no!


Kapitan pewnie za pół godziny będzie z powrotem w domku po pięciodniowej nieobecności. Wreszcie.
Chociaż nie było tak źle. Udało mi się jakoś ogarniać to wszystko, mimo samotnej opieki nad pięciomiesięcznym niemowlęciem, sprzątać na bieżąco, jeść normalne obiady, robić pranie.
A ten niemowlak coraz fajniejszy. Zaczęła już dostrzegać inne przedmioty, nie tylko podsuwane zabawki. Domaga się, żeby jej dać komórkę, pilota od wieży, kanapkę. Gdy ją trzymam na kolanach i przysiądę przy stole, od razu łapie wszystko, co jest na blacie w zasięgu rączek. Zabawki chyba powoli przestają ją interesować. Mądra dziewczynka. Widzi, że grzechotka grzechocze i nic z tego nie wynika. A mama trzyma coś w ręku - to na pewno ma sens, czemuś służy. Trzeba wziąć do łapki, podnieść, posmakować, obejrzeć.
Wczoraj strasznie chciała dostać jabłko. Dostała do łapki kawałek i ssała go przez chwilę. Smakowało najwyraźniej, słodkie, dobre jabłuszko.
Chcę podziękować gościom za odwiedziny, dzięki nim nie zwariowałam przez te kilka dni, bo nie byłam skazana na rozmawianie tylko z niemowlakiem (lub telefonem).
by jaskrawa
01.11.2011; 22:17
komentuj(1)

notkę napisała Marysia


g g k mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm vvytg n vvvbbvv.


(kropka na końcu też jest autorstwa Marysi)
by jaskrawa
02.11.2011; 15:24
komentuj(3)

be free


Ponieważ nie chodzę do pracy, mogę se nosić co chcę. Szkoda tylko, że teraz nie mam już pieniędzy (kiedyś miałam?).
No ale. Z zeszłorocznych kozaków już nie skorzystam. Fajne były, ale niestety nie dla mnie takie buciki modne, bo moja lewa kostka mi się koślawi i po dwóch miesiącach chodzenia lewy but wygląda jak wyciągnięty z kontenera PCK(gdzie leżał zmiażdżony przez coś ciężkiego).
No i co ja mam zrobić? Glany sobie kupię! Zawsze gdy nosiłam glany, to noga mi się prostowała. W żadnych biurowych ciuchach występować nie muszę, zatem pełna dowolność. Pieprzyć kozaki.
by jaskrawa
05.11.2011; 10:41
komentuj(3)

kosi-kosi


Marysia nauczyła się dziś kosi-kosi. Przez ostatnie mniej więcej dwa tygodnie kilka razy próbowałam ją nauczyć, ale kompletnie nie reagowała na moje próby pokazania jej ossochozi. A dzisiaj moja siostra powiedziała raz "kosi-kosi" i zaklaskała w dłonie, a ta od razu zatrybiła. I teraz po mnie też już potrafi powtórzyć.
Musiałam to zanotować, żeby pamiętać! Kosi-kosi to ważna rzecz, bo jest najwyraźniejszym sygnałem, że dziecko potrafi naśladować, że jego ruchy są celowe, że jest świadome tego, że czyjeś ręce i jego ręce to coś podobnego. I tak dalej.
Jeszcze parę tygodni, może mniej i zacznie siedzieć (nie mylić z siadaniem, bo do tego to zapewne długa droga). Już teraz potrafi siedzieć przez chwilę podpierając się własnymi rączkami.
by jaskrawa
06.11.2011; 21:19
komentuj(5)

o życiu


Oni chcieli o życiu. To będzie o życiu.
Lubię swoje życie, mimo że zrobiło się nieznośnie nudne. Poranek - Marysia zaczyna się wiercić w łóżeczku i wzywać nas. Często udaje mi się wypchnąć Kapitana, by wyciągnął dziewczynkę z jej małego wyrka i zmienił pieluszkę, bo po nocy często bywa zasrana i zasikana. Dlaczego wypycham Kapitana? Bo ten, mimo wczesnej pory ma w sobie zwykle dość entuzjazmu by gadać do małej tak, by ta się nie zdenerwowała faktem, że najpierw pieluszka, a mleko potem. Nie może być odwrotnie, bo Marysia często robi w pieluszkę w trakcie lub po śniadaniu, a robienie w przepełnioną oznacza pewne wydostanie się materiału radioaktywnego poza nią (na spodenki - Marysine lub mamy).
Po pieluszce Marysia dostaje cycka do cyckania i wycyckowuje sobie łapczywie ciepłe mleko.
Potem zabawa, spacer spanie. Mama wtedy, ciesząc się z ciepłej jesieni, czyta se na ławce gazetki tudzież książki.
Tak to wszystko płynie leniwie.
Takie jest życie.
Nie mam już zbyt wiele do powiedzenia. Życie zaczęłam tylko przeżywać, ale przeżywać bardziej milcząco, bo to, co przeżywam, nie nadaje się do opowiadania o. A może ja nie potrafię już o tym pisać. Jak opisać uśmiech dziecka, które się właśnie obudziło z przedpołudniowej drzemki i robi idiotyczne miny, słodkie miny, wydaje z siebie kosmiczne dźwięki, cieszy się na swój malutki sposobek...
Boję się śmierci. Boję się rozłąki. Boję się rozdzielenia, rozbicia, brutalnego przerwania, katastrofy, która zburzy naszą małą rodzinę. Wiem, że po śmierci nie będę tego świadoma (powinnam napisać: domyślam się, bo to nigdy nic nie wiadomo), ale mimo wszystko - myśl o tym, teraz, gdy żyję, jest bolesna.
Uderzają we mnie wszystkie nieszczęścia świata.
Myślę jak wiele milionów dzieci, tak małych, niewinnych, ufnie wyciągających rączki, zostało zamordowane, zgładzone, zagazowane, zagłodzone na śmierć. Zostawione.
Chowam twarz w dłoniach i nie mogę pisać dalej.

by jaskrawa
09.11.2011; 16:05
komentuj(4)

a-bababababa!


Sześć miesięcy! To już duży dzieć!
by jaskrawa
15.11.2011; 10:38
komentuj(13)


Śniło mi się dzisiaj, że nie mieszkałam jeszcze z Kapitanem, nie było też Marysi. Byliśmy sobie tylko taką zwykłą parą, która spędza razem dużo czasu i chodzi za rączki, ale trwało to już około dwóch lat, zatem poważny związek. I co? Pewnego dnia Kapitan oświadcza mi, że SIĘ ŻENI. Przyjechała jakaś jego dawna narzeczona z dalekiej podróży i miał się odbyć długo wyczekiwany ślub. Ja - płacz i błagania. Żeby się zastanowił, żeby nie przekreślał wszystkiego, co było między nami, że jak to możliwe, że co, że dlaczego, że przecież my. Straszne! Ale on, jak to Kapitan, chłodno, spokojnie i z ogromną stanowczością w głosie odpowiedział, że to już postanowione, że ślub się odbędzie i koniec. Biegłam. Przez jakiś jesienny park, żółte liście. W parku rodzinki z dziećmi, ludzie szczęśliwi. A ja co? Przekreślone dwa lata, bez sensu zakochana znowu. Wróciłam - prosto do kościoła, gdzie już panna młoda - z walizkami, a w walizce suknia ślubna, jakaś w kwiaty, cygańska taka. Miała się przebrać już na miejscu. Taka drobna była, ciemne włosy, niepodobna zupełnie do nikogo. Kapitan siedział przed ołtarzem, na jakichś krzesłach, wokół niego jacyś jego przyjaciele, nieznani mi obcy ludzie. Wianuszek nie do przebicia. I ja tam weszłam - jak piąte koło u wozu, przepchnęłam się do niego, spojrzałam prosto w oczy i znowu - zastanów się! Jest jeszcze chwila... A on nic, oczy jak kawałki lodu.
Obudziłam się, zobaczyłam białe ściany "naszego" mieszkania, nasze łóżko, pościel w kropki. Kapitan za ścianą z Marysią.
Cały dzień go pytam, czy nie ożeni się z inną.

***

W parku już tak zimno jest, nie chodzi o temperaturę, ale o kolory. Jakoś mgliście. Liści nie ma, nie ma wody w stawie z fontannami. To pierwszy rok od dawna, kiedy mnie to nie martwi. Bo czym tu się martwić? Nie stoję na przystankach, nie zasuwam do biura. Ubieram się ciepło i wędruję sobie z moją córeczką, śpiącą w wózeczku.
Kupiliśmy jej dzisiaj legginsy! Wygląda jak "I'm too sexy for my cat".


***

Na jazdy wracam. Strzeżcie się jutro rano. Nie mam już ani grama tego entuzjazmu, co w zeszłym roku. Chcę to po prostu odbębnić, może się uda. Nie chce mi się jeździć, mylić się, zapominać. Rzygi. Te pierdolone skrzyżowania, lewoskręty, zawracanie na przełączkach, na których chuj wie, gdzie się ustawić.

***

Mam to konto na fejzbuku i w ogóle nie chce mi się/nie mam czasu tam zaglądać. Nie rozumiem, jak można się od tego uzależnić.
by jaskrawa
19.11.2011; 19:35
komentuj(13)

szukamy trochę


Trochę i niespiesznie szukamy mieszkania. Jeśli ktoś wie o kimś, kto sprzedaje, to my je kupimy.
Ja chcę takie:
- w kamienicy albo starym bloku z lat wczesnopowojennych, kiedy jeszcze budowali dość tradycyjnie
- wysokie minimum 3 metry
- trzy pokoje
- najchętniej Stara Ochota, Pieprzony Żoliborz, Stary Mokotów, Twoja Stara, żeby w okolicy najdalej 10 minut piechotą był jakikolwiek park czy coś, nie wyobrażam sobie mieszkania z małymi dziećmi (na Marysi na pewno nie skończy się produkcja obywateli, muszę jej zapewnić siostrę lub brata) w takim miejscu, by codziennie nie można było iść do parku, lub by trzeba było dojeżdżać doń autobusem, oczywiście da się, ale skoro na razie mogę sobie marzyć i życzyć, to sobie życzę
- może być do remontu - i tak chcielibyśmy urządzić po swojemu, zresztą, tu niewiele mam do powiedzenia, bo pewnie i tak wygra ascetyczny Kapitanowy styl, do którego już przywykłam na tyle, że nie tęsknię już za zielonymi ścianami na Poleskiej, duperelami na gierkowskich meblach i nieduperelami, bo przecież piękna figurka Buddy Amitabhy i wizerunki bodhisattwów wcale nie zaliczają się do dupereli , czerwonym biurkiem z czarnym jednym bokiem, bo nie chciało mi się malować z tej strony, z której nie było widać, a potem niestety było widać po przeprowadzce, kiedy to czerwone biurko przestało pasować do pokoju, w którym ściany były zielony groszek, a nie czerwone i żółte, jak w pokoju mniejszym, za tak zwanymi wycinankami i słabymi obrazami mojego autorstwa na ścianach też nie tęsknię
- z balkonem
- jeśli jest winda, to piętro dowolne, jeśli nie ma, to najlepiej pierwsze, drugie to już ostateczność
A Kapitan chce kupić jakieś mieszkanie na nowym osiedlu, ble. Wybijcie mu to z głowy! Nowe osiedla nie mają tego, na czym mi zależy:
- duszy
- drzew (może jakieś małe, posadzone, które urosną wtedy, gdy my już się pokurczymy)
- klimatu
- są daleko od wszystkiego
Jakby ktoś coś wiedział, to dajcie znać.
Oczywiście ja najbardziej chcę dom i wiochę, ale dojeżdżanie ze wsi czterdzieści minut zatłoczoną eskaemką (do której najpierw trzeba dojechać pewnie kilka kilometrów... pewnie rowerem... zimą (nawias w nawiasie - zimo, wypierdalaj już pod koniec stycznia)), z dzieciakami jak winogrona uwieszonymi spódnicy, nie bardzo mi się uśmiecha. A na działkę gdzieś bliżej jesteśmy za biedni.
Może ja sobie źle to wyobrażam, może da się. Nie wiem. Wiem jedno - koleżanki z liceum, które mieszkały poza miastem i codziennie dojeżdżały tak zwanymi przez nie wieśkowozami (jeżdżącymi raz na godzinę) do domu, miały trochę przejebane. Nie wiem, czy chciałabym skazać na to moje dzieci. Oczywiście pod innymi względami miały sto milionów razy lepiej - własny ogródek, w którym można się opalać, latać, biegać, szukać ślimaków po deszczu, zjeść śniadanie na trawie, zjeść truskawkę z krzaczka, no ale... Zresztą nie wiem, może trzeba by się zastanowić, przemyśleć. Może ktoś tak mieszka i mnie przekona? Mnie, mieszczucha zatwardziałego.
Mareckiego argument za domkiem na zadupiu: "Zbudujcie dom! Będę do was przyjeżdżał!"
Przekonało was to?
by jaskrawa
22.11.2011; 15:17
komentuj(7)

ząbek


Jest pierwszy mały ząbek! Dolna prawa jedynka.
Noce bywają trudne.

EDIT: Idą, kurwa, dwie dolne jedynki na raz... Biedny dzidziol. Dostała dzisiaj pierwszy w życiu środek przeciwbólowy! Już od małego uczymy gówniarę, że jak boli, to trzeba łyknąć pigułę i od razu życie nabiera sensu (chociaż na razie jest to płyn o smaku pomarańczowym). He he he [złośliwy chichot wyrodnej matki, eks-prawie-lekomanki, patologicznej, nieodpornej na bóle histeryczki, fanki niepierdolu łykanego kiedyś garściami i innych leków, popijanych potem wódką, a czasem i zielem fajkowym, ale to były dawne czasy i przypadki rzadkie, dziś jest na śniadanie siemię lniane - no tak, żołądek dawno rozwalony - z jogurtem naturalnym i świeżymi owocami i pestkami, zatem kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień]!
by jaskrawa
23.11.2011; 20:14
komentuj(10)

co byście zrobili?


Wychodzimy dziś z Ikei, Kapitan upycha do samochodu regał na książki, a ja obserwuję, jak do samochodu nieopodal pakuje się sympatyczna para z dziećmi. Samochód niewielki, ale wygląda na nowy i zadbany. Ludzie na pewno są muzułmanami, co widać po śniadej urodzie i kolorowej chustce, zakrywającej twarz kobiety. Mówię o tym, bo może ma to znaczenie w całej historii, a nie dlatego, że mam coś przeciwko muzułmanom czy emigrantom w ogóle, bo jak mnie znacie, to wiecie, że nie mam. I co widzę? Na tylne siedzenie gramoli się chłopczyk, lat może cztery, może pięć, może trzy, a z przodu matka bierze drugie dziecko - dzidziusia może ośmiomiesięcznego - na kolana. I tak trzyma to dzieciątko, gdy ruszają. Krew mi się zagotowała, niemal bez zastanowienia zadzwoniłam na policię i opowiedziałam o tym, co widzę, podając miejsce, numer rejestracyjny, markę.
Kapitan twierdzi, że to było zbyt pochopne i nie powinnam dzwonić, bo nie znam sytuacji tych ludzi - że skoro nie są to Polacy (dlatego właśnie wspomniałam, że to ludzie Wschodu), to może nie jest to ich samochód, tylko wynajęty i nie mają jak inaczej przewieźć dziecka, że w krajach arabskich jest zupełnie inna kultura jazdy i tak dalej.
A ja pytam - nawet jeśli, to co z tego? Są w Polsce i obowiązują ich polskie przepisy. Gdyby łamali je w niemal każdy inny sposób - olałabym to, niech każdy pilnuje swojego nosa. Ale jeśli chodzi o malutkie dziecko, przewożone z przodu, na kolanach, bez żadnego zabezpieczenia, ruchliwą, kilkupasmową drogą, to ja się na to nie zgadzam. Policia przyjęła zgłoszenie, podziękowała. Może zareagują. Może złapią, wlepią mandat. Może ci rodzice się zastanowią i następnym uchronią dziecko przed niechybną śmiercią w razie jakiejś stłuczki.
Co byście zrobili? Zadzwonili czy uznali, że to nie wasza sprawa? Bo ja już sama nie wiem.
by jaskrawa
30.11.2011; 00:36
komentuj(14)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl