o balkonie, decyzjach (nigdy nie wiadomo, które są ważne) i sprzedawaniu luksusowych garów (m.in.)


Wtorek wieczór. Dzwoni telefon. W słuchawce głos mojego niekochanego (mieszka zupełnie daleko, kilka godzin jazdy pociągiem): „Wyjdź na balkon”. Zgodnie z prośbą, odkładam słuchawkę, już wiedząc, że on tam stoi, na chodniku, przed blokiem. Moim blokiem.
Wychodzę i rzeczywistość zgadza się z przypuszczeniem sprzed ułamka sekundy. Stoi tam, jak jakiś cholerny Romeo (róznica polega na tym, że w jednej dłoni trzyma papierosa, w drugiej telefon, Romeo zapewne nie dzierżył tych rekwizytów).
Koleżanka pyta mnie potem, czy się ucieszyłam, widząc go. I zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że tak.
Ale…
Dzień później. Jesteśmy już u niego. Wieczór…
Już wiem teraz, nie potrafię tak, nie potrafię pokochać kogoś siłą woli, wreszcie jasno sobie uświadomiłam, że to nie jest tak, że się przyzwyczajam, przywiązuję, zaczynam kochać, od samej bliskości, samego poznania, pracy nad uczuciem, od samej jego miłości nie zapala się moja, jak zapałka od zapałki.
Jest zupełnie odwrotnie. Już wiem, co zrobię, postanowiłam, samo postanowienie powoduje we mnie uczucie, że zrobię tak jak trzeba, dobrze, zgodnie z logiką, prawidłowo, mądrze i słusznie.

Wyrok wykonać. Pozbawienie skazanego nadziei za zawsze. Nie w zawieszeniu.

Pracę dostałam. Harówa, system zachodni czyli zero obijania się, uśmiech na twarzy niczym uniform, zmuszenie własnego ciała, aby pot spływał nie z czoła, ale gdzieś do wewnątrz. Ale przynajmniej mam satysfakcję, że mój sklep nie wciska ludziom bubli, mucha nie siada. Ceny budzą grozę. I ja muszę tę grozę rozwiewać i zamieniać przerażenie klientów w pewność, że jak tyle zapłacą, to wkraczają do lepszego świata.
by jaskrawa
04.12.2004; 00:00
komentuj(1)

cholera by to wzięła


Mój pieprzony laptop znowu się zjebał.
Kurwa.
Jego.
Mać.

Powiem jeszcze : Niech spierdalają ci, co go wyprodukowali. Zapytam jeszcze : Na chuj ja tego skurwiela kupiłam?
Fuck.

Chciałam tylko wszystko zamknąć w kilku zdaniach. Wybaczcie.

by jaskrawa
05.12.2004; 00:00
komentuj(1)

o łzach mężczyzny


Płynęły.

Wiem, że nie miałam innego wyjścia.

Zresztą, chyba nie jest właściwe pisać o tym na blogu.
by jaskrawa
07.12.2004; 00:00
komentuj(1)

herbata zielona i o tym, że tytuł nie zawsze determinuje treść


Urwałam się dziś z zajęć. Przyszła mi do głowy myśl, że nie wytrzymam kolejnych godzin zastanawiania się nad zagadnieniem zdecydowanie zbyt wolnego przebiegu procesu, zwanego potocznie płynięciem czasu.
Czasami, gdy zdarza się w moim życiu jakaś przyjemna chwila, jakiś emocjonalny orgazm (no dobra, nie musi być emocjonalny…), myślę, że może ja sobie to wszystko „wkręciłam” (jak to słowo tchnie młodzieńczym duchem!). Pisząc „wszystko” mam na myśli stany depresyjne, jakieś dziwne dolegliwości somatyczne, ogólne zniechęcenie do każdego przedsięwzięcia, dni, kiedy nie jestem w stanie wstać z łóżka, totalny brak zainteresowania jakimkolwiek aspektem ogólnie pojętego życia.
I gdy coś mnie cieszy, na tyle mocno, aby wywołać myśl „życie jest cudowne”, postanawiam sobie, że wszystko się zmieni, że wreszcie przestanę spoglądać na zegarek, że każda chwila będzie jak ta obecna, bo nauczę się każdą chwilę właśnie tak przeżywać. W każdym idiotycznym pseudofilozoficznym poradniku z gatunku „Jak żyć, aby było fajnie”, przeczytamy, że nasz los jest w naszych rękach.
I choć poziom tych banalnych czytadeł często pozostawia wiele do życzenia, to trzeba przyznać, że ich żądni zysku autorzy mają cholerną rację.

I chcę zabrać się do dzieła.

I rozpędzam się, ale zanim skoczę, zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, w którą stronę.
Nie mam celu, a właściwie mam cel w sensie ogólnym. Ale gdy przychodzi do konkretów, widzę, że jestem na jakimś polu, bardzo dokładnie zaoranym i tak po horyzont. Żadnej zielonej roślinki.

Zazdroszczę ludziom ich zaangażowania w związki, w pracę, w studia. Widzę twarze pełne entuzjazmu na myśl o jakimś wykładzie, o zakupach, zwykłym wyjściu na piwo.
Ciągle tkwię w martwym punkcie. Rozumiem, że każdy mógłby mi zarzucić jakieś zwyczajne, wstrętne lenistwo. I z chęcią bym się do niego przyznała. Ale sęk w tym, że to nie jest głównym problemem. Chociażby studia – na prawdę mogłabym zostać te kilka godzin, ale zwyczajnie gówno mnie obchodzi co powie pan jakiś tam na temat innego pana jakiegoś tam. Może to nawet i interesujące przez moment, ale ile można.
Pojawia się tu myśl, że może złe studia wybrałam. Znowu pudło. Każde wybrane zagadnienie z wybranej dziedziny jest w stanie przykuć moją uwagę na 15 minut, jeśli w ogóle.
Nie, nie użalam się nad sobą. Nie przyłączam sie do chórku malkontentów, zgodnie powtarzających, że właściwie to „życie jest do dupy”.
Życie nie jest do dupy. Tylko brakuje mi pomysłów, aby udowodnić to na przykładzie swojego własnego.
Może ta notka jest nudna (i przydługa) i nie wnosi nic nowego do ogółu ludzkich przemyśleń, ale jedno trzeba jej przyznać : pasuje do tego zimniska za oknem.
by jaskrawa
08.12.2004; 00:00
komentuj(2)

o gorączce piątkowej nocy czyli nieznośna lekkość bytu


Znajomi z roku.
Studencka dyskoteka.
Piwo.
…i piwo i piwo, i piwo.
Gówniana muzyka, nasze nogi wstały od stolików i zatańczyły.
Znowu się całowałam z kumplem z roku. To przez tę samotność. Ja Wam mówię.
Eeeeh…ta notka jest równie głupia jak ten klub w którym wczoraj byłam.

by jaskrawa
11.12.2004; 00:00
komentuj(1)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004
grudzień
listopad

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl