Jedziemy na weekend do Maćka mamy, a pakowanie dzieciaków wygląda jak pakowanie na dwutygodniowe wakacje. Nigdy nie wiadomo, czy te smrody się nie zasikają, zarzygają, zaleją żarciem. Zmęczona jestem.
Gdyby jeszcze było trzecie to ja nie wiem, chyba ciężarówkę musielibyśmy kupić.

Wiecie co, może jestem nienormalna, podobno rodzenie dzieci uzależnia. No to ja się uzależniłam i po głowie chodzi mi trzecie. Taka gromada to byłoby dopiero coś. Ale najpierw musiałabym ostatecznie rozwiązać kwestię tarczycy, czyli innym słowy - wyciąć cholerę w pizdu.

Dobra, dobra, nie. Pomyślę o tym, tradycyjnie, jutro. A nawet jeszcze później, bo nawet nie wiadomo kiedy.
Młoda zrobiła się taka cudna, oczywiście nadal strzela fochy i chuj mnie strzela milion razy dziennie, w ogóle nie raz sobie wyobrażałam, jak ją leję, na kwaśne jabłko... Drodzy rodzice, też macie takie myśli, czy tylko ja?

Jakby co - od stycznia wracam do roboty i mam nadzieję, że uda mi się jakimś cudem wykręcić od powrotu na stare śmieci (w moim życiu cuda się zdarzają, nie wiem czyja to zasługa, bo zbyt religijna nie jestem, ale widocznie jakiś święty czy może bodhisattwa, obdarzył mnie KREDYTEM zaufania), bo okazało się, że moja, w sumie nie taka straszna szefowa nie jest już moją szefową. Jest nią natomiast dziewczyna, z którą "raczej się nie zaprzyjaźnię" - koszmarny eufemizm.

W razie czego zawsze można po prostu spierdalać, tyle że trzeba mieć gdzie.
Name:

Komentarze: