weź się ogarnij


Nie mam profilu na facebooku.
Nie wiem, o co chodzi z tym śledzikiem. Ktoś wie? Widziałam na demotywatorach (piekąc ciasto, ciasto wyszło dobre, ale podobno za bardzo jebie zapachem rumowym) żarciki nt. śledzika. Ki diabeł? Myślałam, że to czyjaś ksywa czy coś.
Czy jestem normalna, droga redakcjo?

Wróciłam do pracy i muszę Wam pedzieć, że wcale mi się to nie podoba. Podoba mi się jednak to, że następna wypłata będzie zupełnie normalna. Żadnych L4 ani urlopów bezpłatnych.
Nagle moja PEŁNA wypłata wydała mi się taka duża i fajna. Nawet za to polubiłam pracę.

Wszyscy są w ciąży, a ja sobie rower kupuję, szukam bardzo dobrych i megakurwaprofesjonalnych butów (stare pochowałam w koszu na śmieci w Helsinkach) i czytam ukradkiem o trasach trekkingowych w Nepalu, zamiast się uczyć. Episteme leży na półce i gapi się złośliwie. Trochę podkuwam, ale za mało, niewyczerpane są zasoby głupoty we mnie.
Ciąża chyba jest fajna, bo płacą ci sto procent na L4 i można się wreszcie zacząć życiowo realizować (tzn. cały dzień czytać książki, łazić po manowcach i opierdalać się), ale te mdłości, ból kręgosłupa, no i potem to całe dziecko... Eeee... To na razie nie dla mnie.
Jutro idę do dentysty na trzecią operację pewnego zęba. Fajnie, jak już mało wierci (wwierciła się już chyba do samego środka dolnej szczęki, przypuszczam), a więcej grzebie i dłubie. Jakoś przeżyję. Może.
Życie stało mi się ostatnio miłe, mimo braku dyplomu.
Napawam się jednak myślą, że do końca studiów magisterskich (sic!) zostały mi jeno 3 egzaminy, dokończenie licencjatu i napisanie magisterki, bo pozwolą mi za rok odwalić dwa lata wyroku w jeden. Chyba naprawdę kiedyś skończę te studia.
by jaskrawa
05.10.2009; 21:35
komentuj(9)

to se, kurwa, polatałam


U dentystki było bardzo milutko. Znowu przeżyłam jakoś godzinę dłubania w zębie. Matko, leczenie kanałowe to prawdziwy pokaz narzędzi stomatologicznych. Ja nie umiem zamknąć oczu i nie patrzeć, jak ta kobieta wkłada mi do ust jakieś kilkucentymetrowe igły, a one znikają gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku, czyli prawdopodobnie w moim zębie. Widząc ich długość, spodziewam się zawsze, że wyjdą po drugiej stronie, przebijając mi podbródek.
To, co stało się zaś na końcu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Moja pani doktor włożyła do środka jakieś metalowe ostre narzędzie, poczułam lekki ból, a następnie zobaczyłam siwy dym unoszący się ze środka. Ona coś tam przypalała! Ja pierdolę.
Spoko. Zakleiła zęba jakimś kolejnym tymczasowym betonem i zawyrokowała, że teraz trzeba odczekać kilka tygodni i zobaczyć, "jak ząb się będzie zachowywał".
Tzn. co? Miałam ochotę zapytać, czy to oznacza, że ząb zacznie brać narkotyki i wracać na bani do domu albo odwrotnie - zmywać i wynosić śmieci?
Najgorsze jednak nastąpiło później.
Powiedziała, że teraz będzie trzeba zęba odbudować (znaczy się dokleić brakującą jedną czwartą, którą wcześniej była spiłowała), a taka korona ma kosztować tysiąc złotych.
Co?
Fotel się pode mną ugiął i miałam ochotę spektakularnie zacząć krzyczeć, płakać i tupać.
Uśmiechnęłam się jednak ładnie i sobie poszłam, płacąc po drodze w recepcji za dzisiaj.
Spacer do pracy przebiegł w ponurej atmosferze.
Miałam sobie kupić rower w promocyjnej, jesiennej cenie.
Jak tu żyć? No jak tu żyć?
Może padłam ofiarą jakiejś dentystycznej mafii?
Potem pomyślałam jednak, że przyjmę to wszystko ze spokojem i zostanę mistrzem zen. Tak jest o wiele lepiej!
by jaskrawa
06.10.2009; 19:13
komentuj(7)

już za dwie godzinki!


Przyjeżdża moja mamusia i moja sio. Umieram z radości, bo obie kocham nad życie, a nie widziałam ich już chyba z miesiąc.
Dobra, to ten, ja spadam nakarmić bluekoty, bo Marecki się na weekend wyrwał z tego cholernego miasta.
Widzieliście taki film Dark City? Tam jest miasto na takiej skale unoszącej się gdzieś w kosmosie, miasto zajmuje całą tę wysepkę, a otoczone jest wysokim murem. Uliczki, które docierają do muru, to po prostu zwykłe, ślepe uliczki. Nikt z mieszkańców nie podejrzewa, że dookoła zieje pustka. W dodatku ciągle jest noc, bo jacyś kosmici sterujący miastem cofają czas czy coś tam. Najlepsze jest jednak to, że mieszkańcy wcale nie wiedzą, jaka jest ich sytuacja, wydaje im się, że przemieszczają się, wyjeżdżają na wakacje, mają wspomnienia z dni słonecznych, plaż i gór. Tylko te wspomnienia też są im wszczepione w mózgi przez kosmitów, a ich treść jest iluzją.
Zawsze gdy długo tkwię w Warszawie, myślę o tym filmie.
by jaskrawa
10.10.2009; 11:34
komentuj(5)

nie mam kiedy czytać książek


Codziennie rano powtarzam sobie, że muszę być twarda. Jestem. We wtorek egzamin i nie ma, że boli. Chociaż boli.
Jest festiwal filmowy, jest brzydka jesień (eee? ja bym powiedziała, że to jakaś pieprzona pseudozima, pseudo, bo śnieg napadał i się stopił), idealny czas na to, by owinąć się kocykiem i wsadzić nos w książkę lub iść po pracy do kina. A potem wsadzić nos w książkę. Lub też przyjść z pracy, zjeść obiadek, a potem wsadzić nos w książkę. Może być też pójście do kina, a po powrocie obejrzenie czegoś z wypożyczalni w domu. Chociaż fajne byłoby też pójście po pracy na jakieś dobre żarcie, a potem siup do kina. Jeśli starczyłoby czasu, to nos w książkę lub sen.
Cokolwiek, kurwa!
Bo u mnie dupa. Zakazane wszelkie rozrywki, zabroniony relaks dłuższy, niż pół godziny po pracy i zjedzeniu czegoś gotowanego. Wiem, że jeśli teraz trafiłabym na cokolwiek wciągającego do czytania, pomyślałabym "pierdolę to" i wcale nie miałabym na myśli książki...
Nie mam zatem nic ciekawego do powiedzenia, ponieważ moje życie polega głównie na:
A) spaniu
B) wykonywaniu obowiązków zawodowych/szkolnych
C) jedzeniu i krótkich rozmowach z Kapitanem

Najzabawniejsze jest jednak to, że nadal, uparcie i nieskrycie jestem szczęśliwa.
Błogosławione niech będą ciepłe czarne koty.
by jaskrawa
14.10.2009; 19:38
komentuj(6)

byle do kiedyś, które będzie lepsze, niż teraz


W piątek praca dokopała mi z obu glanów jednocześnie. Świadkiem tego był nasz firmowy kurier, który niechybnie byłby miłością mojego życia, gdyby był trochę młodszy i nie spotkał miłości swojego życia. Okazyjnie zabrałam się z nim do klienta i musiał wysłuchiwać mojego biadolenia o tym, jak bardzo nie mam siły. Na szczęście udało mi się w końcu opamiętać i zmienić temat na "góry, podróże, kupowanie kampera". Wysiadłam z jego samochodu w nieco lepszej formie psychicznej, niż ta, w której byłam, wychodząc z biura.
W biurze było gorąco, mało czasu na przygotowanie dokumentów, strasznie przykre niespodzianki ze strony klientów, jakieś błędy w systemie, bieganie tam i siam, telefony telefony, awaria, stres i nerwy.
Ok. 18tej przyszłam z roboty i miałam ochotę na łóżko i piwo (mogło być samo łóżko), ale mieliśmy gościa, na szczęście sympatyczną i fajna dziewczynę. Mimo wszystko ledwo dotrwałam w pionie do jej wyjścia.
Mam dość po raz kolejny. Uciekać i nie wracać, powiedzieć "a ja mam to w dupie" i wyjść, w koszulce z napisem "i chuj". Pobiec gdzieś z zatkanymi uszami, śpiewając "lalalallalala, nie słyszę", gdy ktoś będzie próbował mnie zatrzymać.
Jeszcze kilka miesięcy i umrę, naprawdę. Ciągle boli mnie żołądek, pojawiają się mdłości na myśl o poniedziałku. Staram się jakoś trwać, pracować, zaciskam zęby codziennie rano, w pracy wlepiam wzrok w komputer i pracuję, notuję, zapisuję, zaznaczam, ustawiam przypominajki, dzwonię i robię sobie tabelki, spinam się, żeby nikogo nie zabić, żeby się uśmiechać uśmiechem robota. Wychodzi, chociaż mam wpadki-napadki wkurwa, kiedy muszę po prostu wyjść do kibla i posiedzieć na opuszczonej klapie, zaciskając kciuki na skroniach.
Ile jeszcze?
Po powrocie nauka. Nie wchodzi, jakbym wlewała wódkę do żołądka, który już dawno jest wyżarty przez wódkę. Dekoncentruję się, miotam.

Maciek jest w ogóle nieobecny duchem, jakby gówno go to wszystko obchodziło.
Wiem, że to nieprawda, ale jednak boli to wrażenie.
Może mnie już wszystko boli, może moja percepcja uległa uszkodzeniu, a najpewniej mam obniżony próg odporności na ból.
Sukcesem tego weekendu jest fakt, że przeżyłam tylko jedno małe załamanko nerwowe i raz się splamiłam łzami, ale to i tak nieźle. Stosunek jedna godzina przepłakana do czterdziestu siedmiu nie.
Dobranoc, kurwa (jak kiedyś powiedziała Filli)
by jaskrawa
18.10.2009; 21:23
komentuj(3)

wyluzuj


Ja się proszę, weź się w garść. Jestem kłębkiem smutku, zmęczenia i lęku.
Pewnie tak będzie, póki nie złożę tego cholernego indeksu, a sprawa nadal się przeciąga.
W dodatku przyplątał się już drugi w tym roku Wirus z Chuja.

Weekend spędziłam w Łodzi i zaliczyłam ślub oraz małą poślubną imprezkę. Żadne tam wieś-wesele, ani żadne ą ę, za to była wódka, wino, pizza i ciacho w małym, wesołym gronie. Bardzo miło, zwłaszcza, że nie znałam nikogo, poza panną młodą. Maciek powiedział mi ostatnio, że jestem towarzyskim mistrzem świata. Skromnie powiem, że przesadza, bo czasem w ogóle nie mogę się wśród ludzi odnaleźć, ale coś jest na rzeczy.

Moja sio w czerwcu będzie miała dziecko! I to własne! To znaczy zanosi się na to, że sama je urodzi, bo dziecko już rośnie od kilku tygodni w jej własnym ciele. Moja sio to mistrzyni świata w planowaniu rodziny. Chciała, żeby jej dziecko zostało poczęte w jej ukochanym miejscu w Polsce. Jak chciała, tak zrobiła. We wrześniu pojechała ze swoim wielkim chłopem do Zakopanego i zabrali się za robotę. Po robocie poszli sobie na Świnicę. Brawo, nie?

Jutro poniedziałek, ale obiecuję, że będę dzielna.
by jaskrawa
25.10.2009; 20:18
komentuj(9)

paraaagon....... wszyściutko!


Taki tekst usłyszałam na pożegnanie od kasjera w kerfurexpres. Do dziewczyny, która stała za mną, powiedział dokładnie to samo. Mimo wszystko ta taśmowa, przerysowana i podkreślona powtarzalność była urocza, zaś zestawienie słów oryginalne.
Każdą pracę można wykonać z fantazją.
Już wiem, co chcę na Gwiazdkę. Gitarę i wielką paczkę krówek.

Siedzę w domu i marnuję czas. Jakie to jest, kurwa, przyjemne! Trochę się uczę, a trochę nie, coś tam dziobnęłam w kwestii sprzątania, przebiegłam sobie rano pięć kilometrów wśród spadających liści i słonecznych promieni. Doprawdy, kochani moi, nie chcę słyszeć nic o depresji, wyjdźcie sobie w słoneczny poranek i przebiegnijcie chociaż kilometr, a jeśli nie możecie biegać, to spacer albo jakikolwiek ruch na zewnątrz!
Czytam sobie jakąś starą książkę o Holandii, nie wiem, skąd Kpt. Marchewa ją wytrzasnął, ale jest boska. Wszystko o tym, jak to Holandii nie stworzył Bóg, ale Holendrzy.
Wczoraj skończyłam Córkę smutnego szatana - biografię Stanisławy Przybyszewskiej, książeczkę o wyraźnie dokumentalnym charakterze, jednak napisaną językiem odpowiednim dla epoki, wyrażającym w pełni wrażliwość bohaterki, jej niepokoje i bóle egzystencjalne. Wydanie zawiera również kilka listów, pisanych przez nią, a świadczących o jej ogromnej inteligencji, literackim talencie, spostrzegawczości, odwadze wypowiedzi i niespotykanej erudycji. Polecam, gdyby ktoś szukał inspiracji albo leku na słomiany zapał i intelektualne rozleniwienie. Ach, w tamtych czasach edukacja młodzieży z nie najgorszych domów to było coś. Języki perfekt obowiązkowo, klasyka literatury w oryginale. Nie to, co teraz, nic nie trzeba, nic nie musisz, odwalcie się od biednego ucznia, przecież ma dysleksję.

Czytać się chce, czytać, a tu nie można, bo trzeba się uczyć.
by jaskrawa
31.10.2009; 17:42
komentuj(14)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl