie?
Przypominam poprzednie:
"W przyszłym roku muszę:

1. Dokończyć pracę i obronić się, od października rozpocząć nowe studia. - Cóż, udałoby się, gdyby nie ciąża.

2. Zmienić pracę lub przenieść się do innego działu w obecnej. Jeśli to drugie się nie uda, wtedy pierwsze. - Ani jedno ani drugie, bo trzecie. Tej możliwości nie przewidziałam.

3. Biegać więcej, niż w tym. - W pierwszej połowie roku źle nie było, dowodem na to było wejście na Hvana, całkiem lekko, a potem, na taką na przykład Świnicę, też płynęłam bez wielkiej zadyszki, czyli jednak z formy nie wyszłam dopóki okoliczności sprzyjały.

4. Dokończyć książkę. - Kompletna klapa, dopisałam może z 10 stron. Tu nadrobić!

W przyszłym roku chcę:

1. Biegać jeszcze więcej. - Co ja miałam na myśli?

2. Znowu regularnie medytować. Może nie tak często, jak dwa lata temu, np., ale jednak regularnie. - Też klapa. Kilka razy próbowałam, ale nie było w tym żadnej regularności. Zastanawiam się ciągle nad sensem.

3. Umieć lepiej organizować sobie czas po pracy, żeby starczyło go na powyższe. - Trudno powiedzieć, na bieganie czasu starczyło.

4. Nie stresować się robotą. - Udało mi się przestać stresować robotą.

5. Nie krzyczeć (chyba, że z radości). - Lepiej, niż było, ale chyba wolę krzyczeć, bo gdy nie krzyczę, staję się jakaś złośliwa i zgryźliwa.

6. Schudnąć z BMI na skraju normalności i niedowagi do niewielkiej niedowagi. Hahahaha! - Właśnie. Hahahaha. Udało się, o ile pamiętam. Póki co, w połowie piątego miesiąca ciąży, nadal chodzę w tych spodniach, co przed ciążą, więc jest nadzieja, że nie stanę się wielorybem.

7. Cieszyć się życiem, jakoś bardziej, niż teraz. - W stu procentach wykonane.

8. Grać na gitarze. - Nie, ale kilka razy próbowałam i okazuje się, że to jednak nie dla mnie.

9. Z podróżowaniem nic nie postanawiam, chciałabym, ale muszę odłożyć
Bardzo Dużo Pieniędzy na dwa lata kolejnych studiów, żeby je zrobić w
rok. - Porażka, wydaję prawie wszystko i chuj.

10. Odłożyć Bardzo Dużo Pieniędzy, zapomniałabym. - Zapomniałam.

by jaskrawa
31.12.2010; 10:22
komentuj(5)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl