2014


To był trudny rok, choć mocno przełomowy i owocny. Najważniejsza sprawa - urodził się Jasio. Cóż, dwoje dzieci to jednak hardkor, biorąc pod uwagę, że pierwsze jest jeszcze całkiem małe, gdy rodzi się drugie. Po fantastycznym porodzie - godziny zmęczenia, niewyspania, bolących pleców, gdy trzeba było z energiczną trzylatką biegać po placu zabaw, a mały braciszek miał kolki i budził się po dziesięciu minutach spaceru. Gdyby nie chustowanie, byłoby z nami krucho. Tyle, że plecy mam zdruzgotane i już zacieram rączki, czytając newsy o egzoszkieletach. Zwłaszcza. że stary ciągle był na budowie. Tak bardzo chcieliśmy mieć to już z głowy, a tak bardzo nie było czasu na ukończenie domu, że prawie umarłam. Mimo wszystko - jestem z niego cholernie dumna. To znaczy bardziej ze starego, niż z domu, bo dom to nie moje dzieło, ja po prostu akceptowałam (albo nie) pomysły Kapitana. Ale z domu tez jestem dumna, bo całkiem ładna nam stodoła wyszła. Tym bardziej jestem dumna ze starego, bo jest naprawdę dzielnym, mądrym i twardym facetem, który potrafił połączyć pracę, kręcenie się po budowie i jeszcze stanowił realne wsparcie w domowym sajgonie. Taki chłop to skarb i jeśli kiedyś dojdę do wniosku, że jest inaczej, możecie mi nakopać. Mimo że czasem ja mam ochotę nakopać jemu (zapewne nie mniej niż on mi). Mimo wszystko - przetrwaliśmy to JAKOŚ i to jest wyczyn. No, ale nie chwalę dnia przed zachodem słońca, wczesne dzieciństwo naszych pociech nadal trwa i wyrwiemy jeszcze wiele włosów z głowy. To znaczy ja wyrwę z głowy, bo Kapitan to już tylko z brody może rwać.
Latem trochę oddechu, jak to zwykle latem. Przynajmniej nad morze pojechaliśmy, gdzie dwie kule u nogi ciągnęliśmy po równo we dwoje, dzięki czemu miałam jakąś namiastkę odpoczynku.
A jesienią przeprowadzka. Trochę spontanicznie wyszło, choć może się wydawać, że ostatnie, co można powiedzieć o długo wyczekiwanej przeprowadzce do domu budowanego przez półtora roku, to to, że była spontaniczna. A jednak.
No i nowego kompa sobie sprawiłam! Kocham go, jest taki fajny!
Wreszcie finał, jedyne możliwe ukoronowanie roku spod znaku Rodziny - rodzinne święta w nowym domu, gwarne, wypełnione głosami dzieciaków, którym załatwiliśmy nawet prawdziwego św. Mikołaja. Zdradzę, że został nim Sąsiad Disco Polo i naprawdę wspaniale wszedł w rolę. Jak na lewaków, mieliśmy naprawdę święta po bożemu.
by jaskrawa
02.01.2015; 13:56
komentuj(0)

postanowienia noworoczne


A co mi tam, i tak nie dotrzymam, więc można.
W notce podsumowującej, oczywiście, jak ostatnio wszystko, pisanej na szybko, zapomniałam o dwóch istotnych sprawach - sukcesach minionego roku.
Pierwszy - wiosenny - wygrałam z konowałami. Wyszło na moje. Okazało się, że moja intuicja (podparta czytaniem zagramanicznych publikacji medycznych! je je je!) pomaga mi leczyć (się!) lepiej niż lekarz. Sama dobrałam sobie dawkę leku (na podstawie wcześniejszy ch rezultatów leczenia, sprzed roku) i monitorowałam swoje wyniki. Oczywiście nie twierdzę, że pomoc lekarza była zbędna. Nie była. Gdyby nie lekarz, nie miałabym recepty, hy hy hy, poza tym cóż, mój stan był dość poważny i wcale nie miałabym odwagi WCALE nie iść do lekarza. Prawda taka, że prawie wyciągnęłam kopyta z powodu szalejącej tarczycy - i oczywiście to lekarz pomógł mi się wygrzebać z tego stanu. Ale - potem sama zarządziłam swoim leczeniem. Przede wszystkim - zmierzając do sedna - nie dałam sobie wkręcić, że koniecznie jest przerwanie karmienia piersią. Po prostu nie mogłam się pogodzić z faktem, że przez kolejne wiele miesięcy będę musiała kupować jakieś cholerne mleko, podczas gdy sama je mogę wyprodukować. Nie mogłam ogarnąć tego, że parę tygodni leczenia ma całkowicie pozbawić mnie możliwości wykarmienia własnego dziecka. Lekarz zapowiadał, że leczenie potrwa wiele miesięcy, ale w to też nie wierzyłam. I miałam rację. Po trzech miesiącach brania leków (przy dalszym karmieniu piersią), w mniejszej dawce niż powinnam (tak czy owak bezpiecznej dla dziecka), rzuciłam to w cholerę, i mimo że od tego czasu minęły już kolejne trzy miesiące, nic mi na razie nie jest. A nawet jeśli Graves i Basedow wrócą, o wiele łatwiej będzie mi rozegrać sprawę z karmieniem teraz, gdy młody ma już rok. No i hurra, udało mi się postawić na swoim, przeżyć i jeszcze odkarmić małego. Ciekawe co będzie się działo dalej. Owszem, teraz jakiś lekarz mógłby powiedzieć - kobito, mogłaś migotania komór dostać. Tak tak, mogłam, ale postarałam się, aby to ryzyko wykluczyć - przecież leki jednak brałam, co tydzień biegałam się kłuć - i widziałam, że wyniki poprawiają się, a ja czułam się z dnia na dzień lepiej, a w dodatku co tydzień biegałam na wizytę do endo, który widział, że rzeczywiście jakoś się trzymam. I spoko. Słuchajcie lekarzy, ale ufajcie swojej intuicji, gdy lekarze rozmijają się z logiką. Poza tym trzeba samemu grzebać w necie i szukać mądrych publikacji.

Druga sprawa - robota. Udało mi się znaleźć pracę, którą mogę wykonywać w domu, z czego jestem niezmiernie dumna. Wprawdzie byłoby fajniej móc pisać o ludzkich porach, a nie o drugiej w nocy, ale co tam. Jeszcze nie jestem taka stara, by w nocy tylko spać.

Zatem teraz postanowienia noworoczne:
Znaleźć chociaż pół godziny dziennie na bieganie.
Pracować nadal, mimo że jest pod górkę, w związku z chronicznym nieodczasem.
Nie przejmować się pierdołami.

by jaskrawa
04.01.2015; 01:46
komentuj(3)

jeże


Wiem, opisywanie snów to straszna nuda. Ale ten MUSZĘ, bo na samo wspomnienie pękam ze śmiechu.
Śniło mi się, że pojechałam z dziećmi do Warszawy. Jedno dziecko pod pachą, drugie gdzieś w wózku. Łaziłam po ulicach jak taka typowa Matka Polka, obwieszona bagażami, dziećmi i worami pod oczami. Wtem (!) - JEBUT! Dzieci, tak zupełnie niespodziewanie, niezapowiedzianie i bez sensu, zamieniły się w dwa jeże. Dziwi mnie to teraz, że we śnie nie zadziwiło mnie to ani trochę. Przyjęłam ten fakt zupełnie spokojnie. Z jeżami było zupełnie wygodnie iść, to małe zwierzątka, pochowałam do torby... Później uznałam, że należy im się spacer, puściłam gdzieś na trawnik. Niestety dzieci-jeże uciekły mi do jakiejś rury kanalizacyjnej. Spokój znikł, zaczęłam wzywać pomocy. Krzyczałam - Ludzie, ludzie! Uciekły mi dzieci, wpadły do rury, o tu! Przechodnie, przerażeni, zaczęli wzywać straż pożarną i policję, pytają - Jak to się stało, że się dzieciaki tu zmieściły? Ja na to - A bo moje dzieci zmieniły się w dwa jeże. Co na to przechodnie? Cóż, wiadomo. Co byście zrobili, gdyby wam jakaś krzycząca baba na ulicy zaczęła opowiadać takie rzeczy?

by jaskrawa
08.01.2015; 13:37
komentuj(4)

jak co roku...


Początek stycznia. Jak zwykle - tradycja rządzi. Noworoczne postanowienia, życzenia wszystkiego dobrego, serdeczności. Kilka dni później - znów jak zwykle - wylew pomyj. Rzygać się chce. Kopiowanie wyrwanych z kontekstu tabelek, wykresów etc.. Ach, jacy oni dociekliwi i sprytni. Nie szkodzi, że są sprawozdania finansowe. W dupie z nimi. Na pewno są sfałszowane. Zaś NASZE dane nie są na pewno sfałszowane, a moja prawda jest mojsza niż twojsza.
Już najbardziej rozwala mnie porównanie z Caritasem. Bogu ducha winnym! Marnych ma ambasadorów ten poczciwy Caritas. Bo jestem pewna, że część powie teraz "takiego wała, skoro robicie porównania, to ja na Caritas płacić nie będę". Smutne.
Czy to, że jakaś fundacja działa prężnie i skutecznie, oznacza, że inne nie mają prawa nic robić? Czy Caritas ma jakiś monopol na dobro? Nie. Więc w czym problem z tym Caritasem? Dlaczego sobie wycierają nim gębę?
Już kiedyś pisałam - ktoś porównuje koszty "nakładcze" itd.. Ale jak można to w ogóle porównać, skoro Caritas to fundacja działająca na ogólnie pojętym obszarze Kościoła - wspierana przez Kościół, zarówno jeśli chodzi o reklamę jak i "lokale" zbiórek. Więc NIE MA tych kosztów inwestycyjnych. Takie porównania są więc zupełnie bez sensu, bo nie da się tego porównać. Nie będę wypisywać zaś, ile KK dostał od państwa i ile ja, podatnik, ateistka musiałam dołożyć do ich kieszeni. Nie piszę, bo to żałosne. Co do wydatków TVP - cóż, już też o tym pisałam - to tylko telewizja. Mają prawo pokazywać to, co się ogląda, sprzedając czas antenowy reklamodawcom. Gdy pokazywali zakłamanego Pospieszalskiego, to było ok? Gdy pokazują programy katolickie... itd.... to jest ok wobec niewierzących? Ale nie, ja nie jestem hejterem. Telewizji nie oglądam i tak.
Po raz kolejny - WOŚP to jedna z wielu istniejących w Polsce fundacji. Sam Owsiak nie raz mówił - nie podoba wam się, nie wpłacajcie. W czym jest problem?
Smutne.
I po raz kolejny - o tym też już pisałam. Moje dzieci miały przesiewowe badanie słuchu dzięki sprzętowi kupionemu przez WOŚP. Gdyby nie to, badania słuchu nie byłoby. Amen.

by jaskrawa
11.01.2015; 20:21
komentuj(7)

run, Forest...


Biegałam, biegałam, biegałam! Pięć kilometrów, wprawdzie zajęło mi to dwa eony, ale liczy się fakt. Ponieważ więcej dzieci nie zamierzamy, to jest nadzieja, że teraz to już z górki w kwestii regularnego sportu.
by jaskrawa
13.01.2015; 13:28
komentuj(9)

o nowościach


A dziś uszyłam pierwszą w życiu RZECZ. Mama trochę pomogła, ale generalnie ZROBIŁAM TO! Pękam z dumy, mimo że efekt nie jest specjalnie porywający, ale to raczej wina materiału. Bo szyłam torbę z czegoś, co zdecydowanie się na nią nie nadaje, to znaczy ze starych apaszek. Ale chciałam pokazać Marysi zasadę działania maszyny (zastanawiała się wcześniej, do czego służy ta tajemnicza maszyna, którą mamie przyniósł św. Mikołaj), a przy okazji przekonać się, czy dam radę szyć mniej więcej prosto. Mam wprawdzie kilka rzeczy, które nadałyby się lepiej, ale zachowuję je na później, gdy nabędę trochę wprawy. No i źle nie jest, jest nawet lepiej niż myślałam. Myślałam, że będzie tragicznie, dym, jeb, przeszyte wszystkie palce, ogromne dziury w materiale, poplątane nici na głowie duszą mnie, a ręka noga i mózg na ścianie. Jednak nie. Młoda nosi teraz to torbiszcze w stylu "podróba sklepu india" i chowa doń jakieś swoje skarby. Fantastycznie!
Nie zamierzam teraz zakładać firmy "krawiectwo artystyczne", raczej chcę móc tanio naprodukować poduszek dla dzieciorów, może zasłony odważę się podszyć... Kto wie. Wish me luck!
by jaskrawa
21.01.2015; 18:12
komentuj(10)

o lataniu


To se, kurwa, polatałam.
Gardło mnie boli i kaszlę.

Zjebany tydzień tak w ogóle, ale szkoda gadać. Spać trzeba iść, bo mam suche oko i ono źle reaguje na kompa.
Życie jest głupie, bo człowiek nic nie wie na początku, właśnie wtedy, gdy powinien podjąć mnóstwo kluczowych decyzji. Zaczyna cokolwiek kapować, gdy na wiele rzeczy jest już za późno (proszę, nie mówcie, że nigdy nie jest za późno bo to największa ściema jaką słyszałam). I wtedy, nie dość, że jest za późno, to jesteśmy tego doskonale świadomi, jako doświadczeni już zawodnicy. A gdy już zbliżamy się do kresu, dochodzimy do punktu, gdy, nie mogąc już pomóc sobie, staramy się pomóc innym (czytaj żółtodziobom), co jest kompletnie bez sensu, bo żółtodzioby mają w dupie nasze złote rady i tylko zatruwamy im życie (które oni mają całe przed sobą, w odróżnieniu od nas, może właśnie dlatego staramy się je zatruć). Zwłaszcza, że to, co wiemy, już się i tak zdezaktualizowało, gdyż świat zmienia się z prędkością światła. A zmienność owa, żeby jeszcze nam dowalić, tym bardziej podważa sens podjętych przez nas decyzji i - na domiar złego - trwania w nich.
Jeśli cokolwiek z tego bełkotu rozumiecie, to znaczy, że z Wami tak samo źle jak ze mną. Chociaż ze mną w sumie nie jest tak źle. Dobrą stroną upływającego czasu jest fakt, że coraz łatwiej godzę się z rzeczywistością. Innymi słowy - życie to najlepszy nauczyciel zen.

Dobranoc!
by jaskrawa
31.01.2015; 00:39
komentuj(10)

księga skarg i zażaleń

Nienarzucająca się autoreklama ;) :

jaskrawa matka - czyli - dzieciory.pl

archiwum bloga:

2018
2017
2016
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Linki

mój stary blog czyli archiwum
ownlogowanie
agatka
agrest
cristoforo
kamyk
donpepego
euridice
marecki
rit
rosa
takijeden
volver
rzutnik

Załóż bloga


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl