reality is dawning


Sny mam ostatnio kompletnie odjechane. Czasem zabawne, czasem wręcz tragiczne. Kilka dni temu śniło mi się, że była jakaś straszliwa wojna. Samoloty zrzucały bomby na domy. Biegaliśmy, usiłując się ukryć, połapać jakoś dzieciaki, które się ciągle gubiły, trwoga, rozpacz, paniczny strach, by nie stała się małym krzywda... A dla wielu ludzi na tym smutnym świecie to przecież nadal rzeczywistość...

Inny sen: Spotkałam gdzieś Eddiego Veddera. Eddie - jak się można było spodziewać - okazał się bardzo miłym facetem. Szliśmy w jednym kierunku i już po minucie żałowałam, że go spotkałam, bo nie miałam pojęcia o czym z nim gadać. Przecież, kurna, nie jestem na bieżąco z muzycznymi dokonaniami jego wspaniałej kapeli. Small talk o pogodzie i życiu jakoś się nie kleił. Byłam zła na siebie, że właśnie marnuję niepowtarzalną szansę, by jakoś sensownie wykorzystać taką okazję do zawarcia znajomości z gwiazdą światowego formatu.
Mimo drętwoty naszej rozmowy Eddie nadal uśmiechał się miło, jak typowy Amerykanin. Na szczęście po pewnym czasie z pomocą przyszedł mi Kapitan, który jakoś się napatoczył. Przywitał się grzecznie z Eddiem. Eddie trochę się ożywił i znienacka zaczął opowiadać o swoich kłopotach budowlano-remontowych z jakimś tam oknem w jego nowym domu. Kapitan, jako człowiek, który przed budową naszego domu przeczytał cały internet i trochę się zna na tych sprawach, zaczął udzielać Eddiemu jakichś porad. Po kilku minutach już żywo dyskutowali, jaki silikon będzie najlepszy. Spoko. Mogłam nadal cieszyć się towarzystwem pięknego i sympatycznego Eddiego i słuchać jego kojącego głosu, ale nie musiałam wkładać w to żadnego wysiłku. Mimo wszystko odczułam pewien rodzaj ulgi, gdy w końcu się obudziłam.

Poza snami szkoda gadać.

by jaskrawa
08.01.2017; 12:40
komentuj(3)

I can't wait all night for you to tell me...


Rok się zaczął, nie ma co. Niby żadna tragedia nas nie dosięgła, ale trudno ostatnie dni uważać za szczególnie udane.
I wiecie co? Przerasta mnie już to wszystko.
Młoda kaszle jak astmatyk. Do lekarza umówienim, ale trzeba czekać. Inhalacje, nocne pobudki, nocne syropki na ataki kaszlu i lepszy sen. Dziecko marudne, maaamoooo, ucho mnie znowu swędzi. Maaamoooo, zaniesiesz mnie na górę?
Do ucha neomycyna. Źle, ale cokolwiek. Już tak robiliśmy, awaryjnie. Działa, jak cośboli.
Noc, wcale nie wyjątkowa - poszłam spać późno, bo roboty od cholery, a te małe kładą się coraz bardziej w nocy, a coraz mniej wieczorem. Zaraz pobudka, wyjść spod ciepłej kołdry do zimnego powietrza, bo powietrze musi być zimne przy dziecku kaszlącym astmatycznie. Prawie z płaczem lezę do Jaśka, bo spałam w ciuchach, z laptopem w sypialni. Jasiek płacze, bo brzuszek czy coś. Najpierw twierdził, że ząb. Nie wiemy. Noszę, łażę w samym tiszercie po zimnym domu. Młody wtula się i śpi, ale zaraz znowu pobudka. Cośboli. Jakby sikanie. Pakuję w niego furagin i nurofen, śpimy w końcu.
Za jakiś czas budzi mnie pokasływanie młodej. Wychodzę w ziąb, syropek na posterunku.
Za jakiś czas budzi mnie rzyganie kota. Kot rzyga głośno, a potem zagrzebuje łapką rzygi, drapiąc po panelach. Potem próbuje wejść do pudeł w garderobie. Myślę o wielu setkach sposobów na zamordowanie kota.
Za jakiś czas budzi mnie obudzenie się młodej. Zaraz zasypia, a ja sobie pozostaję w swojej bezsilnej złości. Niewyspana tak bardzo, że wiedząc, że została mi jeno godzina do planowanej pobudki, jestem zbyt załamana, by zasnąć.
Mama przyjechała, bo młody musiał zostać w domu (w przedszkolu bryndza z jednym babsztylem i póki nie wyjaśnię, postanowiłam Jasiola nie zaprowadzać). Spoko w oko. Nomen omen, bo młody w drugiej części dnia wpakował mamie palec w oko. Powieka spuchła.
Jutro więc - być może - w planach: latanie z matką po pogotowiach, gdy bezwzględnie powinnam być w pracy.
Rano rozstanie z młodym - jednak - i zostawienie go w przedszkolu - niewyspanego i nieszczęśliwego. Chyba że babcine oko w nocy uzna, że nie będzie robiło nam dodatkowych trudności i się cudem zagoi. Żałuję, że na modlitwie o cud zawiodłam się już dawno temu.
Zatem jutro kolejny cudowny dzień, a wszystko po nocy, którą oczywiście, jak zwykle ostatnio, prześpię w wielu ratach. Potem robota i tradycyjny czwartkowo-piątkowy kołowrotek chomiczy. Tyle że to doprawdy relaks w porównaniu z marudzeniem dzieciorów, ubieraniem ich w sto warstw i słuchaniem, co mówią - jak zwykle oboje na raz.
Na życie w ogóle nie ma czasu.
Wracam do pracy, już prawie jutro.


by jaskrawa
11.01.2017; 23:16
komentuj(2)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl